Trzeba mieć w domu Alicję Kapuścińską

[spider_facebook id=”2″]

 

Dzień Reportażu na Warszawskich Targach Książki obfitował w spotkania z finalistami tegorocznej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Czy reportaż może zmieniać rzeczywistość? Jak długo trwa praca nad reportażem do gazety? Czy reporter powinien mieć dużą rodzinę? I dlaczego na widok prostytutek warto zatrzymać samochód? 16 maja w sali Londyn A na Stadionie Narodowym z Izą Michalewicz i Michałem Olszewskim rozmawiała Katarzyna Nowak z Programu II Polskiego Radia.

 

– Reportaż tytułowy, „Najlepsze buty na świecie”, powstawał  9 miesięcy. Z drugiej strony, są takie materiały, które powstają znacznie szybciej i nigdzie nie jest powiedziane, że taki tekst będzie tekstem automatycznie gorszym – opowiadał Michał Olszewski (fot. Aleksandra Zbróg)

 

Zmiany, zmiany… gdzie te zmiany?

 

Jednym z najmocniejszych reportaży w nagrodzonym zbiorze „Najlepsze buty na świecie” jest tekst o zupełnie zapomnianych, byłych więźniach obozów koncentracyjnych. O konsekwencjach swojego tekstu Michał Olszewski opowiadał z przekąsem: – Byłych więźniów jest coraz mniej, więc mają coraz więcej kłopotów. Zacząłem odwiedzać taką grupę, spotykającą się w lokalu użyczonym przez krakowską gminę żydowską. Gdybyście zobaczyli ten budynek, zapłakalibyście rzewnymi łzami. Przywiązuje się w nim krzesła łańcuchami do siebie, żeby „klienci”, jak to się mówi w opiece społecznej, nie wynosili ich do domów. Dwa niewielkie pomieszczenia. Odłączony telefon, bo po co im telefon? Nie mieli pieniędzy na rachunki, więc im ten telefon odłączyli. Kilka pamiątkowych dyplomów. I stara maszyna do pisania. Pytam ich: „Wy dalej na maszynie piszecie?”.

 

Okazało się, że żadna instytucja publiczna nie odpowiedziała na prośby członków stowarzyszenia o podarowanie komputera. Reportaż ukazał się pod koniec stycznia 2013 roku w „Tygodniku Powszechnym”. Niedługo potem, do byłych więźniów przyszedł w paczce komputer z Akademii Górniczo-Hutniczej. – Używany co prawda, miał już swoje lata jak ci więźniowie, ale przyszedł, działał. W związku z tym mogą słać swoje monity pisane już nie na maszynie, ale na komputerze. Jest zmiana? Jest zmiana – skwitował Olszewski.

 

W pracy reportera ważne jest, by zaufanie bohaterów zjednywać nie tylko podczas pracy nad materiałem, ale również w trakcie całej kariery dziennikarskiej, pokazując, że dotychczasowa działalność przynosiła dobre skutki. Tego typu dziennikarką z pewnością jest Iza Michalewicz. – Moi bohaterowie potrafią tymi reportażami wymachiwać jak na barykadzie. Dlatego, że to jest jedyny dowód na to, że ktoś im ocala godność, dobre imię. Zaprosiłam na galę Anię, jedną z bohaterek mojego reportażu, która przyjechała z Danii. Po gali, gdy ludzie mnie zaczepiali, pytali, rozmawiali ze mną, ona podeszła do kogoś i mówi: „Ale pani wie, że Iza ocaliła moje dobre imię? Nikt inny, tylko ona”. I to jest dla mnie największa nagroda – opowiadała Michalewicz.

 

Jak długo trwa praca nad reportażem?

 

Padło też pytanie o kulisy pracy reporterów. Ile czasu trzeba spędzić nad dobrym tekstem?

 

– Reportaż tytułowy, „Najlepsze buty na świecie”, powstawał chyba 9 miesięcy. Pół roku jeździłem za rekonstruktorami, przyglądając się historycznym zabawom jakie odprawiają. Z drugiej strony, są takie materiały, które powstają znacznie szybciej i nigdzie nie jest powiedziane, że taki tekst będzie tekstem automatycznie gorszym. Jestem bardzo zadowolony z reportażu „Natłustka”. To jest opowieść o młodzieży, która konserwuje buty ofiar w obozie Birkenau, razem z konserwatorami pracując na zapleczu obozu. Spędziłem tam jeden dzień, ale był to czas tak niesłychanie intensywny, że gdy wróciłem kolejnego dnia do siebie, od razu napisałem tekst, a trzeciego dnia wysłałem go do dużej gazety. Tekst ukazał się zaraz w sobotę i jestem dumny z niego do dzisiaj – mówił Michał Olszewski.

