Uwolnić się z błędnego koła

„W naszym społeczeństwie istnieje wiele problemów i różne grupy społeczne jak najbardziej mają prawo być wkurzone. Ale jest znacząca różnica między państwem, które w ogóle nie rozwiązuje problemów, a takim, które stara się je stopniowo zmniejszać. I odpowiedzialna polityka powinna właśnie do tego dążyć.”, opowiada Tomasz S. Markiewka – filozof, tłumacz, wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz autor książki „Gniew”.

Już na samym początku książki wyraźnie zaznacza pan, że istnieje gniew konstruktywny oraz gniew dekonstruktywny. Ten podział był dla pana oczywisty od dawna czy narodził się podczas zbierania materiałów do książki?

Intuicyjnie czułem od samego początku, że gniew może się objawiać na dwa całkowicie różne sposoby. Mamy skłonność do traktowania gniewu jako niebezpiecznego zjawiska, czyli skupiania się na jego destruktywnym aspekcie. Mnie zależało, żeby pokazać, że jeśli gniew będzie odpowiednio pokierowany politycznie, to może przekształcić się w pozytywną siłę, która zmieni nasze społeczeństwo na lepsze. Chciałem także pokazać, że z powodu naszego negatywnego postrzegania gniewu, zazwyczaj się go boimy, przez co jest wypychany z debaty publicznej. Ale gniew wtedy nie znika, wręcz się potęguje i prędzej czy później objawi się w destruktywnej formie.

Czy są sytuacje, które wymykają się temu podziałowi? Kiedy gniew nie przynosi jednoznacznie pozytywnych lub negatywnych skutków.

Opisuję jedną z takich sytuacji w książce, kiedy to gniew nie zamienia się w żadną siłę polityczną, tylko staje się indywidualnym sposobem radzenia lub nieradzenia sobie z rzeczywistością. Wtedy gniew jest nie tyle konstruktywny czy dekonstruktywny, co po prostu jałowy, niewiele z niego wynika. Figurą, która ma ukazać taki rodzaj gniewu, jest Adaś Miauczyński, bohater „Dnia Świra”. Nieustannie wybucha on gniewem, ale pod względem politycznym do niczego to nie prowadzi. Nie zmienia niczego w naszym kraju ani na lepsze, ani na gorsze, nie wpływa na społeczeństwo. Można więc wyodrębnić także trzeci rodzaj gniewu, czyli gniew jałowy, który nie zamienia się w żadną siłę polityczną i pozostaje indywidualnym problemem konkretnej osoby.

Czy możemy postawić tezę, że gniew jest kluczową emocją dla historii ludzkości?

Trudno rozstrzygnąć, czy jest najważniejszy, ale na pewno bardzo ważny. Kiedy spojrzymy na historię naszego świata i na punkty zwrotne, w których doszło do jakiegoś przełomu, to często ta zmiana była napędzana gniewem. Kiedy przykładowo kobiety walczyły o prawa wyborcze, to właśnie gniew mobilizował je do walki. Tak samo było z prawami pracowniczymi czy wieloma innymi, dziś pozornie oczywistymi, rzeczami. Na co dzień nie myślimy, że zostały one kiedyś wywalczone i traktujemy je jako coś, co zjawiło się samo z siebie w określonym momencie historii. A takie rzeczy jak prawa kobiet czy 8-godzinny dzień pracy pojawiły się w naszym świecie, ponieważ ktoś je wywalczył. I najczęściej ten ktoś był motywowany gniewem.

Czy gniew Polaków jest pod jakimś kątem odmienny i charakterystyczny tylko dla naszego kraju?

W książce sprzeciwiam się myśleniu, że Polska jest wyjątkowa. Często wydaje nam się, że jesteśmy albo wyjątkowo dobrzy, albo wyjątkowo źli na tle innych krajów. Celowo przywołuję na początku książki przykład Stanów Zjednoczonych, aby pokazać, że wiele zjawisk politycznych wygląda podobnie w różnych częściach świata. USA to kraj, na który my, Polacy, spoglądamy z nadzieją i na którym staramy się wzorować, często na naszą zgubę. Tam także przez lata lekceważono gniew dużej części społeczeństwa np. pracowników, których pensje od lat nie rosną, więc nie mają oni poczucia, że korzystają z amerykańskiego dobrobytu. Ten gniew w końcu się z nich wylał, m.in. przez głosowanie na Donalda Trumpa. U nas jest tak samo. Przez lata lekceważyliśmy gniew osób, które czuły, że Polska nie jest krajem dla nich, więc te postanowiły zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli nie potrafimy gospodarować gniewem i nie mamy żadnej oferty politycznej dla wkurzonej części społeczeństwa, to ta prędzej czy później zacznie głosować na skrajną prawicę.

Kiedy myślimy o wkurzonej części społeczeństwa, to kojarzy nam się ona raczej z młodymi ludźmi. Czym różni się gniew osób młodszych od gniewu starszych?

