U stóp Selima Groźnego

 

Godziny szczytu w Stambule, niemal dwudziestomilionowej metropolii, mogą przyprawić o zawrót głowy: ścisk, zgiełk i hałas są wręcz nieopisane. Masy ludzi oraz tysiące aut nieustannie walczą o każdy skrawek wolnej przestrzeni, zarówno na głównych arteriach, jak i setkach wąskich, dusznych uliczek. Po opuszczeniu lotniska znalazłem się w samym centrum tego chaosu.

 

Fot. Adam Michalski

 

Razem z Adamem Michalskim, moim przyjacielem mieszkającym od dłuższego czasu w Turcji, wsiedliśmy do dolmusza – jednego z tysięcy prywatnych autobusów jeżdżących po mieście. Ze względu na niewydolną komunikację publiczną cieszą się one dużą popularnością, zwłaszcza że ich kierowcy znają wiele sposobów na umilenie pasażerom podróży: prowadzą z nimi pogawędki, puszczają głośno muzykę, a gdy upał staje się szczególnie uciążliwy – otwierają drzwi w trakcie dynamicznej jazdy, i to pomimo faktu, że większość osób stoi.
– Do mojego mieszkania dostaniesz się jedynie dolmuszem. Wysadzi cię, gdzie będziesz chciał, musisz tylko poprosić – instruował mnie Adam.
Nasza mowa i wygląd przyciągały uwagę reszty pasażerów; obcokrajowcy na ogół nie korzystają z tego specyficznego środka transportu.
–  Mogę poprosić po angielsku?
– Ależ oczywiście, on na pewno cię zrozumie! – rzucił ironicznie mój przyjaciel i obaj spojrzeliśmy na starego Turka, który zaskakująco sprawnie operował kierownicą zdezelowanego autobusu. Adam dobrze zna turecki i od razu nauczył mnie kilku zwrotów. To była moja pierwsza lekcja życia w Stambule.

 

Stambulski pucybut

Dla większości Turków byłem jabandżi, czyli obcokrajowcem, ale jednocześnie frajerem, naiwniakiem. Jabandżi ma wydzieloną plażę, bywa w knajpach z menu przełożonym na kilka języków, porusza się po określonych dzielnicach. W miarę możliwości stroniłem od tego typu miejsc, co było o tyle prostsze, iż Adam niekiedy mi towarzyszył.

 

Weszliśmy do niewielkiej restauracji nieopodal centrum. Restauracja to jednak słowo mocno na wyrost – w środku brakowało nawet toalety. W lokalu byli sami Turcy. Co chwila kilku z nich wybuchało śmiechem lub gniewem z sobie tylko znanych powodów. Wszyscy zajadali się baraniną owiniętą w charakterystyczne placki. Przekrzykując głośną, orientalną muzykę, zamówiliśmy dwie porcje. Ku naszemu zdumieniu otrzymaliśmy danie, którego nie było w zawieszonym nad ladą jadłospisie: na dwóch dużych talerzach znajdowały się równo pocięte płaty pieczonego mięsa, z oddzielnie ułożonymi warzywami i kawałkiem ciasta. Całość w zamyśle kucharza miała tworzyć artystyczną kompozycję, ale wyszła mu ona nieudolnie. Podano nam sztućce, choć wszyscy wokół jedli rękoma.

 

Fot. Bartosz Jaster

 

