Uwaga – prowokacja!


Jest narzędziem w rękach dziennikarza, które zapewnia wolność słowa. Soczewką, która pozwala zajrzeć pod podszewkę, dostrzec to, co niewidoczne. Ostateczną bronią, której dziennikarz, zwykle uzbrojony jedynie w pióro lub klawiaturę komputera, może użyć. Ale jak każda broń, użyta w niewłaściwy sposób, może być niebezpieczna. Jak stosować prowokację dziennikarską, aby nie zranić siebie i – przede wszystkim – innych?


Prawdopodobnie pierwszą prowokację dziennikarską przeprowadziła Amerykanka Nellie Bly. W roku 1887 r. pozwoliła zamknąć się w szpitalu psychiatrycznym Women’s Lunatic Asylum na Blackwell’s Island w Nowym Jorku, by sprawdzić pogłoski o tragicznych warunkach, w jakich trzymane były tam pacjentki. Udało się. – Pracownice biły mnie miotłami i skakały po mnie. Któregoś dnia połamały mi żebra. Wiązały mi ręce i nogi, narzucały prześcieradło na głowę i okręcały wokół szyi, żebym nie krzyczała. Potem wrzucały mnie do wanny z lodowatą wodą. Trzymały mnie tam, aż się uspokoiłam. Nie mogliśmy powiedzieć o tym lekarzom, bo groziły nam, że dalej będą nas bić – napisała w książce „Dziesięć dni w domu wariatów”, którą opublikowała na podstawie swoich doświadczeń. Dzięki jej artykułom w „New York World” ujawniono skandaliczne zaniedbania, których dopuszczali się pracownicy szpitala psychiatrycznego, a lokalne władze znalazły środki, aby dofinansować tego typu miejsca.


Służyć dobru i prawdzie

Przykład Nellie Bly pokazuje, że prowokacja może przynieść pozytywne skutki. Tak naprawdę tylko dlatego prowokacje powinny być przeprowadzane: dziennikarz nie stoi ponad prawem, nie może więc bezkarnie oszukiwać i wykorzystywać innych. Jeśli jednak działa w imię ważnego interesu społecznego, jego czyny, nawet niezupełnie zgodne z przepisami prawa, mogą być usprawiedliwione. – Działanie dziennikarza jest ukierunkowane na odkrycie prawdy i zakłada domniemanie winy, przypisywane potencjalnej „ofierze” dziennikarskiej prowokacji. Dla wielu prowokacja jest to sposób (często jedyny) na ujawnienie korupcji i łamanie prawa, a czasem na ośmieszenie urzędników czy ministrów – napisał w roku 2012 na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jego redaktor naczelny Marek Palczewski.


– Prowokacja dziennikarska może być przeprowadzona tylko wtedy, gdy przemawia za tym ważny interes publiczny, a nieskuteczne okażą się lub mogą się okazać inne środki dziennikarskie i tylko za wiedzą redaktora naczelnego. Jeżeli dziennikarska prowokacja może zagrozić czyjemuś życiu lub zdrowiu, wskazane jest jej prowadzenie za wiedzą policji lub prokuratury – definiuje kodeks dobrych praktyk dziennikarskich. A kodeks etyki dziennikarskiej SDP precyzuje: – W zbieraniu materiałów nie wolno posługiwać się metodami sprzecznymi z prawem, nagannymi etycznie; ukryta kamera i mikrofon czy podsłuch są dopuszczalne wyłącznie w przypadku dziennikarstwa śledczego, tj. tropienia w imię dobra publicznego – za wiedzą i zgodą przełożonych – zbrodni, korupcji czy nadużycia władzy.


W podobny sposób mówi się o prowokacji w kodeksach dziennikarskich przyjętych w innych krajach na świecie.


Konflikt dziennikarz-prawo

Mimo tak precyzyjnych ustaleń, niejednokrotnie zdarzało się, że dziennikarze byli przekonani są o słuszności swoich działań, a tymczasem sąd – a także i koledzy po fachu – mieli inne zdanie.


Pamela Zekman i Zay N. Smith, dziennikarze amerykańskich gazet „The Sun” i „Times”, w latach 70. XX w. chcieli udowodnić korupcję miejskich urzędników, którzy wymuszali łapówki za zezwolenia na działalność lokali, mimo np. złych warunków sanitarnych. W tym celu, podając się za małżeństwo, założyli bar „Mirage”. Zebrane na podstawie nagrań z ukrytych mikrofonów i kamer dowody pozwoliły zatrzymać winnych, a dziennikarze zostali nominowani do Nagrody Pulitzera. Jednak mimo ważnego interesu społecznego, który stał za tą prowokacją i jej wymiernych efektów, nie dostali wyróżnienia. Sprzeciwili się tmu znani amerykańscy dziennikarze, Ben Bradlee i Gene Patterson, argumentując, że dziennikarzowi nie wolno oszukiwać rozmówców w trakcie zbierania materiałów. Zekman i Smithowi zarzucano również, że stosowali metody zarezerwowane wyłącznie dla policji oraz że stworzyli warunki do popełnienia przestępstwa.


