Unikając szumu

Polskie życie w pandemii. O pracy w telewizji w szczególnych warunkach, prasie-zombie i medialnym wizerunku lekarzy opowiada Dominik Lorenc.

Jak się czujesz w tych dziwnych czasach? 

Szczerze mówiąc, moje czasy nie są dziwne. Wiele rzeczy wygląda tak jak wcześniej, a jeśli inaczej – to na plus. Zdalne studia są raczej zabawą w edukację niż nauką. Dostałem więc szansę, żeby skupić się na pracy.

Rzadka opinia.

Uważam na to, żeby nie panikować przez pandemię i ograniczone pole działania. Bo mam takie przewrotne przeczucie, że kiedy wszystko wróci do normy, będziemy tęsknić za czasem kwarantanny. Nie ma co ukrywać, z natury jesteśmy leniwi, a aktualny czas dla leniwców to złote miesiące.

Jak aktualnie zarządzasz swoim światem w pracy?

Trzy dni pracuję i jestem w tym zatopiony. A przez kolejne trzy nie oglądam serwisów informacyjnych, nie czytam prasy. Odcinam się. Wyjątek robię na szybki research przed kolejnym tygodniem w newsroomie, żeby się w nim odnaleźć. Bo oprócz kilku stałych puzzli, rzeczywistość po trzech dniach potrafi wyglądać kompletnie inaczej, niż się ją zapamiętało. 

Co dokładnie należy do twoich obowiązków?

Okres wiadomo czego różni się od normalności tym, że w czasie pandemii tę telewizję, którą wcześniej robił cały zespół, teraz robi połowa. I ja jestem częścią właśnie tej połowy. Zadanie polega na tym, żeby sprawić aby odbiorca nie czuł, że siły są mocno ograniczone. To co robię ma kilka nazw, ale najładniejszą jest zdecydowanie asystent reportera. Tytuł dumny, a chodzi o klasyczny dziennikarski warsztat. Czyli robienie researchu, nagrywanie setek, podróże na tzw. surówki, towarzyszenie operatorowi w trakcie zdjęć. Setki, surówki, dużo tutaj gastronomii.

Jak zmieniła się organizacja pracy wewnątrz redakcji, jak na zewnątrz?

W Polsacie do końca czerwca była rotacja między zespołami A i B. W TVN-ie podobnie, tyle że zespoły były trzy, czyli pracujesz trzy dni, a później masz sześciodniowy weekend. Sielanka. A TVP się nie interesowałem, ale patrząc na to, z jakim zaangażowaniem do realizacji misji podchodzą tamtejsi dziennikarze, podejrzewam, że siedzą w redakcji bez przerwy od początku pandemii. I służą. 

Oprócz tego podziału, ważną zmianą jest też praca tzw. dziennikarzy lajfujących, czyli tych którzy nadają z terenu. Zamiast wyjeżdżać klasycznie, z redakcji, od razu kierują się na wyznaczone miejsce, tak żeby nie narażać koleżanek i kolegów. 

Trzeba zwrócić też uwagę na to, że pracuje się wspomniane trzy dni, ale na zwiększonych obrotach. Część dziennikarzy, którzy wcześniej robili materiały tylko do głównego wydania, przygotowuje je również do wydania popołudniowego. Zoom i Skype przyjęły się za to świetnie. Technologia jest jak sprint na długi dystans. Stąd myślę, że podkręcenie jakości oglądanego obrazu, tak, żeby był bardziej emisyjny, to kwestia paru lat. 

fot. IPLA, Polsat News 

Oprócz pracy w telewizji, pisałeś też dla Tygodnika WPROST, który pod koniec marca zawiesił wydawanie papierowe, zresztą nie jako jedyny. W sytuacji przejścia do e-wydania redakcja kurczy się z kilkudziesięciu do kilku osób. Co z ochroną dla dziennikarzy w takiej sytuacji? 

Zacznijmy od backgroundu. Niestety, prasa jest jak zombie. Przykro mi to mówić, bo mam do niej ogromny sentyment. Jednak nie będę odkrywczy jeśli powiem, że ze względu na pandemię wszystkie procesy przyspieszyły. Prasa musiała zacząć padać, a WPROST jest jednym z elementów tej ponurej układanki. Ta gazeta wydawana od 1982 roku wytrzymała naprawdę dużo. Zmiany władzy, 89’, ABW, wyrywanie laptopów, Latkowskiego. Pisał w niej Kisiel, Pan Leszek Balcerowicz, Tym, Mazurek, Szymon Hołownia. A tu nagle patrzysz na tę niemal czterdziestolatkę i łączysz się z redakcją na Zoomie, bo papier znika. 

