Sputnik odleciał: Echo minionej epoki

[spider_facebook id=”2″]

 

Niekiedy to, co dzieje się na Ziemi, a jest dla nas niezrozumiałe, nazywamy kosmosem. Kolejny festiwal „Sputnik nad Polską” znów zabrał nas w podróż do Rosji. Poznaliśmy ludzi, którzy na strzępach historii tworzą swoje własne rzeczywistości, będące w porównaniu ze współczesnym światem swoistym kosmosem.

 

 

Jedną z sekcji festiwalu, którego 9.edycja odbyła się w dniach 5-15 listopada 2015 roku, były filmy dokumentalne. Czym żyją dzisiejsi Rosjanie?

 

Absurd ocalenia

 

– Słyszeliście o Putinie ?
– Tak.
– To dobrze. Będzie nam łatwiej.

 

Taką rozmową z uczniami przewodniczka rozpoczyna oprowadzanie po muzeum Lenina w Gorkim. Nas po tym muzeum oprowadza Askold Kurow filmem „Leninland”.

 

Muzeum powstało w 1987 roku w dworku, w którym zmarł Włodziemierz Lenin. Początkowo cieszyło się ogromną popularnością. Odwiedzało je 30 grup turystów dziennie. Jednak po upadku Związku Radzieckiego zainteresowanie diametralnie zmalało. Dziś w muzeum można spotkać Chińczyków, wycieczkę rosyjskich uczniów czy  ukraińskich pionierów, których podróż sfinansowała ukraińska partia komunistyczna. Mimo niskiej frekwencji, opiekunki muzeum Natalia i Jewgenia nie tracą nadziei, wciąż wierzą w wielki powrót idei Lenina i jego komunizmu. Muszą tylko ocalić go od zapomnienia. Dlatego Natalia zwraca uwagę nie tylko na to, jak mówi przyszły przewodnik po muzeum, ale i na jego postawę – ważne, aby długopis wskazujący pamiątkę trzymał w dłoni, której wewnętrzna część jest widoczna dla zwiedzających.

 

Kadr z filmu „Leninland” (fot. materiały dystrybutora) 

 

Na kilka dni przed rocznicą urodzin wielkiego wodza muzeum zostaje zamknięte z powodu sprzątania. Tęga starsza kobieta wspina się po drabinie na wysokość posągu, mówiąc z matczyną troską : „wypolerujemy Lenina, oczka umyjemy”. W dniu święta Natalia przynosi wazon czerwonych kwiatów, szczerze zamartwiajac się o wystrój wnętrza: „No bo jak można mówić o Leninie i patrzeć na te poduszeczki?”. Obserwacja takich scen wzbudza mieszane uczucia. Uśmiechamy się pod nosem i jednocześnie współczujemy, bo naszym zdaniem wysiłek, jaki pracownicy muzeum wkładają w to ocalanie od zapomnienia, zdaje się syzyfową pracą. Zdumiewająca wydaje się postawa kochającej  Jezusa i komunizm Jewgenii, która twierdzi: „Słowo Boże było z bolszewikami” a „Dobrzy ludzie trafiają do nieba i tam kontunuują swoją pracę”. Czy tak emocjonalny stosunek do ideologii nie jest przesadny ?

 

 

Obok wyczuwalnej u bohaterów tęsknoty za komunizmem i chęci zatrzymania czasu, Askold Kurow zawarł w filmie momenty, które całkowicie temu przeczą – choćby spotkanie żołnierzy przy pomniku Lenina i śpiewanie hymnu Rosji (który brzmi tak samo jak hymn ZSRR), po którym z głośników słychać współczesną muzykę disco. A w Nowy Rok w muzeum zorganizowano imprezę, której główną atrakcją były hinduskie tańce. Być może dla Lenina, patrzącego przenikliwym spojrzeniem z obrazu na odkryte, tańczące brzuchy i pluszowe królicze uszy na głowach mężczyzn, także były atrakcją?

 

Absurd wiary

 

Pracownicy muzeum Lenina w Gorkim wzdychają za powrotem „dobrych czasów”, spokojnie i nienachalnie walczą o ideę rewolucji. Inaczej jest z bohaterem kolejnego filmu. Beata Bubieniec, autorka „Woli Bożej”, towarzyszy z kamerą rosyjskiemu działaczowi prawosławnemu. Dmitrij Corionow, poseudonim Enteo, formuje organizację, której celem jest walka z grzechem. Zaś grzeszni są przede wszystkim homoseksualiści, współcześni artyści i organizatorzy wystaw oraz akcji promujących wolność seksualną, a także kobiety noszące krótkie spódnice oraz muzea naturalne, gdzie nie uwzględnia się teologii w przedstawianiu powstania człowieka.

