/

Szczurze szczęście


Formuła 1 to sport wyjątkowo piękny, ale i wyjątkowo niebezpieczny. Przez lata nie brakowało śmiałków, którzy za kierownicą swoich bolidów nie bali się zaglądać śmierci w oczy. A może bali się, ale nie byli w stanie przezwyciężyć pokusy przemierzania toru z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę? Niektórzy za swoją pasję zapłacili najwyższą cenę, innym z jakiegoś powodu udało się tego uniknąć. I choć poniższą opowieść zna wielu, jej bohater, jak mało kto, wart jest przypomnienia.

Kiedy ktoś pyta mnie o ulubionego kierowcę w historii Formuły 1, bez wahania odpowiadam, że Ayrton Senna. Nie ma znaczenia, że nigdy nie widziałam wyścigu z jego udziałem „na żywo” w telewizji i mogłam oglądać jedynie filmiki na You Tubie. Nie ma znaczenia również fakt, że moja wiedza o erze turbo ogranicza się do znajomości podstaw budowy bolidów i kilkunastu nazwisk kierowców. Moją największą ciekawość w Formule 1 zawsze wzbudzało to, co już za nami.

Senna niestety nie uniknął śmierci na torze wyścigowym, ale było wielu, dla których los przygotował inny scenariusz. W świecie królowej sportów motorowych jest jeszcze jedna postać, którą darzę szczególnym szacunkiem. Jej tym bardziej nie mam prawa pamiętać, bo ścigała się wcześniej niż mój brazylijski ulubieniec. Gdy Senna debiutował, ten, którego mam na myśli, po raz trzeci w karierze został mistrzem świata. Był rok 1984, a tytuł zdobył Niki Lauda.

W  lutym tego roku skończył siedemdziesiąt lat. Urodził się w zamożnej wiedeńskiej rodzinie – jego dziadek był współzałożycielem i prezesem Austriackiego Stowarzyszenia Przemysłowców, a rodzice działali w przemyśle papierniczym. W pierwszym wyścigu wziął udział mając 19 lat. Był to wyścig górski, a Lauda jechał Mini Cooperem S 1300 i zajął drugie miejsce w swojej klasie. Jednak jego bliscy sprzeciwiali się, by Lauda rozpoczął karierę zawodowego kierowcy i nie chcieli wesprzeć go finansowo. Mimo to, młodzieniec był na tyle zdeterminowany, że podjął ryzyko – zaciągnął pożyczkę pod zastaw polisy na życie i w 1971 r. wykupił sobie miejsce w zespole March występującym w Formule 2. Dwa lata później, dzięki kolejnemu kredytowi, trafił do stajni BRM. Spędził tam jeden sezon zanim przeniósł się do legendarnego Ferrari. We włoskiej ekipie znalazł się dość przypadkowo – właścicielom teamu polecił go Clay Regazzoni, były partner Laudy z zespołu BRM. Austriak szybko udowodnił, że zasługuje na miejsce w czołowym zespole. Miał smykałkę do majsterkowania i ulepszania samochodów, a do tego znakomicie je prowadził. Nigdy nie ukrywał, że ścigał się dla pieniędzy. Był pragmatykiem i często troszczył się tylko o siebie. Ze względu na charakterystyczny przodozgryz (a może i charakter?) w środowisku Formuły 1 nazywano go „szczurem”. Za kierownicą czerwonego bolidu Lauda zdobył swoje dwa pierwsze tytuły mistrzowskie. Trzeci przyszedł już w latach 80. w barwach McLarena, a po drodze wydarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego życie.

