Ta pechowa literka „T”

Film Marcina Krzyształowicza może aspirować do miana uniwersalnej, niestroniącej od humoru przypowieści o oporze jednostki wobec władzy totalitarnej. Nie sposób jednak uciec od myśli, że film zyskałby wiele, gdyby dostarczył nam nieco więcej szczegółów… lub wręcz przeciwnie – całkiem zrezygnował z tropów wskazujących na określoną postać.

„Pan T.” opowiada historię uznanego pisarza w Warszawie na początku lat 50. Śledzimy jego aktywność – posiłki w literackiej stołówce, wyprawy na bazar, uczestniczenie w spotkaniach dziennikarzy. Z uznanym pisarzem jest tylko jeden problem – niewiele pisze, oficjalnie nie publikuje. Jego głównym źródłem utrzymania są korepetycje, które daje zadziornej maturzystce (Maria Sobocińska), mieszka w malutkim pokoiku w Domu Literatów, w wolnym czasie chadza na zakazane koncerty muzyki jazzowej, przez władzę uznaną za ideologicznie podejrzaną. Jego aktywność literacka sprowadza się do prowadzenia dziennika, gdzie może napisać, co naprawdę myśli. I choć każdy krok bohatera obserwuje górujący nad stolicą budowany Pałac Kultury i Nauki, w półmroku kryją się agenci Urzędu Bezpieczeństwa, a wszystkie ściany mają uszy, bohater twardo wybiera milczenie. Z ironią patrzy na kolegów, którzy weszli w układ z władzą.

od lewej: Mariusz Bonaszewski, Paweł Wilczak, Przemysław Bluszcz, Katarzyna Warnke (mat. dystrybucja)

Film opowiada w gruncie rzeczy dość uniwersalną historię o człowieku, który stawia bierny opór władzy, a jego jedynym polem do manewru jest jego własna wyobraźnia. Uwikłany w system Pan T., niczym bohater Kafki, walczy o swoją niezależność, musząc mierzyć się z wieloma absurdami rzeczywistości, dziennikarską cenzurą oraz nowym socjalistycznym porządkiem. I tak, jak Józef K. – bohater „Procesu”, staje się postacią uniwersalną, z którą – dzięki ograniczonej ilości informacji – każdy może się łatwo utożsamić. Z jednej strony jest to zabieg ciekawy, ale równocześnie ten uniwersalizm może także okazać się pułapką.

Bo choć tytuł filmu enigmatycznie zdradza nam jedynie pierwszą literę nazwiska, z przebiegu historii można się domyślić, że „Pan T.” w dużej mierze odnosi się do Leopolda Tyrmanda – autora „Dziennika 1954” oraz powieści „Zły”, barwnej postaci polskiej kultury lat 50. i 60. XX wieku. I chociaż plansza na początku filmu informuje, że opowieść nie jest oparta na żadnej biografii, widz dopatrzy się pewnych inspiracji. Choćby dziennik, służący za podstawę narracji w filmie, jest stylistycznie bardzo podobny do „Dziennika 1954”. Nieprzypadkowo, wszak punktem wyjścia dla filmu był scenariusz Andrzeja Gołdy „Tyrmand. 1954”. Realizacja tego projektu okazała się niemożliwa z powodu sporu ze spadkobiercą, Matthew Tyrmandem (z podobnych przyczyn doszło m.in. do przerwania produkcji filmu „Zły” Xawerego Żuławskiego). Reżyser Marcin Krzyształowicz zgodził się na realizację projektu Gołdy pod warunkiem napisania scenariusza całkowicie od nowa. Założono, że film będzie jedynie inspirowany tekstami i legendą Tyrmanda, zaś dotyczyć ma wielu polskich twórców działających w tym samym okresie – m.in. Mrożka, Konwickiego oraz reżysera Andrzeja Munka (podobieństwo poprzez ciemne okulary bohatera). Z punktu widzenia praw autorskich, „Pan T.” jest więc jedynie efektem inspiracji postacią. Jeśli skupić się na wartości artystycznej filmu – wykreowanie portretu środowiska wydaje się ciekawym zabiegiem, jednakże nie do końca czytelnym. Nie sposób nie zauważyć, że ułamki nie są równe, a postać Tyrmanda jest wyróżniona – bardzo dużo faktów z życia pisarza się zgadza. Z tego powodu „Pana T.” nie można uznać ani za zupełną alegorię, ani za czystą biografię. Jako widzowie pozostajemy zawieszeni gdzieś po środku. 