Osoby starsze też potrafią być mocno wkurzone, wystarczy spojrzeć na wyborców PiS-u czy Donalda Trumpa. Oni odczuwają różne rodzaje gniewu. Mają wrażenie, że model gospodarczy państwa nie działa na ich korzyść, ale niektórzy czują także gniew wobec różnych mniejszości, co tylko napędza sukcesy skrajnej prawicy. Młodzi ludzie także mają swoje specyficzne problemy, na przykład w Polsce coraz ciężej im kupić swoje mieszkanie, ponieważ zwyczajnie ich na to nie stać. Większość pracuje na umowach śmieciowych i nie jest w stanie uzbierać takiej kwoty, żeby nawet z pomocą kredytu kupić mieszkanie. Ale jeśli chodzi o samo natężenie gniewu, to nie powiedziałbym, że istnieje znacząca różnica między starszymi i młodszymi wyborcami. Jego powody mogą być różne, ale polityczna siła pozostaje taka sama.

PiS w ostatnich latach aktywnie wspiera emerytów, głównie poprzez 13. i 14. emeryturę. Czy wynika to ze strachu przed tą grupą społeczną?

Nawet nie tyle się ich boją, co uważają za swój główny bastion. Na nich mogą najbardziej polegać i ich starają się dopieścić. W tej grupie jest też wiele osób, które od samego początku uważało, że III RP nie działa na ich korzyść, więc swój gniew wyrażają przez głosowanie na PiS.

Czyli to nie młodzi ludzie ulegają łatwiej populizmom? Partie bazujące na demagogii dochodzą obecnie do władzy niemalże na całym świecie.

Kiedy spojrzymy na wyborców tych partii, to znajdziemy tam zarówno młodsze osoby, jak i starsze, a często nawet więcej tych drugich. Nie powiedziałbym więc, że młodzi są bardziej podatni na demagogiczne poglądy. Często jest też tak, że młodzież nie ma jasno sprecyzowanych poglądów i potrafi właściwie z tygodnia na tydzień zmienić diametralnie swoje wybory. Jednego dnia głosować na Konfederację, a drugiego na partię Razem, czyli dwa skrajnie różne ugrupowania. Młodzi są więc dosyć chwiejni, ale jeśli chodzi o samą demagogię, to ulegają jej wszystkie grupy wiekowe i jest to szerszy problem. Często gdy dana grupa społeczna nie czuje, że ma swoją reprezentację polityczną, zaczyna głosować na demagogów na zasadzie „Bo co mi pozostało, skoro inne partie mnie nie reprezentują?”.

Zazwyczaj jednak słyszymy o buncie młodych. Że kierują się emocjami, ponieważ doświadczenia jeszcze nie mają. Czy takimi osobami jest łatwiej manipulować?

Rzeczywiście, tak się mówi, że młodymi łatwiej manipulować. Ale jeśli chodzi o wybory polityczne, to emocje odgrywają taką samą rolę we wszystkich grupach wiekowych, bo w ogóle emocje są kluczowe w polityce. Wielu badaczy społecznych podkreśla, że nie jesteśmy racjonalnymi maszynami, które dokonują politycznych obliczeń, zamiast tego łączymy rozumową analizę naszych z interesów z emocjami. Emocje młodszych wyborców mogą być lepiej widoczne, ponieważ ci wyrażają je w bardziej obrazowy sposób, np. potrafią wyjść na ulicę, a czasem doprowadzić do zamieszek. To może wywoływać złudzenia, że młode osoby są bardziej emocjonalne politycznie.

Wiele młodych osób przede wszystkim ceni sobie wolność, traktuje ją, jako nadrzędną wartość. Kiedy ta jest im ograniczana, to pojawia się gniew.

Z pewnością pojęcie wolności jest niezwykle ważne w naszej współczesnej kulturze. Choć trzeba pamiętać, że jak każde tego typu ogólne hasło może być ono interpretowane na wiele sposobów. Niemniej prawdę jest, że gdy młodzi ludzie mają poczucie, że dana sytuacja zagraża ich wolności, to potrafią się zmobilizować. Tak było kilka lat temu, kiedy doszło do protestów przeciwko ACTA (ustawa, która miała ograniczyć swobodę korzystania z Internetu –red.). Młodzież uważała, słusznie bądź niesłusznie, że ich wolność jest ograniczana i wyszła na ulice. Paradoksalnie jednak znacznie trudniej ich zmobilizować np. do obrony niezawisłych sądów, bo nie widzą bezpośredniego związku między tymi zmianami a ich codziennym życiem. Tak więc, zgoda, młodym zależy na wolności, ale to jeszcze wiele nie mówi, bo pytanie brzmi, czy zinterpretują daną sytuację jako zagrożenie dla swojej wolności, czy nie.