GP USA na Watkins Glen 1975
fot. Flickr

 – Wielu ludzi krytykuje Formułę 1, bo uważa, że to podejmowanie niepotrzebnego ryzyka. Ale czymże byłoby życie, gdybyśmy robili tylko to, co jest niezbędne? – Niki Lauda

Mała dygresja: kilka lat temu historia Austriaka stała się inspiracją dla Rona Howarda (Oscar za „Piękny umysł”), który wyreżyserował dramat biograficzny zatytułowany „Rush” (polski tytuł „Wyścig”), opowiadający o rywalizacji Nikiego Laudy z Jamesem Huntem w latach 70. Po kliku latach od premiery mogę bez wątpienia powiedzieć, że to najlepiej zrealizowany film o tematyce sportowej, jaki było dane mi obejrzeć. Główne role zagrano po mistrzowsku – w postać Hunta wcielił się Chris Hemsworth, a Laudy – Daniel Brühl (jestem ogromną fanką tej drugiej kreacji, podobnie jak sam kierowca). Oparta na faktach opowieść ilustrowana muzyką Hansa Zimmera to seans, którego nie sposób zapomnieć. Ścieżka dźwiękowa jest wprost nieziemska.

Wróćmy jednak do naszego bohatera. Film rozpoczyna się od jego monologu: – Nazywam się Niki Lauda i ludzie ze świata wyścigów znają mnie z dwóch powodów. Pierwszy to moja rywalizacja z nim [Jamesem Huntem – przyp. red.]. (…) Drugi powód mojej rozpoznawalności to wydarzenia z pierwszego sierpnia 1976 r., kiedy ścigałem go [Hunta – przyp. red.] jak skończony dupek. Cytat z początku filmu zawiera w sobie gorzką prawdę. Myślę, że większość ludzi na świecie postrzega Laudę tylko przez pryzmat wydarzeń z 1976 r. Dla niewielu pierwszym skojarzeniem na dźwięk tego nazwiska są trzy tytuły mistrza świata. A szkoda, bo Austriak jest jedną z najważniejszych postaci w historii Formuły 1. Nie tylko ze względu na wielkie umiejętności i chłodną osobowość, ale również ogromny wkład w rozwój dyscypliny i dbałość o zwiększanie standardów bezpieczeństwa. W czasach Laudy śmierć przynajmniej jednego kierowcy w sezonie była normą. Ekipy bez opamiętania dążyły do zwiększenia prędkości osiąganych przez bolidy, a zapominały o tym, by chronić swoich kierowców przed skutkami nieuniknionych wypadków. Los chciał, że Lauda padł ofiarą jednego z nich.


Do piekła i z powrotem

Wszystko wydarzyło się na Nürburgring podczas GP Niemiec – powszechnie uznawanego za jeden z najbardziej wymagających i niebezpiecznych torów F1. Tamtego pamiętnego dnia przed wyścigiem spadł deszcz, co oznaczało znaczne pogorszenie się warunków do jazdy na torze, który był już wystarczająco trudny do przejechania na suchych oponach. Lauda (ówczesny mistrz świata) chciał, by zawody odwołano. Jednak ostatecznie decyzją większości kierowców Grand Prix odbyło się zgodnie z planem. Co kierowało Austriakiem, gdy proponował anulowanie wyścigu? Z jakiego powodu pozostali kierowcy nie byli skłonni go poprzeć? Jeśli tego nie wiecie, nie będę zdradzać. Historię tego startu w szczegółach opowiedział dla Was Ron Howard w „Rush”, do obejrzenia którego gorąco zachęcam.


Wyścig się odbył, ale jego skutki były tragiczne. Niki Lauda miał wypadek, którego przebieg zna każdy fan Formuły 1. Gdy wjeżdżał w zakręt Bregwerk na drugim okrążeniu, stracił panowanie nad bolidem w wyniku awarii tylnego zawieszenia. Uderzył w ogrodzenie z prędkością niemal dwustu kilometrów na godzinę. Jego Ferrari stanęło w płomieniach, a w pełni świadomy kierowca nie mógł się z niego wydostać. Uratowali go koledzy z toru – Arturo Merzario, Brett Lunger i Guy Edwards. O wydarzeniach z Nürburgring miał powiedzieć: – Takich przeżyć, jak w dniu wypadku, wcześniej doznałem tylko w chwili, gdy zapaliłem marihuanę.