 

Enteo organizuje spotkania z młodymi, zachęca do pogłębiania wiary i walki ze swoimi słabościami a także ze słabościami innych. Mimo że niektórzy wypominają mu niemoralną przeszłość i prześmiewczo nazywają „sekretarzem Boga”, gromadzi wokół siebie wiernych naśladowców, którzy chętnie wprowadzą jego słowa w czyn. W jednym z muzeów, w którym odbywała się kontrowersyjna wystawa, protestujący działacze rozbili fiolkę z mocnym, nieprzyjemnym zapachem, a wychodzących zwiedzających witali okrzykami: „Tak śmierdział grzech Sodomy!”. Innym razem, podczas happenigu młodych homoseksualistów całujących się na ulicy, ktoś z grupy „Wola Boża” rozbijał jajka na głowach dziewczyn trzymających się za ręce. A pomiędzy jednym pobiciem chłopaka z kolorową opaską i kolejną szarpaniną z towarzyszącymi jej okrzykami „Duś geja!”, ci młodzi Rosjanie czytają Biblię. Zaś Enteo ze swoją dziewczyną święcą pisanki na Wielkanoc i nawołują do wprowadzenia prawa Boskiego do każdej dziedziny życia. Ich rewolucja nie jest pokojowa. Wychodzą na ulice Moskwy, znieważają i używają przemocy a mimo to wierzą, że taka jest wola Boga.

 

Kadr z filmu „Wola Boża” fot. (materiały dystrybutora) 

 

Istotnym momentem w filmie jest spotkanie członków ruchu z grupą walczących o prawa człowieka w Rosji. Wśród obu grup są dawni znajomi, którzy w przeszłości wspólnie pomagali bezdomnym i ubogim. Jedna z dziewcząt słysząc, jaką nienawiścią darzy homoseksualistów dawny kolega, rozpłakała się: ujrzała bowiem człowieka zaślepionego ideą walki, władzy i rewolucji, ukrytą pod pozorem wiary ekumenicznej. Kim jest Dmitrij Enteo? Małym chłopcem wojującym ze światem, którego nie rozumie, czy też świadomym swojego celu rosyjskim rewolucjonistą? Na to pytanie film nie odpowiada. Czas pokaże.

 

Absurd czasu

 

Bohaterki „Nieprzemijających natur” Andrieja Tkaczenko także wychodzą na ulice. Pragną dokonać rewolucji kulturowej w swoim osiedlowym mikroświecie. Grupa starszych kobiet każdego popołudnia wolnym krokiem przemierza najtrudniej dostepne zakamarki kałuskiego osiedla. Dzięki doświadczeniu i kobiecemu instynktowi doskonale wiedzą, kiedy i gdzie można spotkać osiedlowych pijaczków. Pełne powagi, ale i dobroci, przekonują go, że nie należy pić alkoholu i z poczuciem spełnionego obowiązku wyruszają dalej. Czasami dołączają do nich starsi panowie, którzy swoją obecnością umilają czas podróży, innym razem chłopcy bawiący się na podwórku. Nikogo obecność „babuszek” nie drażni. Można odnieść wrażenie, że dla niektórych pijanych są jak matki, które podnoszą i przytulają, gdy dzieje się źle.

 

Kadr z filmu „Nieprzemijające natury” fot. (materiały dystrybutora)

 

Bierzemy udział w wędrówce kobiet, które mijający czas zgarbił i spowolnił. Nie zmienił jednak ich natur. Urodzone i wychowane w epoce komunizmu wciąż odczuwają potrzebę dbania o dobro wspólne, jakim jest osiedlowa społeczność. Czują odpowiedzialność za współmieszkańców. Ich działanie jest tym, co najlepsze z minionej epoki mogło pozostać.

 

Owa wędrówka ma także wymiar symboliczny. Osiemdziesięciolatek, często samotny, boi się wypaść z rytmu życia, stracić poczucie sensu. Dlatego te starsze kobiety, uzbrojone w nieznawykłe poczucie humoru i dystans do siebie, wstają i idą na poszukiwanie pijaczka, bez którego czułyby się niepotrzebne.

 

Epoka miniona?

 

„Leninland”, „Wola Boża” i „Nieprzemijające natury” – trzy filmy o ludziach, którzy żyją w zupełnie różnych światach, ale których historie wypływają ze wspólnego źródła – poczucia misji. To ono jest echem minionej epoki. W końcu upadek komunizmu odebrał sens życia pracownicom muzeum Lenina, dał pole do działania obrońcom rozmaicie pojmowanej moralności pokroju Eneo, spowodował poczucie bycia niepotrzebnym u starszych wiekiem. Bohaterowie tych filmów nie są bynajmniej przypadkami odosobnionymi. To przedstawiciele olbrzymiej rzeszy Rosjan, którym odebrano jedynie słuszną ideologię, będącą od kilku pokoleń metodą opisu świata i kreatorem wzorca postępowania. W istocie misją bohaterów przywołanych tu  dokumentów jest walka z teraźniejszością, samoobrona przed nową – postradziecką – rzeczywistością.

 

Miejmy nadzieję, że to tylko echo, które dociera do nas z bezpiecznej odległości festiwalu „Sputnik nad Polską”.

 

Sylwia Fornalczyk