– Naprawdę nie dało się inaczej…? – rzucił zdziwiony Adam do stojącego za ladą Turka. Ten zgłupiał, zorientowawszy się, że jabandżi zna jego ojczystą mowę.
To tylko jeden z niezliczonych przykładów specjalnego traktowania, jakie czeka gości z zagranicy. Nie zawsze jest ono miłe: jabandżi z reguły musi zapłacić pięć lirów za szklankę herbaty, Turek – tylko dwa. To samo tyczy się setek innych produktów, zwłaszcza tych z bazaru, gdzie zdarzyło mi się zajść wczesnym rankiem. Ledwie przystanąłem na środku pozornie pustej uliczki, gdy nagle zewsząd wyłonili się sprzedawcy. Otoczyli mnie, głośno zachwalając swoje towary. Uważaj – przypomniała mi się jedna z przyjacielskich rad. – oni mają doktoraty z psychologii. Zanim się obejrzysz, usidlą cię. W jaki sposób? Obcokrajowiec przechadzający się wzdłuż niezliczonych kramów i stoisk może nagle zauważyć chociażby leżącą na ziemi szczotkę – własność idącego kilka metrów przed nim pucybuta. Nieświadomy niczego jabandżi podnosi zgubę, po czym zwraca ją właścicielowi. On zaś, uradowany, natychmiast proponuje:
–  Dziękuję, przyjacielu, w zamian wyczyszczę ci za darmo buty!
W trakcie wykonywania usługi, Turek zagaduje niby od niechcenia:
– Może chociaż pięć lirów?
Turysta płaci, po czym słyszy:
– To może dwadzieścia?
Gdy klient odmówi, znikąd wyrastają przy nim dwaj policjanci.
– On nie chce mi zapłacić! – krzyczy wtedy niby zrozpaczony pucybut. Jego ofiara, jeśli nie zamierza spędzić nocy w areszcie, musi wręczyć pieniądze nie tylko poszkodowanemu, ale także funkcjonariuszom. Ci zaś nie są gołosłowni – naprawdę potrafią zabrać naiwnego obcokrajowca na posterunek. Zdarzało się, że w podobnych przypadkach interweniowały konsulaty; w ten sposób, o ile pojmany wcześniej się nie wykupił, błahe czyszczenie butów urastało do rangi międzynarodowego problemu. Oczywiście do jego rozwiązania wystarczał na ogół jeden telefon, niemniej z turecką policją należy się liczyć. Tym bardziej, że od nieudanego puczu przeciwko prezydentowi Recepowi Erdoganowi stała się niemal wszechobecna.

Tańczący protest

Nieopodal placu Taksim, centrum współczesnego Stambułu, przy jednym ze skrzyżowań grupa ludzi trzymała się za ramiona i podskakiwała w takt wesołej muzyki. Zbliżały się godziny szczytu, na ulicy zrobiło się tłoczno. Nieliczni przechodnie przystawali, paru przyłączyło się do uczestników imprezy. – Jakie dziś jest święto? Jaki powód do radości? – zapytałem Adama. Wsłuchał się w śpiew, popatrzył na roztańczoną grupkę i zawyrokował:
– Zaraz zrobi się tu gorąco. To jest protest.

Fot. Bartosz Jaster

 

By poznać jego przyczynę, należy cofnąć się do lipca 2015 roku. Właśnie grupa oficerów podjęła próbę obalenia prezydenta Erdoğana, który od dłuższego czasu dążył do podporządkowania sobie wojska, organów władzy oraz wszelkich instytucji państwowych. Puczyści wprost zarzucali mu łamanie praw człowieka, ograniczanie swobód obywatelskich oraz prześladowania opozycji. W końcu bez powodzenia przypuścili szturm na parlament, siedzibę wywiadu i kilka innych budynków o strategicznym znaczeniu. Większa część armii pozostała bowiem wierna głowie państwa. Buntowników nie popierało społeczeństwo – Erdoğan został wybrany w powszechnych, wolnych wyborach, a zatem pozbawienie go władzy byłoby zamachem na samą demokrację. Konsekwencje nieudanego przewrotu okazały się bardzo poważne: kilkaset osób zginęło w ulicznych walkach, tysiące trafiły do więzień, a dziesiątki tysięcy straciły pracę. Wielu faktycznych lub domniemanych puczystów do dziś nie wyszło na wolność. Aresztowania na tle politycznym zdarzają się w Turcji nadal.

Ledwie skręciliśmy w jedną z bocznych ulic, gdy przed nami pojawił się wóz pancerny i kilkunastu uzbrojonych policjantów. Uważnie przyglądali się zabawie.
–  Jaki jest sens tej maskarady? – spytałem. – Przecież i tak wszyscy trafią do aresztu.
– Owszem, trafią, ale 15 minut później, niż gdyby protestowali zwyczajnie, z transparentami.
– I dla tych 15 minut naprawdę warto cokolwiek udawać?
– A czy ty wiesz, ile ulotek da się rozdać i ile haseł wykrzyczeć w 15 minut?

Dwa światy

Z czasem przywykłem do niedużego mieszkania położonego na terenie dzielnicy Saryier. Codziennie rano – zwykle koło szóstej – budził mnie śpiew muezina z pobliskiego meczetu: znak, że na najdalszym krańcu niegdysiejszego imperium właśnie wzeszło słońce.

