Uczył za życia, uczy po śmierci


23 stycznia to smutna data dla całego środowiska dziennikarskiego i pisarskiego, jednak dla nas szczególna – 14 lat temu zmarł w Warszawie patron Fundacji „Centrum Badań i Edukacji” Ryszard Kapuściński. Osoba szczególna dla wszystkich, którzy kochają reportaż, wszystkich otwartych na świat i Innych. Z tej okazji redakcja „Nowego Folderu” usiadła do dyskusji nad tym, co nam, osobiście i zawodowo, dał Cesarz Reportażu.


Wojtek Podgórski

Jak Ryszard Kapuściński wpłynął na moje życie? Cóż, po tak postawionym pytaniu powinno zapewne nastąpić kilkanaście zdań wypełnionych pompatycznymi zwrotami, pokaźna liczba nacechowanych emocjonalnie przymiotników oraz kilka metafor, odnoszących się do odnalezienia sensu życia w podróżach i poznawaniu odmiennych kulturowo społeczeństw. Do tego obowiązkowo powinno się tutaj znaleźć przynajmniej kilkadziesiąt słów o tym, jakim wzorem może być dla każdego z nas Kapuściński (a już szczególnie(!) dla początkujących dziennikarzy) oraz szczypta smutku, że to już 14. rocznica śmierci cesarza reportażu (a przy okazji obligatoryjne zdanie w stylu: „ale ten czas szybko leci”). I oczywiście to wszystko byłoby prawdą. Tak, Kapuściński był reporterem, jakiego dziś próżno szukać. Tak, do jego książek powinien zajrzeć każdy, choćby dla wyrobienia własnej opinii o Kapuścińskim. Tak, jest on świetną inspiracją dla każdej osoby myślącej o pracy w mediach i trudno nie doceniać jego twórczości oraz wkładu w polską kulturę. To jednak podświadomie wiemy, a taką przynajmniej mam nadzieję, wszyscy i sami przyznacie, że nie są to zbyt odkrywcze wnioski (choć po tym, jak pewnego dnia próbowałem przeprowadzić uliczną sondę dotyczącą Kapuścińskiego, a znaczna część pytanych nie kojarzyła samego nazwiska cesarza reportażu, to poważnie zwątpiłem, czy cokolwiek można dzisiaj uznać za oczywiste, także i w tym aspekcie mogę się mylić). Dlatego też chciałbym opisać wpływ Kapuścińskiego na moje życie z innej strony – a mianowicie jego twórczość traktuję jako pewnego rodzaju codzienną motywacją, wynikającą z lekkiej(?) zazdrości. Bowiem, nie będę ukrywał, wielu rzeczy Kapuścińskiemu cholernie zazdroszczę. W pozytywnym znaczeniu, a więc z uznaniem dla jego dokonań, ale, mówiąc szczerze, kiedy myślę o cesarzu reportażu, to czuję po ludzku zwyczajną zazdrość. Zazdroszczę, że przeżył tyle niezwykłych przygód i poznał setki niepowtarzalnych osób. Zazdroszczę, że zwiedził właściwie cały świat i to często od zupełnie innej strony, niż ta pokazywana w turystycznych przewodnikach. Zazdroszczę mu niezwykle lekkiego pióra i umiejętności obserwacji otoczenia, którą świetnie przenosił na kolejne strony swoich reportaży. Zazdroszczę, że miał wystarczająco odwagi i sprytu, aby tego wszystkiego dokonać, choć okoliczności często zdecydowanie nie były sprzyjające. Zazdroszczę Kapuścińskiemu wreszcie, że przyszło mu podróżować i pisać w czasach, w których redakcje chętnie wysyłały swoich dziennikarzy za granicę i nie przeliczały kilkukrotnie każdego grosza kosztów takich podróży. Wielokrotnie zastanawiałem się, jak Kapuściński odnalazłby się w dzisiejszej medialnej rzeczywistości. Odpowiedź jest dość krótka – nie mam pojęcia. Ale z pewnością kilka trafnych słów o obecnych czasach by spod jego pióra wyszło. W końcu Kapuściński był nie tylko świetnym reporterem, ale przede wszystkim wyjątkowym człowiekiem, a na to ramy czasowe nie mają już wpływu i nie mogą być żadną wymówką dla dzisiejszych dziennikarzy. Ech, no i nie udało się bez lekkiej pompatyczności. Ale może tak już po prostu musi być. Oddajmy więc cesarzowi, co cesarskie i pomyślmy choć przez chwilę o Kapuścińskim w 14. rocznicę jego śmierci. Przeczytajmy fragment jego książki, zastanówmy się nad wybranym cytatem lub wyobraźmy sobie jedną z opisywanych przez niego podróży. Tyle wystarczy, aby okazać szacunek.


