/

Trzy pytania do: Krzysztofa Magowskiego

[spider_facebook id=”2″]

 

Uczeń Krzysztofa Kieślowskiego, znany dokumentalista, ostatnio – twórca filmu „Sen o Warszawie”, opowiadającego o losach Czesława Niemena. O filmie i o Kieślowskim – nauczycielu filmu i życia – z Krzysztofem Magowskim rozmawiają Aleksandra KopećMateusz Rutkowski. 

 

Zajęcia z nim były cenne, niepowtarzalne – wymagał dużo, bywał trochę apodyktyczny, ale zawsze był partnerem do rozmowy – tak opowiada o Kieślowskim jego uczeń – Krzysztof Magowski (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Mówi pan często, że w „Śnie o Warszawie” nie udało się pokazać wszystkiego. Czego w nim panu najbardziej brakuje?

 

Nie udało mi się przede wszystkim pokazać drugiej żony Niemena, rodziny z tamtej strony. To była kwestia braku zaufania – może powinienem bardziej popracować nad przekonaniem jej? Ale „Sen o Warszawie” dla wielu osób był bardzo ważnym źródłem wzruszeń. Ludzie przypominali sobie o latach młodości, o długich włosach obciętych przed laty, o kolorowych ubraniach schowanych teraz na strychu i o piosenkach, które przecież wciąż żyją. Pozytywny odbiór filmu, jego sukces, sprawił, że Małgorzata Wydrzycka-Niemen zgodziła się zabrać głos na temat zmarłego męża.

 

Gdzie dostanie taką szansę?

 

W naszym nowym przedsięwzięciu, serialu o Niemenie. Znalazło się bardzo dużo materiałów archiwalnych z różnych okresów, na przykład z Niemiec, Francji. Pojawiły się też szanse na nowe wypowiedzi osób związanych z Niemenem – po „Śnie o Warszawie” wielu zorientowało się, że chciałoby coś jeszcze o nim powiedzieć, wspomnieć go. Mamy już wstępną zgodę TVP, zdjęcia miałyby się odbyć w przyszłym roku. Na razie zbieramy fundusze.

 

Po raz pierwszy odwiedził pan Sokołowsko – miejscowość, gdzie wychowywał się Krzysztof Kieślowski, pański nauczyciel. Jakie jest pana najsilniejsze wspomnienie z nim związane?

 

Jechałem kiedyś moim starym, dobrym Fiatem 128p. Dogonił mnie Kieślowski – miał zdecydowanie lepszy samochód niż ja, wszyscy jeździliśmy ruinami – i kazał wysiąść na parkingu. „Chuchnij”. Chuchnąłem. Zabrał mnie do łazienki i kazał włożyć łeb pod kran, żebym doszedł do siebie. To był warunek, by dalej uczestniczyć w jego zajęciach. Krople miałem jak Chrystus w Ogrójcu. Wizja tego, że Kieślowski może mnie wyrzucić ze swojej grupy była tak straszna, że przeraziłem się jak samego Pana Boga. Zajęcia z nim były zbyt cenne, niepowtarzalne – wymagał dużo, bywał trochę apodyktyczny, ale zawsze był partnerem do rozmowy. I nauczył nas przede wszystkim odpowiedzialności za swojego bohatera. Za to, co może się z nim stać po nakręceniu filmu.