Do dziś trudno uwierzyć, że Austriak przeżył, kiedy pomyśli się o doznanych przez niego obrażeniach – oparzeniach trzeciego stopnia nadgarstków i głowy, złamaniach żeber, obojczyka i kości policzkowych oraz uszkodzeniach płuc (te ostatnie to wynik wdychania trujących gazów wydzielanych w trakcie pożaru bolidu). Podobno w szpitalu na widok Laudy jego żona Marlene zemdlała. Ksiądz udzielał mu ostatniego namaszczenia. Samemu kierowcy po wypadku pozostały charakterystyczne blizny na twarzy – wynik przeszczepu skóry z uda. Aby je ukryć do dziś nosi czerwoną czapkę.

 – Czapka jest moją ochroną przed głupimi ludźmi, którzy patrzą na mnie w głupawy sposób. Zawsze chcą zobaczyć, co się dzieje pod czapką, więc noszę ją żeby się przed tym chronić i czuć bardziej komfortowo. Ale nawet gdy mam ją na głowie, ludzie rozmawiając ze mną nie patrzą mi w oczy. W niektórych sytuacjach było mi przykro, bo ludzie nie rozumieli, że można spotkać kogoś kto wygląda brzydko z jakiegoś powodu i traktować go normalnie. Traktowali mnie źle, a ich jedyne zainteresowanie moją osobą dotyczyło tego, co mam pod czapką.– tak Lauda mówił w 2017 r. w wywiadzie z amerykańskim dziennikarzem Grahamem Bensingerem. I dodał:  – Swoją drogą, ja wyglądam brzydko, ale miałem wypadek i on jest moją wymówką. Niektórzy ludzie nie mają takiej wymówki, po prostu są brzydcy.


Laudzie bardzo zależało na powrocie do ścigania. Tylko on wie, co tak naprawdę go do tego motywowało. Bez względu na to, czy była to chęć zarabiania pieniędzy czy pragnienie obrony mistrzowskiego tytułu, jego postawa może imponować. Na tor wrócił po zaledwie sześciu tygodniach (sic!), a w swoim pierwszym występie po wypadku – podczas GP Włoch na torze Monza – zajął czwarte miejsce. Nie będzie przesadą powiedzieć, że oszukał przeznaczenie. Suma summarum nie zdobył wówczas drugiego z rzędu mistrzostwa Formuły 1, ale to zdawało mu się nie przeszkadzać. – W życiu są o wiele ważniejsze rzeczy niż mistrzostwo świata, na przykład pozostać przy życiu. – mówił po latach.

fot. Flickr


Choć słyszałam tę historię wielokrotnie, wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Nie mogę wyjść z podziwu dla człowieka, który po zaledwie kilku tygodniach od niemal śmiertelnego wypadku, wraca na tor wyścigowy. Ktoś powie, że to głupota i że po takim „ostrzeżeniu” Lauda nigdy więcej nie powinien usiąść za kółkiem. Dla mnie jest trochę inaczej. Widzę w tym pogoń za marzeniami i jakąś niezrozumiałą siłę, która każe kierowcom wyścigowym wciąż podejmować ryzyko. Dlatego rozumiem Laudę, choć nie pojmuję w jaki sposób poradził sobie ze swoim „nowym” życiem. W programie Bensingera mówił: – Kiedy zobaczyłem się w lustrze po wypadku, nie mogłem uwierzyć. Głowa była ogromna, wypełniona wodą,  nigdy nie widziałem czegoś takiego. (…) Popatrzyłem jeszcze raz i pomyślałem: jeśli będę tak wyglądał przez resztę życia, to co zrobię? Nic nie mogłem zrobić. Tak po prostu jest. Miałem wypadek, straciłem ucho, wyglądam jak wyglądam. Dziękuję Bogu, że wciąż żyję. Akceptuję to.