Jak to wam w ogóle przekazano?

Wspólnie zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie spotkać się online. Po atmosferze każdy czuł, że raczej nie chodzi o przekazanie informacji o podwyżkach dla całej redakcji. Przedstawiono sytuację: pandemia powoduje spadek sprzedaży, rezygnujemy. Propozycję przedłużenia pracy w e-wydaniu dostało na początku kilka osób. Niektórzy oferty nie przyjęli, w tym redaktor naczelny, który we WPROST przeszedł drogę od stażysty, przez szefa działu, aż po naczelnego. 

Jednak czuję, że oficjalne stanowisko, które brzmiało: “Tygodnik upadł, bo mamy koronawirusa i gazet się nie kupuje” jest uproszczeniem. WPROST był fantastycznym tytułem, który sprzedawał się na równi z POLITYKĄ, a nawet ją wyprzedzał. Zachwiały nim jednak częste zmiany linii programowej, które przychodziły wraz z kolejnymi naczelnymi i zmieniającymi się czasami. Czytelnik mógł poczuć dezorientację. Myślę, że przełomowym rokiem był też 2012, kiedy z pracy odszedł red. Tomasz Lis. Większość redakcji przeniosła się wtedy do Newsweeka i trzeba było składać ją od nowa z dnia na dzień. 

Propozycje pracy w e-wydaniu były więc jedynym zabezpieczeniem? 

Ci, którzy dostali wypowiedzenia zostali zapewnieni, że jeśli w przyszłości wystartuje wersja online, będą mieli pierwszeństwo w zamówieniach wierszówkowych. Było więc widać, że trzeba szukać nowego miejsca. Ale nie tylko papierowy WPROST upadł. Burda Media Polska zwolniło około 50 osób. Podobnie było w Ringier Axel Springer czy ZPR Media. Jeżeli mówimy o cięciach w gazetach, które wciąż dobrze się sprzedają, typu Fakt czy Super Express, to co dopiero z ambitniejszą prasą, stawiającą czytelnikowi poprzeczkę wyżej niż na poziomie kolan. 

Jest jednak pozytyw w tej wprostowej historii. Obserwuję wychodzące od niedawna tygodniki w nowym e-wydaniu i muszę przyznać, że to forma, jakiej na rynku nie było. Jest w pełni dostosowana do telefonu, który jest dla mnie największą agencją prasową. Dalej tworzona przez fantastycznych dziennikarzy, przy których miałem szczęście zaczynać z dziennikarstwem. 

Przejdźmy do tematów, które teraz te media podejmują. Zastanawia mnie, jaki aktualnie w Polsce mamy obraz lekarzy. O ich pracy i warunkach w szpitalach dowiadujemy się przede wszystkim z mediów. Z drugiej strony, niektórzy dyrektorzy placówek wprowadzają zakazy bezpośredniego kontaktowania się mediów z medykami. Jak wygląda według ciebie ich całościowy medialny wizerunek – czy dalej są superbohaterkami i superbohaterami?

Zaczęło się od obrazków z balkonów, na których klaszczemy, dziękujemy i wysyłamy lekarzom wdzięczne laurki. Potem laurki zaczęły zmieniać się w listy o treści: lekarzu, nie chcę, żebyś mieszkał teraz w swoim mieszkaniu w naszym bloku, bo narażasz całą społeczność. Także dyskurs się zmienia.

Myślę jednak, że mainstreamowe media w większości wypadków idą ze służbą medyczną za rękę. Symbolicznie – ratownik medyczny był pierwszą osobą, z którą setkę nagrałem na żywo, nie przez Zooma.

Był też pierwszą osobą, której podczas pandemii uścisnąłem dłoń, zamiast witać się na te wszystkie nowe, dziwne sposoby. Paradoksalnie – oczyszczające uczucie.

