Państwo zdrowe jak bukowy las

 

Tak nazywa Doniecką Republikę Ludową propagandowa telewizja, pierwszy republikański kanał tam dostępny. O tym, dlaczego wcale nie jest ona zdrowa, jak powstawał zbiór reportaży „Po północy w Doniecku” i jak wpłynęła na nich praca w atmosferze wojny opowiadali w Faktycznym Domu Kultury Julia Wizowska i Grzegorz Szymanik.

 

p1020689

Grzegorz Szymanik i Julia Wizowska zbierali materiał do książki przez trzy lata
(fot. Monika Tułodziecka)

 

Wieczorem 22 listopada, zaglądając na Gałczyńskiego 12 w Warszawie, można się było przenieść na ponad godzinę do Doniecka, miasta, które nigdy nie śpi, bo toczy się w nim wojna. Pretekstem do zorganizowania przez wydawnictwo Agora spotkania była niedawna premiera zbioru reportaży Szymanika i Wizowskiej. Książka jest efektem trzech lat podróży do Doniecka i poznawania historii jego i jego mieszkańców.

 

Agnieszka Lichnerowicz z Radia TOK FM, prowadząca spotkanie, starała się wprowadzić słuchaczy w świat przedstawiony przez autorów w miarę możliwości łagodnie i chronologicznie – począwszy od przyczyn podjęcia współpracy przez reporterów przy realizacji tego tematu, poprzez ich wspomnienia z Doniecka, trudności, jakie napotkali na swojej drodze, aż po zmiany, jakie to doświadczenie wywołało w dziennikarzach. – Na początku poznaliśmy postaci, które na naszych oczach przechodziły jakąś drogę. I doszliśmy do momentu, kiedy to wszystko zaczęło się układać w całość – mówił Grzegorz Szymanik o pracy nad książką.

 

Można w niej usłyszeć wyłącznie głosy mieszkańców Doniecka, nie znajdziemy tam spojrzenia na toczącą się wojnę osób z zewnątrz. – Rolą dziennikarza i reportera jest wysłuchać niewysłuchanych, ktokolwiek to jest. Trzeba to zrobić. Donieck jest zamknięty i odcięty od świata. Stąd pomysł, żeby książka miała takie granice, jak te barykady, które otaczają teraz miasto – wyjaśniał zamysł książki Szymanik. – Postanowiliśmy, że oddamy głos osobom z Doniecka, byłym czy obecnym, które znają tę rzeczywistość, żeby to oni wypowiedzieli się o sobie – dodała Wizowska.

 

p1020694

– Donieck i to, co się tam działo, pokazuje, co Historia, przez duże H, robi z ludźmi. Niektórych depcze, niektórych wynosi – mówił Grzegorz Szymanik (fot. Monika Tułodziecka)

 

Pierwsze wrażenia reporterów, którzy pojechali do Doniecka po raz pierwszy w kilka dni po wydarzeniach na ukraińskim Majdanie, nie zwiastowały, że temat ten rozwinie się w całą książkę. – Wysiadamy w Doniecku, próbujemy się dowiedzieć, jaka jest sytuacja w mieście, czy oni też czują to wrzenie, które ma miejsce w Kijowie, a tam na głównym placu, na placu Lenina, nic się nie dzieje. Dopiero po kilku godzinach odkryliśmy, że są dwie grupy: jedna pod pomnikiem Lenina, przeciwnicy Majdanu kijowskiego, kilkadziesiąt osób i zwolennicy Majdanu, kilometr dalej, pod pomnikiem Szewczenki, też kilkadziesiąt osób – wspominał Szymanik. – To było bardzo ciekawe, przecież cała Ukraina wychodziła na ulice, wszędzie były demonstracje. A tam się nic nie działo. Nikogo to nie obchodziło – komentował.

 

Jednak jak wiadomo – pierwsze wrażenia bywają mylne. Szybko okazało się, że Donieck skrywa w sobie historie zarówno interesujące, jak i tragiczne. Wizowska i Szymanik opowiadali m.in. o pewnym paradoksie – wojna niejednokrotnie stała się dla zwykłych ludzi szansą, aby osiągnąć w życiu coś, czego nie byli w stanie zrobić wcześniej. Tak było z malarzem, który zajął się street artem i swoje poglądy polityczne przekazywał w grafikach tworzonych na ulicznych murach, podrzędnymi przedsiębiorcami, którzy robili zawrotne kariery polityczne czy z mężczyznami, którzy szli walczyć na froncie i tam dopiero odnajdywali sens życia.

 

Podczas trzech lat, w czasie których reporterzy zbierali materiał do książki, doświadczyli również wielu zdarzeń traumatycznych. Do takich należy m.in. podróż na Ukrainę tuż po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu w lipcu 2014 roku. – Atmosfera była naprawdę makabryczna. Było już tydzień po katastrofie, ale na tych polach nadal leżały szczątki… Ludziom do ogródka powpadały szczątki samolotu. To naprawdę było trudne doświadczenie. Tego się nie da zapomnieć. Zresztą, ten fragment pojawił się też w moim poprzednim zbiorze reportaży i w tym pozostał w niezmienionej formie. Tego nie można było drugi raz napisać – wspominał Szymanik.

 

Jak zaznaczali sami autorzy, praca nad książką „Po północy w Doniecku” wpłynęła na to, jak teraz postrzegają świat. – Donieck i to, co się tam działo, pokazuje, co Historia, przez duże H, robi z ludźmi. Niektórych depcze, niektórych wynosi – stwierdził Szymanik.

 

p1020696

Książka „Po północy w Doniecku” ukazała się nakładem wydawnictwa Agora
(fot. Monika Tułodziecka)

 

Trzy lata życia w ciągłym stanie skrajnych emocji miały również inne skutki. – Po północy w Doniecku zaczynała się godzina policyjna i zaczynali strzelać. Zasypialiśmy przy odgłosach strzelaniny. Pierwszej nocy po przyjeździe do Polski budzę się i słyszę, że coś się dzieje za oknem. Mam okna od północy, więc pomyślałam sobie: „Aha, słychać strzelanie od północy, to znaczy, że coś się dzieje na lotnisku”. Dopiero jak zaczęłam się przebudzać, wracać do świadomości, zdałam sobie sprawę, że jestem w Polsce. Okazało się, że ktoś puszczał petardy za oknem. Pomyślałam sobie wtedy: „Wizowska, świrujesz” – opowiadała reporterka.

 

Rozmowa o książce i doświadczeniach dziennikarzy stała się pretekstem do rozważań słuchaczy nad tym, jak wygląda życie zwykłych ludzi w Doniecku. Przez wszystko to jednak przebiła się jedna refleksja Julii Wizowskiej: – Jak się pyta ludzi stamtąd, to jedyne, czego chcą, to mir. Pokój. Po prostu.