Sztafeta polskich reporterów: dwudziestolecie międzywojenne

 

Reportaż to gatunek literacki, który wykształcił się w drugiej połowie XIX wieku. Początkowo przez krytyków nazywany był przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej popołudniówki”. Z czasem zyskał sobie szacunek i stał się niezwykle popularny wśród czytelników. W literaturze polskiej reportaż uprawiało wielu znanych publicystów i pisarzy, jednak za mistrzów gatunku można uznać tylko niektórych.

 

 

Wańkowicz, Pruszyński i Fiedler to trzech najwybitniejszych polskich reporterów, debiutujących w okresie międzywojennym. Wnikliwi, energiczni, z darem obserwacji i umiejętnością rozmawiania z ludźmi stworzyli dzieła, na których do tej pory wychowują się kolejne pokolenia reporterów.

 

Twórca literatury faktu

Melchior Wańkowicz nazywany jest ojcem współczesnego reportażu. Wspaniale operował wywodzącym się z dawnej polskiej kultury szlacheckiej stylem gawędy. Wszystkie jego utwory są pełne anegdot, dygresji i bezpośrednich zwrotów do czytelnika. Reporter, jak pisze Adam Leszczyński, bez wątpienia miał „dar obserwacji, łatwość rozmawiania z ludźmi, ogromną ciekawość drugiego człowieka i wreszcie najbardziej rzadką cechę – życzliwość”. W swoich książkach często mieszał prawdę z fikcją – z kilku życiorysów tworzył jeden. – W pogoni za prawdą dosłowną musiałbym albo zajmować się losem każdego człowieka od początku do końca – na to trzeba całych tomów – albo też wziąć z każdego życia moment najciekawszy. Ale wówczas byłaby to siekanina, kilkadziesiąt niepołączonych ze sobą wątków. Byłaby to „prawda literalna”, ale nie byłoby w tym „prawdy generalnej” – o losie polskiego emigranta. Wobec tego wybieram z każdego życiorysu najbardziej odpowiadający kamyczek i szukam w następnym życiorysie o krok dalej – wyznał Wańkowicz w rozmowie z Krzysztofem Kąkolewskim w 1973 roku.

 

W okresie dwudziestolecia międzywojennego stworzył takie dzieła jak: „W kościołach Meksyku”, „Szczenięce lata” czy „Opierzona rewolucja”. Jednak najważniejszą książką Wańkowicza wydaną przed wybuchem II wojny światowej była „Na tropach smętka”. Reporter opisuje w niej swoją podróż z córką Martą po Prusach Wschodnich i przedstawia obraz życia ludności polskiej zamieszkującej te tereny. Opisy eskalującej przemocy i nienawiści ludności pochodzenia niemieckiego w stosunku do polskojęzycznej ludności mazurskiej pomagają zrozumieć, co działo się tam w przededniu wybuchu II wojny światowej. Książka została przyjęta niezwykle entuzjastycznie w Polsce, natomiast w Niemczech zakazano jej wydania.  We wrześniu 1939 r. Wańkowicz był nawet poszukiwany przez Gestapo. W porę jednak zbiegł do Rumunii, a następnie został korespondentem wojennym przy II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa.

 

Tuż po zakończeniu wojny rozpoczął pracę nad swoją największą i najbardziej znaczącą książką zatytułowaną „Bitwa o Monte Cassino”. –[Wańkowicz] pisał szczegółowo o topografii terenu bitwy, użytych środkach bojowych, planach strategicznych dowództwa, sam lazł pod ogień, byle tylko osobiście doświadczyć i na własne oczy zobaczyć walki na pierwszych liniach frontu – wspominał po latach pracę reportera nad książką Stanisław Gliwa. Wydarzeniom wojennym poświęcił także inne publikacje, jak na przykład „Wrzesień żagwiący”, „Westerplatte”, „Hubalczycy” oraz „Ziele na kraterze”.

 

Melchior Wańkowicz po bitwie o Monte Cassino

 

Wielu uważa, że jego książek nie da się przypisać do określonego gatunku literackiego. Sam Wańkowicz odcinał się od beletrystki – twierdził, że tworzy „literaturę faktu”. – Powiedzmy, że taka jest między reporterem a beletrystą różnica, jak między malarzem a mozaikarzem. Pierwszy rozetrze sobie na palecie taki syntetyczny kolor, jaki chce, a reportażysta bierze kolor wprost z tubki. Albo ściślej – układa mozaikę faktologiczną. Musi tak długo szukać odpowiedniego kamyczka, aż go znajdzie – napisał w „Od Stołpców po Kair”.