Aktorsko „Pan T.” jest wielkim powrotem Pawła Wilczaka, który na dużym ekranie pojawia się po dłuższej przerwie. Wilczak w głównej roli wypada przekonująco, grana przez niego postać jest intrygująca – tajemnicza, elegancka, znudzona. Z niezmienną maską spokoju reaguje na wszelkie absurdalne sytuacje. A jednak owa maska, dająca postaci rys tajemniczości, sprawia również, że nie do końca jesteśmy w stanie odczytać emocje bohatera. Zmartwiony czy znudzony? Zakochany, obojętny czy wręcz cyniczny? Co właściwie czuje nasz bohater? Na przestrzeni filmu takie pytania stają się problemem, bo emocje aktora przekładają się na emocje widza. Aktorsko bardzo dobrze wypada postać aspirującego dziennikarza Filaka, grana przez Stanisława Stankiewicza. Jest to bohater cichy, spijający słowa z ust swego idola, jednocześnie dręczony problemami, nieraz zagubiony jak dziecko w otaczającej go rzeczywistości. Z tą cichością kontrastuje Maria Sobocińska, która jako butna maturzystka, natchniona przez bohatera poczuciem wolności, dodaje filmowi energii, zadziorności, oraz obrazuje pewną nadzieję pokładaną w przyszłości. Dodatkowo w filmie pojawia się kilka epizodycznych postaci, przy których można pobawić się w odgadywanie pseudonimów – jak wpadający z ogórkami „Kisiel” – Stefan Kisielewski czy prowadzący spółdzielnię zabawek „Zbyszek” – Zbigniew Herbert. Zabawnym akcentem jest również pojawienie się Kazimierza Kutza, Leszka Balcerowicza i Jacka Fedorowicza, którzy jako emerytowani profesorowie filozofii, malują żyrafy na rannej zmianie w spółdzielni zabawek. (Na wieczornej są profesorowie medycyny).

Maria Sobocińska i Andrzej Młynarczyk (mat. dystrybucja)

Mimo wielu pozytywnych stron, pewne aspekty w filmie się nie udały. Głównym problemem jest fakt, że historia Pana T. nie ma odpowiedniej dawki dramaturgii. Oprócz wspomnianej już „maski” głównego bohatera, przyczyną może być konwencja filmu. Nie do końca wiemy jaka ma być – tajemnicza, absurdalna czy biograficzna? Z jednej strony mamy elementy komediowe – jak np. scena w łazience, gdy bohater podpala jointa wraz z towarzyszem Bierutem (Jerzy Bończak). Z drugiej strony bardzo dużo jest scen abstrakcyjnych, wyobrażonych, które mają obrazować myśli bohatera, ale przez swoje oderwanie od historii nie do końca działają. Jedną z przyczyn problemów jest także wspomniany już wcześniej konflikt między dążeniem do bycia alegorią, a historią konkretnego twórcy. Choć film broni się w obecnej postaci, widać, że autorzy nie mieli łatwego zadania, a ich pole manewru było ograniczone. Może byłoby łatwiej, gdyby z tytułu zabrać tę pechową literkę T. lub ją rozwinąć.

„Pan T.” otrzymał w Gdyni nagrodę za drugoplanową rolę męską (Sebastian Stankiewicz) oraz nagrodę główną w Konkursie Filmów Polskich na festiwalu „Camerimage” w Toruniu. Premiera w kinach odbyła się 25 grudnia.

„Pan T.”, reż. Marcin Krzyształowicz, prod. Polska, 104 min, dystrybucja Kino Świat

Wpisy

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię dobrze opowiedziane historie. W kinie czasem się to udaje, a wtedy warto o tym napisać. Jeśli nie, tym bardziej?
(https://www.filmweb.pl/user/Agata_Ikanowicz)