Centrum Kapuścińskiego

Niektóre rodzinne tajemnice nigdy nie zostaną odkryte: zaginą wśród stert papierów, starych listów, zdjęć osób, których nikt już nie potrafi rozpoznać, umrą razem z wyrzucanymi stopniowo pamiątkami. Czasem jednak znajdzie się śmiałek, który przekopie góry rupieci, wybierze się do archiwów, pozbiera okruchy pamięci znajomych i nieznajomych, aby uratować ciekawą historię. Takim śmiałkiem jest Małgorzata Szejnert w książce „Wyspa Węży”.

 


Ta opowieść zaczyna się niewinnie. W rodzinie autorki był pewien wojskowy – Ignacy Raczkowski, po którym po 1939 roku zaginął słuch. W rodzinie nic się o nim nie mówiło, a jego żona nie wspominała o nim ani słowem w korespondencji do bliskich, jakby wcale nie miała męża. Szejnert postanawia zainteresować się bliżej tą sprawą. Z Rembertowa – siedziby Centralnego Archiwum Wojskowego trop zaginionego wuja prowadzi na szkocką wyspę Bute do miasteczka Rothesay, gdzie w 1946 roku zmarł Raczkowski. Okazuje się, że istniał tam obóz dla polskich oficerów utworzony przez gen. Władysława Sikorskiego. Ówczesny premier oraz naczelny wódz Wojska Polskiego, będący w konflikcie z sanacją, nie chciał widzieć jej przedstawicieli w nowym Wojsku Polskim i skierował ich na margines, na tytułową Wyspę Węży. Historia rodzinna niespodziewanie przeradza się w historię, która dotyczy całego narodu.

 

Raczkowski, podobnie jak kilkuset polskich oficerów i generałów, trafił do Rothesay za niepoprawne politycznie poglądy. Stefan Mękarski, publicysta i bibliotekarz, określił Rothesay jako „miejsce najbardziej ponurej zagłady kilkuset polskich inteligentów”, a Simon Webb w swojej książce „British Concentration Camps. A Brief History from 1900–1975”, pisząc o Bute, użył sformułowania „polskie obozy koncentracyjne w Wielkiej Brytanii”. Te dramatyczne opisy mogą dziwić w kontekście innych faktów przywoływanych przez autorkę: Rothesay to szkocki kurort. Oficerowie nie byli przetrzymywani na wyspie siłą, mogli nosić broń i mundury, otrzymywali pieniądze. Czekało na nich wiele zajęć: chór wojskowy, teatr, lekcje angielskiego, liczne kawiarnie i zabawy. Nie mogli jednak walczyć, chociaż formalnie byli częścią Wojska Polskiego. O wojnie dowiadywali się jedynie z gazet.

 

Małgorzata Szejnert wraz z synem udaje się na wyspę. Na kilka chwil zaprasza w tę podróż czytelnika. Wtajemnicza go w sekrety jej rodziny, czyniąc z niego towarzysza poszukiwań. Przy okazji bezkompromisowo łamie schematy dotyczące losów polskiego społeczeństwa podczas II wojny światowej, które powszechnie funkcjonują. Zamiast opowieści o dzielnych żołnierzach stawiających czoło okupantowi, młodzieży zrzeszonej w konspiracyjny ugrupowaniach, zamiast o honorze, wspólnej tragedii i walce dostajemy coś zupełnie innego: historię o kilkuset doświadczonych oficerach Polskich Sił Zbrojnych, którzy, kiedy w obozach zagłady mordowani byli co wybitniejsi przedstawiciele polskiej inteligencji, siedzieli bezczynnie w izolacji, grając w karty, chodząc na potańcówki czy ucząc się angielskiego.

 

Małgorzata Szejnert była wielokrotnie nominowana i nagradzana za swoje reportaże. Fot. Archiwum NF

 

Autorka proponuje jednak czytelnikowi spojrzenie na wyspę oczami oficerów, jakby zza uchylonych drzwi, by skłonić do refleksji. Historia Raka zdaje się przebijać tylko miejscami. Jego losy splatają się z losami innych przebywających w tamtym okresie na Bute: podporucznika Stefana Mękarskiego, pułkownika Romana Umiastowskiego czy kapitana Michała Grażyńskiego. Oryginalna korespondencja, zapiski, fragmenty piosenek i wierszy przytaczane przez autorkę przybliża czytelnikowi sposób myślenia wojskowych ich poglądy, refleksje. Wiele intymnych świadectw, osobistych tragedii, wątków miłosnych pozwala spojrzeć na bohaterów opowieści nie jak na historyczne postaci, lecz jak na ludzi, z którymi może się utożsamiać, czuć do nich podziw i współczuć im.

 

Docenić warto nie tylko ogrom pracy, który musiała włożyć Szejnert w napisanie „Wyspy Węży”, ale też jej niezwykłą dociekliwość. Dzięki temu z niszowego tematu powstał ponad trzystustronicowy reportaż. Autorka dociera do oryginalnych listów, dokumentów urzędowych i prywatnych zapisków, osadzając je skrupulatnie w szerszym kontekście nakreślonego z rozmachem tła wojennych wydarzeń i uzupełniając licznymi, interesującymi fotografiami. Przy okazji zadaje pytania: czy Rothesay w ogóle można porównywać do innych obozów funkcjonujących w czasie wojny? Jak wielkim cierpieniem może być bierność i bezczynność w chwili, kiedy chce się działać? Ile warta jest miłość do ojczyzny? Autorka nie podpowiada interpretacji, nie narzuca własnego zdania, ale też niczego nie ukrywa. Zgromadzone przez nią informacje zdają się mówić same za siebie.

 

Istnienie obozów w Rothesay do niedawna było faktem znanym nielicznemu gronu. Przyczyny tego zjawiska próbuje dociec Piotr, syn Szejnert: „Oficerowie wyjechali przed końcem wojny. Na pewno chcieli zapomnieć o tym pobycie. Nie był bohaterski ani męczeński. To było wstydliwe. Polski oficer więźniem Wojska Polskiego. Tego się nie opowiada dzieciom i wnukom”. Ale dzieci i wnuki powinny wiedzieć. Warto zatem przeczytać tę książkę – nie tylko żeby spojrzeć inaczej na historię II Wojny Światowej, ale także lepiej zrozumieć współczesne losy kraju. Może opis narodu wyłaniający się z relacji Szejnert jest bardziej aktualny niż należałoby się spodziewać. Rodzi się też pytanie: ile jeszcze opowieści kryje się wśród zapomnianych listów, na zakurzonych strychach i tylko czeka na odkrycie?

 

 

Joanna Dreczka

 

„Wyspa Węży”
Autorka: Małgorzata Szejnert
Wydawnictwo Znak
2018

 

CZYTAJ TAKŻE: Zrobiłam to po Grzebałkowskiemu

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...

1 comment

  1. Katemeika says:

    Mar 28, 2017

    Odpowiedz

    Najbardziej przerażające jest to że nikt nigdy nie poniósł kary. Była śmierć, było mataczenie, było łamanie życia wielu osobom w celu wplątania ich w to morderstwo. Szczęśliwie ocalały akta sprawy. I co? I nic. III RP sobie z tą zbrodnią nie poradziła. Nie była w stanie czy nie chciała? Na to pytanie książka nie daje odpowiedzi.
    Ojciec Grzegorza – Leopold Przemyk wnosi skargę do Europejskiego Trybunału Spraw Człowieka a Trybunał orzeka, że Polska jest winna i zasądza odszkodowanie dla ojca. Może to jest odpowiedź?

Name required

Website