/

Twój głos jest lepszy niż mój


Wybory mają to do siebie, że ktoś musi je wygrać. Z większym czy mniejszym poparciem, ale jednak. Niezależnie, który kandydat w ostatnią niedzielę by nie zwyciężył, wiadomo było, że pół Polski będzie się cieszyć, a druga połowa będzie rzewnie płakać. Stwierdzenie, że żeby ktoś wygrał, to drugi musi przegrać, jest banałem, ale wiele osób stara się usilnie tego truizmu nie zauważać. A przegrywać też trzeba umieć. A najlepiej — nauczyć się wyciągać wnioski.

Rozwieję od razu wszelkie wątpliwości. Głosowałem w II turze wyborów prezydenckich na Rafała Trzaskowskiego. Co prawda z bólem serca, zmęczony kolejnym wyborem „mniejszego zła” i nieustannym lawirowaniem między PiS a PO, ale tak głosowałem, ze względu na różne prywatne poglądy. Zresztą nieważne są przyczyny oddania głosu, jego waga pozostaje taka sama, niezależnie, czy dla kogoś Trzaskowski był kandydatem marzeń, czy jedynie „mniejszym złem”. Z drugiego zdania tego akapitu płynie prosty wniosek, że mój kandydat przegrał. Normalna sprawa, zdawałoby się. Takie są uroki demokracji, której przecież tak usilnie bronimy. Wygrywa kandydat, który zdobędzie więcej głosów. Mówi się trudno, akceptuje się wolę większości i żyje się dalej. A tak przynajmniej naiwnie mi się wydawało. Oczywiście, że przegrywanie nigdy nie jest przyjemne, ale jeszcze raz powtórzę — ktoś przegrać musiał. Przeglądając w ostatnich dniach portale społecznościowe mam jednak wrażenie, że dla wielu osób jest to niespodzianka.

I tutaj pojawia się chyba największy problem powyborczych emocji. Nie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że zwyciężył inny kandydat, niż ten, przy którym postawiliśmy krzyżyk. Nie umiemy zaakceptować, że ktoś może mieć inne poglądy od nas. Nie możemy się pogodzić, że można mieć różne zdanie na dany temat i odmienne opinie. Nie oznacza to koniecznie, że któraś z tych opinii jest słuszna a druga błędna. Życie nie jest czarno-białe i całe szczęście. Na wszelakie tematy, niezależnie, czy mówimy o mniejszościach seksualnych, aborcji, sądownictwie, programach społecznych czy kolorze mebli do pokoju MOŻNA mieć inną opinię od drugiej osoby i absolutnie nie musi to oznaczać, że ktoś ma rację, a druga osoba jej nie ma. Oczywiście, że często te różnice wynikają z miejsca, w którym żyjemy, sposobu wychowania, wykształcenia czy wykonywanego zawodu. Nie wszyscy dysponujemy takimi samymi przeżyciami i taką samą wiedzą. Ale to właśnie tutaj powstaje pole do dyskusji i wymiany argumentów, szansa na zrozumienie drugiej osoby. Niestety mało, kto chce z tej okazji skorzystać, a zazwyczaj dobrej woli brakuje z obu stron.

Warto zrozumieć, że nie ma żadnej Polski A i B. Nie ma Polski proeuropejskiej i prorosyjskiej. Nie dzielimy się po połowie na wyznawców demokracji i autorytaryzmu czy zwolenników i przeciwników mniejszości seksualnych. Oczywiście, Polska podzielona na pół, ładnie się prezentuje na wszelakich grafikach (swoją drogą, jeśli spojrzymy na wyborczą mapę gmin lub powiatów, a nie województw, to podział przestaje już być taki „ładny’’ i równy), karykaturach czy okładkach tygodników. Lubimy takie jasne podziały — sprzyjają wielu hasłom, porównaniom, nie pozostawiają wątpliwości, kto jest kim. Jesteśmy MY i są ONI. (Nie)stety rzeczywistość tak nie wygląda. Polska jest jedna. Każdy z nas jest takim samym Polakiem, niezależnie, którego kandydata poparł i z jakich pobudek. Ten nieznośny pisowski wujek czy wredny lewacki sąsiad wcale nie należą do innego świata i innej rzeczywistości. To nie są żadni ONI. To jedni z NAS. A dlaczego głosują inaczej niż my? Co nimi kieruje? Może warto się o to zapytać? Po co, w końcu to MY mamy rację, a ONI się mylą i szkodzą Polsce. Prawda?