 

Wszędzie tam, gdzie coś się działo

Księciem reportażu określa się za to Ksawerego Pruszyńskiego. Pracę reportera rozpoczął w 1932 r. cyklem reportaży z Węgier dla krakowskiego „Czasu”. Debiutancką książkę reporterską, zatytułowaną „Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193?”, wydał dwa lata później. –Prorokował w niej, że być może o Gdańsk wybuchnie kolejna wojna w Europie. – Czy rzeczywiście w Gdańsku zanosi się na awanturę w większym stylu, czy też chmury, nagromadzone niewątpliwie nad Gdańskiem, rozejdą się bez burzy? (…) Nie mogę powiedzieć, że burza jest nieunikniona. Ale obawy, jakie nurtują w Polsce od mniej więcej miesięcy, uważam niestety za najzupełniej uzasadnione. Burza wybuchnąć może – pisał.

 

W 1936 r. był korespondentem w ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Konflikt opisał w reportażach dla „Wiadomości Literackich” oraz w wydanej rok później książce „W czerwonej Hiszpanii”. – Autor osądzał w niej rewolucję z dwóch punktów widzenia: jako wyznawca określonych poglądów politycznych – starał się szukać jej społecznych przyczyn i celów; jako moralista potępiał obie strony za krwawe metody walki. Jednocześnie jako rasowy reporter był zafascynowany dziejącą się na jego oczach historią – czytamy w opisie reportażu.

 

Po wybuchu II wojny światowej brał udział w bitwie o Narwik oraz wraz z 1. Dywizją Pancerną uczestniczył w bitwie pod Falaise. Swoje przeżycia wojenne oraz współtowarzyszy broni opisał w książce  uznawanej za arcydzieło polskiej literatury wojennej zatytułowanej „Droga wiodła przez Narvik”.

 

 

Był jednym z najbardziej aktywnych i energicznych polskich reporterów. Zjawiał się wszędzie tam, gdzie działo się coś ważnego, w miejscach zapalnych, objętych wojną i okupacją. Nigdy nie unikał wyrażania wyrazistych opinii, lubił ironizować, a jednocześnie wszędzie „tam, gdzie mógł, starał się znaleźć coś dobrego, pozytywnego”. Ryszard Kapuściński stwierdził, że Pruszyński „sprawił, że reportaż stał się nie tylko produktem oka, ale również i umysłu”.  –Tak, jak każdy wielki talent, był wielkim egocentrykiem, przede wszystkim bardzo cenił swoją twórczość –  wspominał Pruszyńskiego jego brat Mieczysław.

 

Pisarz i podróżnik

Pierwszą reportażową relację z wyprawy, „Przez wiry i porohy Dniestru”, Arkady Fiedler wydał w 1926 r.  Rok później wyjechał w wielką podróż do Brazylii, którą opisał w książkach „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” i „Wśród Indian Koroadów”. W 1933 r. odbył wyprawę do Amazonii i Peru (spełniając tym samym swoje największe marzenie), z której przywiózł książkę „Ryby śpiewają w Ukajali”.

 

Podróże Arkadego Fiedlera przerwała II wojna świata. W momencie jej wybuchu był na jednej z wysp Polinezji Francuskiej. Natychmiast podjął decyzję o powrocie i zaciągnął się do polskiej armii. W lutym 1940 r. dotarł ze swoim oddziałem do Wielkiej Brytanii, gdzie poznał polskich lotników walczących w bitwie o Anglię. Zebrany materiał posłużył mu do napisania jego najsłynniejszej książki „Dywizjon 303”. W trakcie wojny pływał także na statkach handlowych. Wysiłek wojenny marynarzy opisał w „Dziękuję ci, kapitanie”.

 

Twórczość Arkadego Fiedlera należy dziś do klasyki literatury podróżniczej (fot. Władysław Miernicki)

 

Po zakończeniu wojny kontynuował podróże. Zwiedził niemal cały świat. Napisał 32 książki, należące dziś do klasyki literatury podróżniczej. Przetłumaczono je na 23 języki i wydano w ponad 10–milionowym nakładzie. Na historiach opisanych przez Arkadego Fiedlera wychowały się całe pokolenia żądnych przygód obieżyświatów. Zawsze bardzo długo pracował nad każdym zdaniem, stroną książki, a później wielokrotnie przerabiał gotowe już teksty. Do podróży podchodził z wielką pasją, którą starał się przekazać w swoich dziełach. – Do przyrody podchodzę przede wszystkim uczuciowo i z sercem. Kochając słońce nie zamykam oczu na cienie, chociaż wiem, że w życiu jest więcej słońca niż cieni. O tym właśnie piszę w moich książkach – wyznał Fiedler w audycji radiowej w 1974 roku.