Straszliwa trwoga

 

Nagrań wideo i fonicznych zgromadzonych przez Zbigniewa Beksińskiego było tak dużo, że same prosiły się, by zrobić z nich film. Rok temu użytek z taśm zrobił Jan P. Matuszyński, wykorzystując fragmenty nagrań w filmie fabularnym „Ostatnia rodzina”. W tym roku taśmy zagrały same, tworząc samodzielny, unikatowy dokument zatytułowany „Beksińscy. Album wideofoniczny”. Początek tej historii jest idyllicznie piękny, koniec – mroczny i niepokojący.

 

 

 

 

Zdzisław Beksiński lubił filmować i lubił być filmowany. Nie dostał się do Szkoły Filmowej w Łodzi i całe życie czuł się z tego powodu niespełniony. Z jednej strony rejestrowanie życia było więc spełnieniem jego pasji, z drugiej jednak zdaje się mieć podtekst, który zainteresuje każdego terapeutę. Jak mówił malarz, przez kamerę czuł się niedopieszczony. Dzięki temu niedopieszczeniu mamy dziś film niezwykły. Oglądając go, czujemy się tak, jakbyśmy u Beksińskich byli naprawdę. „Kupiłem taśmę magnetofonową za dobre 65 zł polskich i mam zamiar otworzyć album foniczny” – słyszymy na początku filmu. Za efekt końcowy, selekcję i scalenie poszczególnych nagrań i obrazów odpowiada reżyser i scenarzysta Marcin Borchardt. I znów nie jest to film o karierze Beksińskiego. Po raz kolejny uwaga kieruje się w stronę rodziny. Borchardt otwarcie korzysta z książki „Beksińscy. Portret  podwójny” pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Zarówno film jak i książkę otwiera list Zdzisława Beksińskiego, w którym informuje przyjaciółkę rodziny o śmierci syna: „Ja jeden wiedziałem, jak jemu było ciężko, mimo iż był egoistą i egocentrykiem, tym niemniej charakteru się nie wybiera. Myślę, że chyba dobrze się stało, jak się stało”.

Pierwsze dokumenty pochodzą z czasów narzeczeństwa Zosi i Zdzisława. Początkujący malarz mieszka ze swoją wybranką w rodzinnym Sanoku. Oczy bohaterów śmieją się figlarnie z archiwalnych fotografii. „Odczuwamy straszliwą trwogę przed mającymi nastąpić narodzinami potomka” – wyznaje artysta w towarzyszącym obrazom nagraniu fonicznym. Beksiński panicznie bał się ojcostwa, poślubił Zofię w 1950 r. i przez osiem lat udawało mu się nie zostać ojcem. Niechętnie też przeprowadzał się do Warszawy, choć rozumiał, że stolica jest artystycznym oknem na świat. To w Warszawie, w bloku przy ulicy Sonaty 6, Zdzisław namalował najwięcej obrazów, to tutaj popularność zyskał Tomasz, tu też przez niemal 30 lat  powstawały materiały, składające się na rodzinny albumu wideofoniczny”.

Trzonem filmu są zarejestrowane przez kamerę rozmowy. Uwagę zwracają zwłaszcza dialogi ojca z synem, pełne czarnego humoru potyczki dwóch charakterów. Raz są to tomkowe utyskiwania na bezsens i powtarzalność codzienności, którym akompaniują praktyczne racjonalizacje Zdzisława, kiedy indziej ironiczne i  bardzo inteligentne dyskusje dwóch depresyjnych ekscentryków. Przysłuchując się im, można poczuć całą gamę emocji – od zaciekawienia, przez smutek, żal i zdziwienie aż po niedowierzanie i obrzydzenie. Naturalizm jest nieodłączną częścią tego dokumentu, co sprawia, że co wrażliwsi widzowie odwrócą wzrok od ekranu lub na chwilę zatkają sobie uszy. Chociażby fascynacja Beksińskiego śmiercią i moment, kiedy pieczołowicie rejestruje układanie zmarłej teściowej w trumnie. Podobne sceny znalazły się także w „Ostatniej rodzinie” – i również dotyczyły babć Beksińskich, którymi cierpliwa Zofia opiekowała się aż do ich śmierci. Postać żony malarza nie jest w filmie Borchardta zbytnio eksponowana. Nie wiemy jednak, czy to Beksiński nie podjął decyzji o marginalizacji żony w nagraniach? A może ona sama nie chciała? Niemniej jednak z czasem jej postać staje się zupełnie niewidoczna. Widzimy tylko, że strzeże porządku codziennego życia, opiekuje się każdym członkiem rodziny, przygotowuje posiłki, prowadzi samochód. Jest łagodna i powściągliwa. Główne skrzypce grają w „Beksińskich. Albumie wideofonicznym” – podobnie zresztą jak w „Ostatniej rodzinie” – ojciec z synem.