Trzymając w ręce papierosa, opowiadał mi o 60-letniej kobiecie, która dzień wcześniej przyniosła całemu zespołowi dwie tace ciepłej szarlotki. Kobiecie, która była świadoma, że ci, którzy tę szarlotkę zjedzą, po prostu ratują życie. I to jest jedna perspektywa, o której rozmawialiśmy. Druga strona to sytuacja, w której ratownik wychodzi ze stacji medycznej do sklepu w jaskrawo-pomarańczowym uniformie i przez reakcje ludzi, których mija na ulicy, faktycznie czuje się jak trędowaty. Myślę, że telewizja stara się podbijać jedną i drugą z tych perspektyw.

Czy to było twoje ostatnie spotkanie twarzą w twarz z medykami? 

Nie, jednak pod kątem dziennikarstwa, najciekawszym z tego świata było dla mnie spotkanie z Pawłem Reszką, który opowiedział mi o swojej najnowszej wcieleniówce ze szpitala covidowego. Wyjątkowy tekst i pozytywny test na reportaż z kategorii szczególnie ważnych.

Dokąd pędzi pani Zofia. Reporter na OIOM-ie. [Polityka.pl]

Ten reporter wrócił po dyżurze o 3 w nocy. Przed południem miał już gotowy tekst. Pokazał mi buty, które nadal suszyły się po praniu z koronawirusa. Dał przykład tego, jak skutecznie pustym statystykom zajrzeć w oczy. Pokazał, że są ludzie ze świata mediów, którym naprawdę zależy. Napisał też wcześniej dwie książki o polskiej służbie zdrowia [„Mali Bogowie”], stąd do tematyki medycznej podszedł jak żaden inny reportażysta. 

Pierwszym pytaniem, jakie zadałem, było: “Co o polskiej służbie zdrowia świadczy fakt, że można o niej napisać tyle mocnych reportaży?” Odpowiedź była krótka: “Służba zdrowia jest chora, a dziury latami zapełniane kitem po prostu pękły”. 

Czy spotkałeś się z innym tekstem, który poruszył cię podobnie jak reportaż Reszki? 

Nie, ale może to nie wynika z tego, że takie teksty nie powstały, tylko ja do nich nie dotarłem. Niestety przeważają suche liczby, za którymi przestaje stać człowiek. Warto więc szukać za granicą. 

Associated Press stworzyła kolumnę [One Good Thing], stawiającą na jedną pozytywną historię dziennie. Na przykład fryzjerki z Bangkoku, która od początku pandemii zmienia szpitale i oferuje darmowe strzyżenie służbie medycznej. Na początku w kolejce stanęło 50 lekarzy. Sami mówili, że chwila na jej fotelu to pierwszy moment od początku pandemii, w którym mogli się po prostu zrelaksować. Wielka rzecz.

Działałem też ostatnio przy eksperymentach nad Dobrymi Wieściami Rafała Masnego, czyli polskim odpowiednikiem Some Good News Johna Krasinskiego. Odbiór był świetny. Ale odsłon wcale nie tak dużo. Pytanie, czy my chcemy dobrych wieści.

plaża w okolicach Mostu Poniatowskiego w Warszawie | czerwiec 2020 | fot. Michał Mitoraj

Jak w czasie relacjonowania epidemii pozostać kreatywnym dziennikarzem? 

To nie jest trudne zadanie, kiedy bohaterowie twoich materiałów są kreatywni. A mam wrażenie, że koronawirus zadziałał trochę jak cenzura w przeszłości. Coś trzeba ominąć. Coś trzeba zrobić inaczej, niż do tej pory. Stąd kreatywność osiągnęła pułap, który przez ostatnie lata był nieosiągalny. 

A może są tematy, którym z twojego punktu widzenia nie warto poświęcać teraz wiele uwagi?

Liczby bez kontekstu. TVP. Oglądanie programów newsowych dłużej niż to potrzebne. Lepiej unikać informacyjnego szumu, bo skutecznie zagłusza to, co naprawdę warto wiedzieć.



Dominik Lorenc – aktualnie asystent reportera w redakcji “Wydarzeń” Polsatu. Researcher w “Masny kanał”. Wcześniej rok w Tygodniku WPROST. 

fot. obrazek wyróżniający: IPLA, Polsat News

Wpisy

Jej życiową ambicją jest zostanie panią na ludzkiej poczcie. Chce przyjmować w zawsze otwartym okienku historie i przesyłać je dalej – w formie dziennikarskiej, filmowej i teatralnej. W przerwie od pracy pije kawę i słucha płyt rodziców.
Wicenaczelna magazynu "Nowy Folder" dogląda działu "Folder z Dokumentami", które, ma nadzieję, zechcecie oglądać.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.