Święta przed telewizorem

 

Dawno, dawno temu, kiedy telewizja miała jeden program i w dodatku czarno-biały, czekało się na Boże Narodzenie w telewizorze z wypiekami na twarzy. Po pierwsze, była szansa, że zobaczy się coś Disneya – nie, nie pełny metraż, ale zestaw kreskówek – z Myszką Miki, psem Pluto, Kaczorem Donaldem i jego siostrzeńcami. Potem redaktor Stanisław Janicki zapraszał do „Starego Kina” – na przykład, na „Gospodę świąteczną” z Bingiem Crosbym i Fredem Astairem i, oczywiście, z oscarowym superprzebojem „White Christmas” Irvinga Berlina. Gdyby ktoś zatęsknił za tą piosenką, pan Janicki proponował za rok „Białe Boże Narodzenie”, także z Bingiem Crosbym i muzyką Berlina. W sumie głos Crosby’ego, śpiewającego „White Christmas”, pojawiał się na ekranie około 50 razy, czasem w duecie, na przykład – z Frankiem Sinatrą.

 

 

Zamiast Crosby’ego można było jeszcze zobaczyć „Życie jest cudowne” Franka Capry z Jamesem Stewartem, prawdziwie świąteczny evergreen. Zaczyna się smutnawo, bo Jimmy myśli o samobójstwie, ale zjawia się anioł, trochę dziwny – bez skrzydeł, za to w prochowcu i kapeluszu, i cierpliwie mu tłumaczy, że bieżące problemy przysłoniły mu całe porządne i ofiarne życie. Pod wpływem anioła Jimmy odświeża pamięć i wraca między tych, którzy go kochają, a jest ich mnóstwo.

 

I tak w świątecznym nastroju nadchodziła pora na świąteczny spacer, a potem świąteczny obiad. I coś francuskiego – na przykład, jakiś film płaszcza i szpady, „Trzech muszkieterów” czy „Tajemnice Paryża” Andre Hunebelle, z Georgesem Marechalem lub Jeanem Marais. A skoro już mowa o Marais, to warto przypomnieć „Fantomasa”, każdą z trzech jego części, gdzie aktor występował w dwóch rolach – tytułowego oszusta i złodzieja o stu twarzach oraz ścigającego go dziennikarza Fandora, któremu pomagał (a raczej przeszkadzał) ciapowaty komisarz Juve, czyli Louis de Funes.

 

Świąteczny wieczór to była pora na wystawny western w rodzaju „Rio Bravo”, koniecznie z Johnem Waynem, ostatecznie jakieś dobre kino sensacyjno-przygodowe i gwiazdorskie zarazem jak „Wielka ucieczka”  czy „Działa Navarony”, wszak były o czasy, kiedy Alistair McLean był na topie. A jeśli był jeszcze czas na drugi film wieczorem, to bywała to „Markiza Angelika” z Michele Mercier – lekka i pikantna zarazem opowieść kostiumowa, której bohaterka była wydana za mąż wbrew woli (ale w tym związku zaznała wielkiej miłości), porywana na żądanie króla i poniewierana, uprowadzana przez piratów, ale zawsze wierna swemu markizowi i zawsze piękna. Może i burzliwe losy Angeliki nie pasowały zbytnio do świątecznego nastroju, ale były to czasy, kiedy władzy zależało nie tyle  na świętach, ile na zaspokojeniu widowni. No i święta trójca Hoffmana: „Wołodyjowski”, „Potop” i „Znachor” na zmianę z „Trendowatą”.

