Studenckie spojrzenie na „Knives Out”

 

„Knives Out” to najnowszy film Przemysława Wojcieszka. 2 marca 2017 roku redakcja „Nowego Folderu” zorganizowała specjalny pokaz na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW. Film wywołał żywe, ale najróżniejsze reakcje. Przekonajcie się, jakie refleksje po obejrzeniu „Knives out” mieli studenci oraz dziennikarze naszej redakcji.

 

(fot. CHŁOPIEC PTAK I ANIOŁ Przemysław Wojcieszek 2016)

 

Najlepsze pokolenie

 

Eskalacja uprzedzeń, ksenofobii i homofobii. „Knives Out” zrzuca zasłonę milczenia wobec młodego pokolenia Polaków. To film o otaczającej nas rzeczywistości, w której nacjonalizm to chleb powszedni, a biało-czerwony sztandar jest usprawiedliwieniem przekraczania granic. Granic nienawiści.

 

Jedyny taki, zrobiony niezależnie w każdym aspekcie, bez pomocy oficjalnych instytucji i z własnym tournée przez Polskę. To najnowsze dzieło Przemysława Wojcieszka. W swoim filmie pokazuje on historię spotkania grupy sześciu znajomych, którzy widzą się po kilku latach od matury. Wśród nich są tacy, którym powiodło się w życiu. Pracują w międzynarodowych korporacjach, są szczęśliwie zakochani. Na imprezie spotykają się także ci, którzy nie są zadowoleni ze swojej sytuacji życiowej i zderzyli się z pułapkami dorosłości. Łączy ich jedno – z każdym wypitym kieliszkiem odsłaniają swoje poglądy. Lewicowa część towarzystwa ginie w cieniu miażdżącej przewagi stolikowej, skrajnej prawicy. A ta daje popis, gdy na ogrodowej altance pojawia się Ukrainka. Świetnie mówiąca po polsku, ambitna, uprzejma i pracowita. Może się zdawać, że niczym nie odróżnia się od swoich rówieśników. Ale to tylko złudzenie. Po przerysowanych, groteskowych wyznaniach miłości do Polski, po przekroczeniu barier dobrego smaku i samozwańczego przekonania o byciu „najlepszym pokoleniem, najlepszego narodu”, rozpoczyna się batalia przeciwko Intruzowi. Z grupy znajomych wyłaniają się osoby o absurdalnych, nacjonalistycznych poglądach, które nie liczą się z nikim ani z niczym. Pewne swoich racji, zaczynają obsypywać zaproszoną przez jednego z gości Ukrainkę obelgami i sprośnymi żartami. Młodzi Polacy traktują to jako świetną zabawę, która przeradza się w tragedię. Gdy rozchwiane przez alkohol emocje biorą górę, decydują się na coraz odważniejsze kroki. Nienawiść i nacjonalizm skłaniają ich do urządzenia pewnego rodzaju „polowania”, aby nakarmić głód własnych kompleksów. Zapominając, że ofiarą jest niewinny człowiek.

 

Jak wspomina sam reżyser, idea zrealizowania filmu rozpoczęła się wraz z rozwojem – jego zdaniem – niepokojących wydarzeń w Polsce. Po wygranych wyborach parlamentarnych w 2015 roku przez Prawo i Sprawiedliwość. Głównym motywem pojawiającym się w dziele Wojcieszka jest obraz młodego pokolenia, którego zepsucia, skrajnego nacjonalizmu sztuka zdaje się nie widzieć. A to właśnie ona powinna być zwierciadłem otaczającej rzeczywistości. Reżyser pokazuje przerysowane, ordynarne i podłe oblicze młodych Polaków. Ludzi, których nienawiść nie jest potępiana przez rząd, lecz jest wręcz darzona przez niego sympatią oraz szacunkiem. Gdy na szczytach polskiej władzy słychać teksty o „byciu ludzkimi panami”, młodzież wyrasta z przeczuciem wyższości Narodu Polskiego nad innymi nacjami. I codziennie buduje coraz to większy mur, który dla naszego kraju stanowi prawdziwe zagrożenie i spowoduje więcej szkód niż – kultowe już – tysiąc uchodźców.

 

Trwający 82 minuty film został zrealizowany w kolorystyce czarno-białej i nietypowym formacie portretowym – przez co widz może odnosić wrażenie, jakby wszystkie sytuacje zostały nakręcone telefonem. Odbiór jest nieprzyjemny i trudny – praktycznie przez całą film padają wulgaryzmy, a rozwój wydarzeń przeraża. Montaż cechuje się kilkunastosekundowymi kadrami, a akcja filmu w przeważającej mierze jest oparta o dialogi między bohaterami, których zagrali absolwenci wrocławskiej PWST. W wielu momentach filmu fabuła zdaje się mocno przerysowana, bez wahania do granic absurdu.