Marcelina Cywińska

Z twórczością Ryszarda Kapuścińskiego zetknęłam się po raz pierwszy stosunkowo późno, bo dopiero w liceum, kiedy to czytaliśmy „Cesarza” jako lekturę. Mimo iż (wbrew wybranym przeze mnie studiom polonistycznym) często nużył mnie kanon szkolnych lektur – reportaż był bardzo miłą odmianą. Dzięki temu, że zaczęłam go czytać stosunkowo wcześnie, przed terminem omawiania książki w klasie udało mi się powtórzyć lekturę. Zaczęłam szperać więcej w twórczości mistrza reportażu – łyknęłam „Szachinszacha” i pełna lęku czytałam „Imperium” jeżdżąc poranną WKD-ką do szkoły. Na 17. urodziny w ramach prezentu sprawiłam sobie z kolei „Wiersze Zebrane” Kapuścińskiego. Często słyszałam, że jego reportaże czyta się jak powieści – i to oczywiście prawda. Jednak, mimo że znacznie bliżej mi do prozy niż literatury faktu, nie to najbardziej zachwycało mnie w reportażyście. Podobał mi się jego styl człowieka-wędrowcy, zarówno metaforycznego, jak i sensu stricto. Kojarzyłam go z jednej strony z obrazem Caspara Davida Friedricha „Wędrowiec nad morzem mgły”, a z drugiej z odważnym aktywistą, który ma bezpośredni wpływ na swoich odbiorców i który rzeczywiście w swojej wędrówce, niczym „listonosz kulturowy”, niesie ze sobą ważną wiadomość o nieznanym świecie. 


Maria Lipińska

Kapuściński jest dla mnie ikoną dobrego pisania i dziennikarstwa. Szczególnie inspirują mnie jego słowa o tym, że aby napisać jedną stronę książki trzeba przeczytać sto stron autorstwa innych pisarzy.


Jakub Banan Banasik

Wbrew pozorom nie ma w historii naszego kraju wielu autorek i autorów, którzy są autorytetami na całym świecie. Przypadek Ryszarda Kapuścińskiego jest jednak wyjątkowy – można bowiem odnieść wrażenie, że reszta świata ceni go bardziej niż jego ojczyzna. A jest co cenić, nie tylko w kwestii pisania. W czasach pełzających autorytaryzmów, polaryzacji społeczeństw w krajach całego świata, rosnącej frustracji i nienawiści po wszystkich stronach sporów społeczno-politycznych, twórczość Cesarza Reportażu może być dla nas wszystkich powiewem świeżości. Bo trudno dziś pamiętać, by nie poprzestać na tolerancji, a szukać w sobie ciekawości do Innych. Właśnie, Innych, wielką literą, jak u Kapuścińskiego – z szacunkiem na początek dyskusji, z szacunkiem w jej trakcie i po zakończeniu, nawet jeżeli rozmowę zakończymy na znanym angielskim „let’s agree to disagree”. Twórczość Ryszarda Kapuścińskiego to nie tylko reportażowe przekazy z odległych krajów, pól bitew i obozów partyzanckich. To przede wszystkim podręczniki przyzwoitości i instrukcja zgody. A czego potrzeba nam dziś bardziej?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.