Pokoje i kuchnia znajdowały się na parterze, dlatego jedząc śniadanie, czy też nawet siedząc na łóżku, mogłem obserwować przez zakratowane okna życie toczące się na wąskiej uliczce Albayrak: zaspanych rybaków idących do pracy, gromady bosych dzieci, starych sprzedawców z miotłami oraz ubranych w garnitury opozycjonistów. Ci ostatni szczególnie się wyróżniali. Przynależeli do Partii Ludowo-Republikańskiej (CHP), której lokalna siedziba mieściła się w budynku położonym dokładnie naprzeciwko mojego lokum. Jej sąsiedztwo okazało się jednak znacznie mniej uciążliwe od muezina zawodzącego przez stary megafon: politycy, choć nieraz dyskutowali ze sobą do drugiej w nocy, nigdy nie robili tego na tyle głośno, by dało się ich usłyszeć na niewielkiej, zwykle zupełnie opustoszałej uliczce. Oprócz tego znajdowały się na niej dwie knajpki: kuchnia w obu składała się ze starej kuchenki i paru szafek, a przestrzeń dla klientów zajmowała nie więcej niż sześć metrów kwadratowych.

Fot. Adam Michalski

 

Oddalone o czterysta metrów nadbrzeże przypominało wieczorami Miami Beach, przynajmniej w niektórych miejscach. W trakcie spaceru podziwiałem rozświetlone hotele, ekskluzywne salony samochodowe oraz pełne elegancko ubranej klienteli restauracje. W jednym rzędzie z nimi stała nienagannie odrestaurowana kamienica, w której mieścił się oddział rządzącej partii Sprawiedliwości i Rozwoju.

Granice tego splendoru ograniczały się do kilkudziesięciu budynków i chodnika przed nimi. Nie obejmowały ciągnącej się zaledwie kilkanaście metrów dalej promenady. Po niej biegały bezpańskie, ale oswojone już psy, wieczorami gromadziły się tam setki Turków z wędkami lub małymi piecykami, służącymi do parzenia czaju. Całe rodziny siadały na kocach bądź – po prostu – na betonie i spędzały czas, dyskutując na najróżniejsze tematy. Wracając, z trudem odnajdywałem położoną na uboczu Albayrak. Za punkty orientacyjne służyły mi dwie bazy: pierwsza –  straży przybrzeżnej, druga – wojskowa, po przeciwnej stronie cieśniny Bosfor.
– Jeszcze dwa lata temu nie było tu tego – mruknął Adam podczas jednego z naszych spacerów, wskazując palcem kilka okrętów wojennych.

Gigant nad Bosforem

Adam zaproponował, żebyśmy wspięli się na wzgórze górujące nad miastem. Wsiedliśmy na jeden z setek promów pływających po zatoce. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w małej, nadbrzeżnej wiosce. Górował nad nią niewielki zamek, czy raczej jego ruiny. Wspięliśmy się po stromym zboczu, mijając drzewa i ustawione gdzieniegdzie wieżyczki wartownicze (pobliskie tereny należały do wojska). Okazało się, że pozostałości fortalicji są popularnym miejscem spotkań tureckiej młodzieży, przesiadującej z piwem na niegdysiejszych murach.
– Nie, nie jesteśmy Rosjanami… – rzucił Adam w odpowiedzi na rozlegające się wokół pomruki niezadowolenia.

Gdy przystanęliśmy, przed nami rozpościerał się niezwykły widok, zarówno na Stambuł, jak i Morze Czarne. Na nim, gdzieś w oddali, majaczyły sylwetki olbrzymich kontenerowców i tankowców. Część z nich stała na kotwicy od tygodni, czekając, aż ktoś wreszcie udzieli im zgody na przepłynięcie Bosforu. Po obu stronach cieśniny formuje się zwykle ogromna kolejka. Za dnia po jej wodach poruszają się głównie promy i setki małych, rybackich kutrów, które jedynie nocą ustępują miejsca gigantom z Azji, Rosji lub innych zakątków świata. Ale nie tylko statki przykuły moją uwagę.

Fot. Adam Michalski

 

Trzeci most na Bosforze, otwarty w 2013 roku, ma przęsło dorównujące długością niemal sześciu (!) Pałacom Kultury. Olbrzymie, stalowe liny utrzymują ośmiopasmową jezdnię (gdyby unieść ją o metr, pod spodem zmieściłaby się Wieża Eiffela) oraz dwa tory szybkiej kolei pasażerskiej. W razie potrzeby armia może po nich przetransportować dywizję czołgów na lawetach, czego nie wytrzymałby żaden inny most nad cieśniną. Ten potężny cud inżynierii wywiera niesamowite wrażenie.

Turcja to kraj w pewnym stopniu nieprzystępny, zawieszony między demokracją a autorytaryzmem, przeszłością i teraźniejszością. Ma jednak swój niepowtarzalny urok, który można odkryć, stroniąc od popularnych kurortów turystycznych. O ile będę miał taką szansę, odwiedzę ją jeszcze nie raz.

 

 

Bartosz Jaster