 

Iza Michalewicz porównała sytuację reportera lokalnej gazety i tego zatrudnionego w największym magazynie reporterskim w Polsce. Brakuje mi czasami bata, który chłostałby mnie żebym pisała szybciej. Ale jestem w tej fantastycznej sytuacji, że nikt mnie nie pogania. Ja mam czas. W redakcji dzielimy teksty na teksty wielkie, czyli pierwsze, nad którymi się bardzo długo pracuje. Ale są też teksty tzw. chlebowe. Trzeba je napisać sprawnie, mamy na to maksymalnie 2 tygodnie. Oczywiście, że w gazecie lokalnej jest zupełnie inna sytuacja i tam inaczej niż szybko pracować się nie da. My, w Dużym Formacie, jesteśmy tymi, którym wszyscy zazdroszczą – mówiła.

 

Rodzina reportera

 

Co, gdy reporter ma trójkę małych dzieci, dom na utrzymaniu i musi codziennie zadbać o ciepły posiłek dla nastoletniego syna?

 

– Na początku pracy byłem w Azji, w Stanach Zjednoczonych. Od dłuższego czasu nie wyjeżdżam. Mam poczucie, że moja rodzina nie może płacić zbyt dużej ceny za to, że uprawiam taki zawód. Jest mnóstwo przykładów dziennikarzy, których rodziny zapłaciły potężną cenę za ich pasję, świetne teksty, zaangażowanie w odkrywanie problemów na drugim końcu świata. Ale ja nie chcę, żeby moja rodzina płaciła tę cenę. W związku z tym skupiam się na tym, co jest tutaj, na miejscu – tłumaczył Olszewski.

 

O zgoła trudniejszej sytuacji kobiet reporterek mówiła Iza Michalewicz, która posiada informacje z pierwszej ręki. Kobieta musi mieć w domu taką Alicję Kapuścińską, która jest rodzaju męskiego – a to się rzadko zdarza. Ostatnio siedzieliśmy przy winie ze znajomymi i ktoś powiedział do Magdy Grzebałkowskiej: „Ty, Grzebałkowska, ty tak piszesz te książki jak nawiedzona!”. Na co ona odpowiedziała: „Bo ja mam w domu Alicję Kapuścińską.” Ja, niestety, jej nie mam. Mam za to 15-letniego syna, który codziennie musi dostać obiad – mówiła.

 

Prostytutki spod niemieckiej granicy

 

Szczęście, jak mówi Mariusz Szczygieł, jest nieodzowne aby być dobrym reporterem. Tak o swoim reporterskim szczęściu mówiła Iza Michalewicz: Pamiętam, jak wracałam z materiału, który robiłam dla „Newsweeka” w zachodniej Polsce. Przejeżdżałam przez jedną z wiosek, a tam przy domach stoją kobiety i wcale nie wyglądają na gospodynie. Poprosiłam fotoreportera, który podróżował ze mną, żeby zawrócił. Ja muszę wiedzieć, co te kobiety przed tymi domami robią! Okazało się, że to były prostytutki. Wracałam do Wrocławia z wypiekami na twarzy. Miałam numer telefonu jednej z dziewczyn i temat, który na mnie czekał – opowiadała reporterka.

 

Trzeba mieć fantastyczną intuicję i niecodzienną umiejętność, by podnieść temat wprost z ulicy i zrobić z niego temat sezonu. – Potem telewizje próbowały to nakręcić, ale się nie udało. Nikt nie był Izą Michalewicz, która podjechała do tych kobiet, odsunęła szybkę i powiedziała: „Hej, a co ty tutaj robisz?”. I one nie wiedziały co odpowiedzieć, mówiły, że tutaj pracują. Były zaskoczone bezpośredniością pytania. Wszystko zupełnie przez przypadek. Tak powstał reportaż „Wieś różowych latarni” – opowiadała reporterka.

 

Konrad Szczygieł