A no właśnie, mityczni ONI. Jeśli miałbym się gdzieś doszukiwać porażki opozycji, to właśnie w takim sposobie myślenia i postrzegania Polaków. Przyjemnie jest czuć się tym lepszym i bardziej inteligentnym. MY rozumiemy prawa ekonomii, podróżujemy po świecie, studiujemy mądrze brzmiące kierunki, mamy dyplomy i umiemy się wysłowić. Jeszcze łatwiej jest klasyfikować „drugą stronę”. Zaściankowa wieś, która dała się przekupić 500+ i boi się obcych. I ponownie taki podział byłby bardzo wygodny i pozornie obrazowy. Co więcej, można się dzięki niemu dowartościować, poczuć tym lepszym, który nie daje się zaślepić tępej propagandzie.  Są winni, są ich żałosne pobudki, wiadomo do kogo kierować swoje negatywne emocje. Zawsze dobrze jest mieć kogo nienawidzić i kogo opluć. A chwilę później wznosić hasła o tolerancji. I jeszcze raz zaznaczę — problem ten działa w obie strony i tylko się nasila. Działania jednej strony jedynie jeszcze mocniej mobilizują tę drugą. Sami tworzymy podziały, które ani nie są naturalne, ani nikomu nie służą.

Czy PiS odwołuje się do populistycznych haseł? Oczywiście, że tak. Czy żeruje na pierwotnych instynktach i lękach? Oczywiście, że tak. Czy można mieć liczne zastrzeżenia do praworządności i uczciwości tej partii? Oczywiście, że tak. Ale, czy to czyni wyborców Dudy gorszymi od wyborców Trzaskowskiego? Oczywiście, że nie. Różnimy się, mamy inny światopogląd, o którym warto dyskutować, ale to tylko tyle. Pewnie przeczytałem w życiu więcej książek i zwiedziłem więcej zakątków świata od przeciętnego mieszkańca polskiej wsi. Studiując, mogę pewnie nawet gdzieś tam uważać się za mądrzejszego. Ale co z tego? Czy mogę przez to czuć się bardziej uprawnionym do decydowania o losach państwa od niego? Czy moje problemy i przemyślenia są ważniejsze niż jego? Jasne, pewnie tego naszego przeciętnego mieszkańca wsi nie obchodzą zmiany w sądownictwie, kto zasiądzie w Trybunale Konstytucyjnym i miałby trudności z rozwinięciem skrótu PKB. Co więcej, mógłby mieć nawet problem z wymienieniem kompetencji prezydenta, na którego przecież głosuje. Ale, czy można mieć do niego o to pretensje? Takie problemy zupełnie nie mają wpływu na jego codzienne życie i trudno wymagać, żeby się nimi interesował. Ma inną perspektywę. I ma do niej pełne prawo, które powinniśmy zaakceptować. Wymagamy od ludzi, aby byli tacy sami, jak MY, nie chcąc jednocześnie ani trochę stać się tacy, jak ONI. Podkreślę jeszcze raz. Ludzie są RÓŻNI i mogą mieć RÓŻNĄ opinię. Temu służą wybory, aby wybrać tę wizję, która pasuje największej liczbie ludzi. Czy jestem zadowolony z wyników wyborów? Nie jestem, w końcu mój kandydat przegrał. Ale nie mam do nikogo pretensji i żalu. Taki był wybór większości Polaków i mi pozostaje go zaakceptować. Oczywiście, że kusi wypisywanie haseł typu „jebać PiS” (swoją drogą, jeśli ktoś chce przeklinać, to niech ma przysłowiowe jaja i po prostu to robi, zamiast bawić się w jakieś kropki) czy doszukiwanie się nieprawidłowości wyborczych. Na pewno jest to łatwiejsze niż uznanie uczciwej porażki. Łatwiejsze niż pogodzenie się z odmiennym zdaniem. Hasła o końcu demokracji (nie zliczę, ile takich „końców demokracji” już przeżyłem w ostatnich latach) i uciekaniu z kraju na pewno brzmią groźniej i lepiej się klikają niż rzeczowe analizy, o spokojnym czekaniu, co czas przyniesie, nie wspominając. Nie, żeby było zaskakujące, aż tak naiwny nie jestem. Spory były i będą. Zresztą potrzebujemy ich, bowiem generują one emocje, które nas napędzają i uzupełniają nasza codzienność. Ale może warto czasem zastanowić się, co kieruje drugim człowiekiem, zamiast mieć do niego pretensje? Tylko tyle i aż tyle.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.