 

Potop - Nowy Folder

 

Lata płyną, czasy się zmieniają, przybywa filmów, a wraz z nimi pozycji kręconych specjalnie na święta. Zwłaszcza telewizyjnych. I nie chodzi o takie filmy jak „Niespotykanie spokojny człowiek” Stanisława Barei, którego bohater, rolnik, chce w wigilijny wieczór wybić synowi z głowy ożenek z miastową dziewczyną, ale masową amerykańską produkcję według kilku wzorów. A to dzieciaki ratują rozbitą rodzinę, doprowadzają rozwiedzionych lub planujących rozwód rodziców do powrotu do siebie. Albo korposzczur (lub lepiej – korposzczurzyca) wraca w rodzinne strony dla podładowania akumulatorów i doznaje świątecznej iluminacji, że na prowincji też jest życie i miłość. Albo ktoś marzy o psie pod choinkę i dostaje zwierzaka, który załatwia za niego wszystkie ważne sprawy w domu, w okolicy i w życiu. Albo kolejna – a jest ich około 150 – wersja „Opowieści wigilijnej” Dickensa: w wersji aktorskiej, kukiełkowej, rysunkowej, ze Scroogem współczesnym i osadzonym w epoce, z branży rozrywkowej i telewizyjnej, kobietą i mężczyzną. I chociaż jakoś Dickens do polskiej tradycji świąt niekoniecznie pasuje, to wszystkie niemal telewizje częstują nas Scroogem na ciepło i zimno, rano i wieczorem.

 

A kiedy już się nam cały ten orszak Duchów Świąt Bożego Narodzenia przeje na dobre, rusza parada świątecznych przebojów. Na czele kroczy – niczym Mikołaj z coca-colą pod pachą – „Kevin sam w domu”. Już cały świat wie, że w Polsce nie ma Bożego Narodzenia bez Kevina – informację o tym znajdziecie nawet na największym portalu filmowym świata, imdb.com: jest 30. wśród ponad 170 ciekawostek o filmie, wraz z informacją, że w 2011 roku „Kevina” w Wigilię obejrzało około 5 mln widzów, największa widownia telewizyjna tamtych świąt.

 

Kevin sam w domu - Nowy Folder

 

Zaraz za Kevinem skrada się „Szklana pułapka”, wszak w pierwszym filmie Bruce Willis zbawia świat w same święta! Na miejscu trzecim wbiega na metę komediowo-melodramatyczny „Holiday”, w którym Cameron Diaz i Kate Winslet zamieniają się mieszkaniami na święta i tym zręcznym ruchem ustawiają sobie życie. Słodkie?! A komu słodyczy za mało, na pewno znajdzie inny gwóźdź świątecznego repertuaru: „To właśnie miłość” – od 2003 roku wzorzec każdego filmu na święta Bożego Narodzenia, łącznie z naszymi „Listami do M 1-3”. A co ciekawe, nie ma w tym filmie żadnej fałszywej nuty, wszystko, co na ekranie, zdaje się prawdopodobne – samo życie! Obowiązkowym uzupełnieniem wydaje się wcześniejszy o rok „Był sobie chłopiec” z tym samym Hugh Grantem, który w „To właśnie miłość” gra brytyjskiego premiera. Tym razem jest ofiarą świąt: żyjąc z tantiem za świąteczny przebój, skomponowany przez swego ojca, zwyczajnie nie zna prawdziwego życia i musi się go błyskawicznie nauczyć. Życia w trybie przyspieszonym uczy się też Richard Gere w „Pretty Woman”, jakkolwiek wydaje się, że lekcje pobiera tu głównie Julia Roberts – jako hollywoodzka prostytutka, która trafia do wielkiego świata: dość popularna świąteczna propozycja, jakkolwiek z Bożym Narodzeniem niewiele (to eufemizm) ma wspólnego.

 

A na koniec świątecznego wieczoru – od jakichś 20 lat – telewizje proponują coś mocniejszego, najlepiej krwawy horror, coś w rodzaju którejś z sześciu części „Piły” czy innej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Kiedy po raz pierwszy dostrzegłem konsekwencję w takim układaniu telewizyjnego repertuaru, sąsiad, którego zapytałem o zdanie, uspokoił mnie, nie kryjąc zadowolenia: „Dobrze jest coś takiego obejrzeć – dla poprawy trawienia!”.

 

Cóż, czasy się zmieniają, ale to akurat się nie zmienia – ciągle traktujemy świąteczny czas jako okazję do Wielkiego Żarcia. A skoro pada już takie sformułowanie: tak zatytułowanego filmu Marco Ferreriego na święta nie polecam.