/

Syndrom sztokholmski

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Usłyszałem ostatnio od znajomego: „Banan, spoko te felietony, ale musisz tak cały czas o tej polityce? Tyle się przecież dzieje poza nią”. W sumie na szybko musiałem przyznać mu rację. Trudno się nie zgodzić, przecież nie wszystko kręci się dookoła parlamentu, czy raczej parlamentów. A później usiadłem przed laptopem i nastała pustka.


Czuję się trochę jakbym wpadł w świadomościowy odpowiednik limbo – narodziłem się przed przyjściem zbawiciela, który, w tym przypadku, byłby zjadliwymi informacjami wolnymi od polityki, ale sam nie zdążyłem jeszcze zgrzeszyć aktywnym w tej polityce uczestnictwem. Kręcę się więc po tej otchłani bez wyjścia, a nawet całkiem nieźle się już w niej urządziłem. Starałem się po wspomnianym komentarzu wpaść na coś, co oddali Bananową Niedzielę od Wiejskiej, ale poszukiwania spełzły na niczym. Jeżeli coś dzisiaj w mediach nie dotyczy polityki, jest o sporcie (to nie temat na tę kolumnę), o wypadkach (zbyt przygnębiające), o celebrytach (jeszcze bardziej dołujące, chociaż Godlewska śpiewająca hymn III Rzeszy w koszulce Grunwald 1410 mi nie umknęła), technologii i gospodarce, na których, co przyznaję ze wstydem, niedostatecznie się znam lub ewentualnie o sztuce, ale recenzje na Nowym Folderze piszemy oddzielnie.


Zacząłem się więc zastanawiać, czy to ja tak sobie ustawiłem tablice na mediach społecznościowych, oglądam takie programy w TV i czytam takie portale w Internecie, czy to ogólny problem? Radio odrzucam, bo radiobudzik mam ustawiony na TOK FM, gdzie, z wyboru, rano budzą mnie rozmowy o polityce. Przeczesałem więc kilka portali internetowych i troszkę odetchnąłem. Naprawdę wita mnie na nich kampania wymieszana z celebryckimi newsami bez wartości i dietami cud.


Jak to się w takim razie stało, że będąc zewsząd zarzucani polityką, rozmawiamy raczej hasłami i frazesami? Najgłębszym zanurzeniem się w programy dla wielu z nas było wypełnienie Latarnika Wyborczego. Co więcej, jak uciec? Katuję się kilkusetką naszych orłów dzień w dzień, ciśnienie skacze, szlachetne zdrowie momentami jest bliskie dobicia do granicy „kto Cię stracił”, a gdyby nie komentarz na temat felietonów, w ogóle nie zacząłbym się zastanawiać nad tym, ile polityka zabiera mi codziennie czasu i nerwów. Co jeszcze straszniejsze, nawet nie chcę uciekać! Czy to już temat dla psychologa? Leczyć się z politolofilii? Są już gdzieś jakieś grupy wsparcia?


Jedyną receptę dał chyba pięć lat temu Ten Typ Mes. „Trze’a było zostać dresiarzem”, a przede wszystkim „trze’a było dusić w zarodku całą wrażliwość już od początku”. Chociaż, koniec końców mam ten problem, że choć „trze’a było zostać cwaniakiem z prawem na bakier”, to, tak jak Mes, „za słaby łeb mam”. Będę się więc dalej do nieprzytomności upijał jedynie wiejską nalewką.