 

„Knives Out” odróżnia się w sposób zdecydowany od dzieł poruszających obraz młodego pokolenia w Polsce. W ciągu ostatnich kilku lat w polskim kinie pojawiły się między innymi „Galerianki” – czyli historia grupy dziewczyn, które żyją w świecie upadku wartości i prostytucji. W kinach pojawiła się także „Sala samobójców” Jana Komasy, obejmująca tematyką kryzys dorastania oraz ogromny wpływ Internetu na życie młodych ludzi. Nawet ubiegłoroczne dzieło Michała Marczaka „Wszystkie nieprzespane noce” pokazało młode pokolenie Polaków: w świetle imprez i poszukiwania własnego miejsca na świecie. Obraz ten jest jednak tak nieautentyczny, jak pokazany w filmie student mieszkający w wynajętej, nowoczesnej kawalerce z widokiem na centrum Warszawy. Żadne z wyżej wymienionych dzieł nie ujęło tego, co najbardziej niepokojące i prawdziwe – roli, jaką życiu młodych ludzi odgrywają nienawiść oraz kompleksy. To tak, jakby sztuka była ślepa na niebezpieczeństwo światopoglądu pokolenia Polaków. Twórcy jakby świadomie unikają tej tematyki, traktując ją pobłażliwie, wykluczając jej jakikolwiek byt. Dlatego w tym miejscu warto podkreślić ogromnie ważne znaczenie „Knives Out”. Pomimo nieprzyjemnego odbioru, porusza kluczowe kwestie i wadliwe elementy życia młodego społeczeństwa. Filmu nie wyświetli żaden multipleks, jednak powinien obejrzeć go każdy Polak. Dla wielu będzie to zobrazowanie rutyny dnia codziennego. Dla innych odbiorców film okaże się niesmacznym dowodem na powszechność nienawiści, której obecności nie da się w żaden sposób wykluczyć. Mam nadzieję, że „Knives Out” otworzy bramę produkcjom, które pokażą świat takim, jaki jest. Bez znieczulenia.

 

Karol Dejas

***

 

A miało być tak pięknie…

 

Grupa znajomych spotyka się po kilku latach. Jedzie za miasto, nad jezioro. Leją się strumienie wódki. Wśród nich pojawia się obca – Ukrainka Solomija. Nacjonalista Hubert zaczyna nawoływać do nienawiści wobec niej. W końcu rozpoczyna się polowanie na intruza.

 

Zapowiadało się dobrze. Poszłam na „Knives out” z przekonaniem, że pokaże on rażący problem polskiej ksenofobii. Jednak zawiodłam się. I to bardzo. Jestem w stanie zrozumieć, że Przemysław Wojcieszek miał skromne fundusze na realizację filmu. Ale nawet bez pieniędzy, kamerą w telefonie, można zrobić coś ciekawego. A to zwyczajnie było złe. Fatalnie nagrane – gdyby nie angielskie napisy, nie wiedziałabym zupełnie, co się dzieje na ekranie (jakby zrozumienie z dźwiękiem nie było wystarczająco trudne), ponieważ przez sporą część filmu w ogóle nie było głosu. Co więcej, obraz był ewidentnie przerysowany. Naprawdę nie wiem, gdzie szukać ludzi, którzy notorycznie zamiast spacji używają wulgaryzmów. Jest to tak bardzo odrealnione, że ciężko się to ogląda. I w końcu fabuła. Nawet trudno cokolwiek o niej powiedzieć, może z wyjątkiem tego, że cały czas na ekranie widzimy klnącego nacjonalistę, wciąż krzyczącego, że kocha Polskę i jeszcze parę innych sformułowań, na których przytoczenie nie pozwala mi kultura osobista i szacunek do czytelnika.

 

Jedyna pozytywna rzecz, którą jestem w stanie dostrzec w filmie, to problem ksenofobii, który Wojcieszek próbował pokazać. Jednak, podobnie jak w dokumencie „Cudza robota” Denisa Szabajewa, sam temat to nie wszystko, trzeba jeszcze mieć na niego pomysł. Tego ewidentnie reżyserowi zabrakło.

 

Magdalena Bojanowska

***

 

Trudne czasy – trudny film

 

Film „Knives Out” to ukazane w krzywym zwierciadle ścierające się, polityczne osobowości Polaków. Pokazuje, co może się stać, kiedy dojdzie konfrontacji teoretycznych tez i poglądów z rzeczywistością, w której funkcjonuje wiele różnych systemów wartości.

 

Przemysław Wojcieszek to reżyser, scenarzysta i dramaturg. Jego „Głośniej od bomb” było drugim filmem polskim, mającym dystrybucję w Ameryce.  Najnowsza produkcja Wojcieszka, „Knives Out”, miała premierę w lipcu 2016 roku na festiwalu Nowe Horyzonty. Miała opowiadać o realiach, jakie nastały w Polsce po ostatnich wyborach parlamentarnych. Minął prawie rok od narodzin pomysłu i film jest coraz bardziej aktualny, bo podziały, o których opowiada, utrwalają się.