Również w Polsce miały miejsce wątpliwe etycznie prowokacje. Pięć lat temu Endy Gęsina-Torres, dziennikarz ówcześnie pracujący dla programu Tomasza Sekielskiego „Po prostu” chciał sprawdzić doniesienia o nieprawidłowościach w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Białymstoku. W tym celu dał się zatrzymać policjantom, których poinformował, że jest imigrantem pochodzącym z Kuby, który nielegalnie przekroczył granicę między Białorusią a Polska i że okradziono ze wszystkich dokumentów. Sąd w Białymstoku oddelegował go do w/w ośrodka. Zanim funkcjonariusze zorientowali się, jaka jest jego prawdziwa tożsamość, dziennikarz przez trzy tygodnie kamerą ukrytą w zegarku rejestrował nadużycia do których dochodziło w ośrodku. Ponieważ jednak podczas prowokacji Gęsina-Torres podrobił podpisy oraz złożył zawiadomienia o nieistniejących przestępstwach, sprawa trafiła do sądu, a ten orzekł jego winę. Według sądu postępowanie dziennikarza godziło w dobro wymiaru sprawiedliwości oraz wiarygodność dokumentów, a sprawa nie dotyczyła wolności wyrażania opinii. Sąd uznał, że ta prowokacja dziennikarska była niezgodna z podstawami demokratycznego państwa. I choć odstąpił od wymierzenia kary i wymierzył jedynie 2 tys. zł grzywny, to jednak Gęsina-Torres stał się osobą karaną. Dziennikarz zaskarżył decyzję do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który w 2018 r. podtrzymał decyzję polskiego sądu.


Bardzo cienka granica

Zdarza się też, że prowokacja dziennikarska znacznie wykracza za przyjęte schematy: zastępuje wielomiesięczne śledztwa lub staje się, niestety, sposobem na szybkie zdobycie sensacyjnej informacji.


Kilka lat temu głośnym echem odbiła się prowokacja Rafała Betlejewskiego, dziennikarza i artysty-performera, który w telewizji TTV prowadził program „Betlejewski-Prowokacje”. Postanowił on sprawdzić, do czego zdolni są mieszkańcy Radomia, miasta uznawanego za zagłębie bezrobocia, aby zdobyć pracę. Zorganizował więc fałszywe rozmowy rekrutacyjne, w czasie których proponował kandydatom różne zajęcia, często niezgodne z prawem, np. przewożenie uchodźców przez granicę. Wiele osób przyjęło te propozycje. Środowisko dziennikarskie potępiło tę prowokację – oburzenie wywołał fakt, że była ona wymierzona przeciwko zwykłym ludziom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej. Był to również jeden z powodów, dla których Ewa Wanat, była redaktor portalu Medium Publiczne, którą zastąpił właśnie Rafał Betlejewski, zrezygnowała z publikowania tam tekstów.


Nieprzemyślana czy lekkomyślnie podjęta prowokacja może mieć o wiele poważniejsze konsekwencje. W grudniu 2012 r. 46-letnia Jacintha Saldanha, pielęgniarka pracująca w londyńskim Szpitalu im. Króla Edwarda VII odebrała telefon od królowej Elżbiety i księcia Karola. Tak przynajmniej się jej wydawało – naprawdę byli to Michael Christian i Mel Greig, prezenterzy w australijskiej rozgłośni 2 Day FM. Dziennikarze pytali o księżną Kate Middleton, która przebywała w szpitalu z powodu porannych mdłości spowodowanych ciążą. Pielęgniarka przekonana, że rozmawia z brytyjskimi monarchami, przełączyła telefon do osobistej pielęgniarki księżnej, która odpowiedziała na pytania dziennikarzy. Całość została nagrana i wyemitowana w radio. Materiał zrobił furorę na całym świecie. A na pielęgniarkę spadł grad hejtu. Zaszczuta i upokorzona kobieta nie mogła sobie z tym poradzić i popełniła samobójstwo: jej ciało znalazły koleżanki trzy dni później.


Jak widać, granice prowokacji dziennikarskiej są bardzo cienkie i łatwe do przekroczenia. Zawsze więc muszą paść podstawowe pytania: czy w danej sytuacji nie ma innego wyjścia, aby zdobyć informację? Czy to na pewno jedyny sposób, aby potwierdzić swoje przypuszczenia? I czy prowokacja, na pewno służy dobru społecznemu, a nie naszej wygodzie? To pytanie często bez prostej odpowiedzi. Jednak dziennikarz, decydując się na prowokację, powinien być trochę jak Robin Hood: kierować się dobrem zwykłego człowieka, demaskować i zabierać złoczyńcom, a nie szkodzić biednym. I wtedy, nawet jeśli sąd zdecyduje inaczej, będzie miał czyste sumienie.