Wypowiedzi Tomka już w dzieciństwie zaskakują dziwacznością, w miarę dorastania, jego przemyślenia stają się coraz bardziej ekscentryczne. Jest człowiekiem oryginalnym i kapryśnym, ale zdarza mu się również być pogodnym i radosnym. Często jest czymś bardzo zainteresowany, na nagraniach widzimy, z jaką siłą manifestuje się jego entuzjazm dla muzyki, wielkiej pasji młodego Beksińskiego. Niekiedy w miejsce entuzjazmu wkrada się jednak żal i przesada, kiedy oznajmia, że żyje od poniedziałku do poniedziałku (w poniedziałki Tomasz Beksiński prowadził w radiowej Trójce swój autorski program), natomiast cała reszta tygodnia jest dla niego nieznośna i bezsensowna. „Album wideofoniczny” nie ukrywa depresyjnych skłonności dziennikarza, ale i nie przedstawia zachowań impulsywnych i niebezpiecznych, co z kolei zdarza się dosyć często w filmie Matuszyńskiego – „Ostatnia rodzina” bywała ostro krytykowana za „robienie z Tomka wariata, którym nie był”. Czy słusznie – to kwestia do dyskusji, pozostaje faktem, że młody Beksiński, podobnie jak ojciec, od najmłodszych lat przejęty był tematem śmierci. Na początku jego idée fixe przyjmowała formę „niewinnych” zgrywów – przed wyjazdem z Sanoka rozwiesił w miasteczku swoje nekrologii. Wówczas był to tylko żart, ale po przeprowadzce do Warszawy obsesja nabrała rozpędu, a wraz z nią pojawiły się pierwsze próby samobójcze. Film nie mówi wprost, czy były one próbą wołania o uwagę Zdzisława, zupełnie już zdominowanego przez potrzebę tworzenia, ale może taką interpretację podsuwać. Zdzisław, pełen lęków i obsesji, nie był jednak człowiekiem niezdolnym do miłości. Na swój sposób kochał syna. Nigdy go nie uderzył, ale też nie przytulił.

W filmie Borchardta dobrze zagrały urywki niefrasobliwych wypowiedzi Zdzisława Beksińskiego, z których dowiadujemy się na przykład, że jest on przeciwnikiem „wyrażania czegoś przez coś”, że sam tak naprawdę nie wie, co chce swoją sztuką wyrazić, oraz że malować po prostu musi, bo tego potrzebuje, z kolei wystaw nie lubi i na wystawy chodzić nie będzie. Nawet swoje. Zaskakuje bezpretensjonalność, bawi skromność: „Dmochowski [marszand malarza – przyp. red.] oszalał, w Paryżu chce zrobić wystawę moich prac”.

Widzowie odbierają „Beksińskich. Album wideofoniczny” bardzo emocjonalnie, bo – co tu dużo mówić – jest to dokument szalenie osobisty i autentyczny, nic nie jest w nim sztuczne i wykreowane. Nie chciałabym tym samym zarzucać nadmiaru kreacji „Ostatniej rodzinie”, którą osobiście uważam za film równie dobry, ale jednak nie będący filmem dokumentalnym. Ma to swoje wady i zalety. Na pewno nie znajdziemy w „Albumie wideofonicznym” choćby takiej ilości świetnej muzyki, jak w „Ostatniej rodzinie”. Jednak nieprzewidziane zwroty akcji pozostają podobne, oba filmy pozostawiają widza w osłupieniu.

 

Kończąc, warto postawić pytanie, co takiego było/jest w rodzinie Beksińskich, że w ciągu kilkunastu miesięcy powstaje o niej książka, film fabularny i pełnometrażowy dokument, nie mówiąc już o dyskusji i kontrowersjach, które wokół tych dzieł wynikły.

 

 

Karolina Rosołek

 

 

„Beksińscy. Album wideofoniczny”
Scenariusz i reżyseria: Marcin Borchardt
Produkcja: DAREK DIKTI Biuro pomysłów, koprodukcja: Telewizja Polska S.A. współfinansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej, Gdyński Fundusz Filmowy
Polska 2017, czas trwania 80 min