 

Bohaterowie spotykają się kilka lat po maturze. To młodzi Polacy, którzy mówią sami o sobie „najlepsze pokolenie”. Spotkanie starych znajomych „uatrakcyjnia” obecność nowej osoby, Ukrainki, która pracuje w firmie jednego z bohaterów. Solomija staje się obiektem drwin, coraz bardziej agresywnych. Powoli, wraz ze wzrostem alkoholu we krwi bohaterów, ujawniają się ich kompleksy i fobie.

 

Hubert ma poglądy skrajnie prawicowe. Solomija staje się przyczyną jego frustracji, ale równocześnie ofiarą jego wręcz chorej wizji miłości do kraju. Hubert ma pretensje za swoje życiowe niepowodzenia do tych, którym powodzi się lepiej. Nie dostrzega tego, że osiągnęli sukces swoją ciężką pracą. Sytuację w kraju utożsamia ze swoją własną. Jego zdaniem, jeśli on zarabia mało i ma stary samochód, to znaczy, że i w Polsce źle się dzieje. A to niekoniecznie jest dobrą miarą sytuacji w kraju.

 

(fot. CHŁOPIEC PTAK I ANIOŁ Przemysław Wojcieszek 2016)

 

Po przeciwnej stronie w filmie znajduje się małżeństwo wyzute z empatii i pozbawione poglądów. Wiedzie im się dobrze, jednak ich życie jest wielkim pozorem, grą i zabawą. Ostatnią część układanki stanowi para lesbijek, która jest obrazem skrajnego liberalizmu. Pośrodku tego trójkąta jest Solomija. Tak naprawdę nie widać po niej obcości, nawet nie słychać u niej obcego akcentu. Mimo to zostaje wepchnięta w rolę niemej ofiary „najlepszego pokolenia Polaków”, ich miłości do Polski i wzajemnej nienawiści.

 

W filmie bohaterowie są symbolami pewnych postaw; nie każdy „prawicowiec” jest skrajnym nacjonalistą, nie każdy „lewak” jest neutralnym ideologicznie wyborcą PO. Film jednak wyróżnia i przerysowuje konkretne cechy, by postacie i sytuacje filmu były czarno-białe tak jak obraz. Ma to podkreślić prostotę opowieści. Choć może to wszystko nie jest czarno-białe i proste, a szare i pogmatwane.

 

„Knives Out” ze względu na swoją kontrowersyjną tematykę nie był dotowanym projektem, a powstał niezależnie, ze środków prywatnych. Ta niekomercyjność projektu nadaje filmowi toporności i szorstkości. Niezależność finansowa od jakiegokolwiek środowiska politycznego, zależność jedynie od widzów, którzy czekali na ten film i wspierali jego produkcję, pozwala godzić równo w nacjonalistów, konserwatystów, lewaków – wszystko, co tylko wyrosło w politycznym ogródku na polskiej ziemi. Dodatkowo film wyróżnia zwężony format. Można mieć przez to wrażenie, że to amatorskie nagranie. Jednocześnie jednak nadaje to przekazowi intymności.

 

W filmie wyczuwalna jest maniera teatralna. W teatrze jest miejsce na tworzenie kreacji, bohater należy do aktora. W filmie jednak bohater, jakiego widzimy na ekranie, jest „produktem” gry aktorskiej, a nie teatralnej, scenariusza, odpowiednio dobranej muzyki, właściwego montażu itd. Tymczasem w „Knives Out” mieszane są dwa rodzaje tworzenia postaci i scen: filmowy z teatralnym. Może to być efekt akademickiego i teatralnego doświadczenia młodych aktorów, a braku filmowego. Równocześnie Wojcieszek często w swoich produkcjach zaciera granicę miedzy stylem filmowym a teatralnym i przemyca teatralne zwyczaje na ekran. Mógł więc świadomie pozwolić młodym aktorom na taki rodzaj gry. Oglądanie filmu tak zrobionego jest trudne i męczące. Widz nie jest przyzwyczajony do przyswajania obrazu podanego w taki sposób.

 

Niejednoznaczność „Knives Out” jest wadą, ponieważ istniej ryzyko, że film obejrzany przez osobę, która ma skłonności nacjonalistyczne, może zostać potraktowany jako zachęta do takiego działania. I Hubert stanie się nowym archetypem bohatera narodowego.

 

To film, który nie może być jednoznacznie interpretowany, to wymagający obraz dla inteligentnego i cierpliwego widza, który dostrzeże wiele jego aspektów i wybaczy mu wady, a pochwali to, co mądre i trafne. To bardzo ważna produkcja, potrzebna Polakom. Obnaża głupotę radykalnych postaw i niebezpieczeństwo z nich płynące. Skłania do refleksji. Pozostawia widza z pytaniem: czy to może być prawda?

 

Monika Tułodziecka

 

 

Przeczytaj również naszą relację z pokazu filmu „Knives Out”