Gniew młodych zdaje się być także znacznie bardziej chaotyczny.

Tak jak mówiliśmy, poglądy młodych ludzi potrafią się szybko zmieniać. Młody człowiek może protestować za czymś, a chwilę później przeciwko tej samej rzeczy, w tym sensie jest chaotyczny, chwiejny.

Czy uważa pan, że młode pokolenie ma świadomość swojej siły? Od teraźniejszych działań młodzieży zależy ich własna przyszłość.

Myślę, że nie jest tego świadome albo zdaje sobie z tego sprawę tylko od wielkiego dzwonu. Przede wszystkim na co dzień młode pokolenie jest podzielone. Przeprowadzone w Polsce badania pokazują, że młode kobiety idą raczej w kierunku poglądów lewicowych, a młodzi mężczyźni w stronę prawicowych. Więc już tu widać pęknięcie. Młodzi nie czują, że mają jakiś wspólny interes, który mógłby ich zmobilizować do walki o takie same cele. teoretycznie takim zagadnieniem powinien być kryzys klimatyczny. Bo jeśli nic z tym problemem nie zrobimy, to właśnie młodzi ludzie, niezależnie od swoich poglądów i płci, poniosą największy ciężar skutków zaniedbań ekologicznych. I do pewnego stopnia widać mobilizację młodych w tej sprawie, na przykład coraz popularniejszy staje się Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, ale póki co to jest dopiero zalążek siły politycznej. Ogólnie mówiąc, młodzi ludzie, przynajmniej w Polsce, nie wykorzystują jeszcze swojego potencjału i nie są tak bardzo obecni w polityce, jak mogliby być.

Młodzi ludzie czują też pewną odrazę do polityki, uciekają od partii, mają dość ciągłych przepychanek i tych samych twarzy.

Nasza kultura jest w dużej mierze apolityczna, młodzi ludzie ciągle dostają sygnały, że polityka jest czymś złym i brudnym. Nawet jak spojrzymy na seriale polityczne, chętnie oglądane przez młodzież, jak „House of Cards”, to ukazują one politykę jako brutalną grę, w której chodzi jedynie o władzę, a nie o jakiekolwiek wartości. To oddaje myślenie o polityce współczesnej młodzieży. Jeśli spojrzymy na współczynniki zaangażowania, czyli ile młodych osób chodzi na wybory czy zapisuje się do partii, to zobaczymy stosunkowo niewielkie liczby. Jeśli młodzi chcą być wysłuchiwani, a społeczeństwo ma się reformować na ich korzyść, to muszą zwalczyć w sobie niechęć do polityki partyjnej. Bez wywierania presji na partie polityczne i czynnego należenia do nich młodzi nie zmienią otaczającej ich rzeczywistości.

To także problem dla polityków. Jak mają zainteresować sobą młodych ludzi, jeśli ci czują niechęć do polityki samej w sobie?

Obie strony muszą się tu zgrać. Ponownie dobrym przykładem jest Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. Z jednej strony politycy powinni traktować go poważnie i chcieć reprezentować interesy młodzieży. Nie jedynie kurtuazyjnie chwalić w wywiadach, tylko nawiązać realną współpracę. Z drugiej strony młodzi ludzi powinni pokonać swoją niechęć do polityki partyjnej.

Jakie jeszcze sprawy, poza ekologią, mogą być kluczowe dla młodych ludzi w najbliższych latach?

Na pewno umowy śmieciowe i problem mieszkań, ponieważ sprawy te dotykają naszej codzienności. Gdzie mieszkam i za ile lub w jakich warunkach pracuję, to sprawy podstawowe.


„Gniew” Tomasza S. Markiewki.

Pisze pan w książce, że gniew może mieć różne oblicza. Czy możemy więc przykładowo wyróżnić gniew miejski i wiejski?

Tylko w takim banalnym sensie, że różne grupy społeczne mogą mieć różne problemy. Ludzie na wsi mogą mieć trochę inne potrzeby niż ludzie w mieście, a więc i źródła ich gniewu będą się lekko różnić. Przykładowo w wielu polskich wsiach problemem jest wykluczenie komunikacyjne, czyli brak publicznego transportu do większych miast, co utrudnia dojazd do pracy, wizytę u lekarza czy nawet kontakt ze znajomymi. Mieszkańcy miast mogą mieć inne bodźce gniewu, ale jeśli chodzi o sposób ekspresji gniewu czy jego siłę, to nie widzę większej różnicy.

Pisze pan także, że często wolimy czuć niechęć do mitycznej „drugiej strony”, zamiast spróbować ją zrozumieć.

Każdy się skupia na swoim źródle gniewu i swoich problemach. Mądra i odpowiedzialna polityka powinna prowadzić do zadowolenia jak największej liczby grup społecznych. Przykładowo ludziom ze wsi zapewnimy transport publiczny, a mieszkańcom miast pomożemy w walce ze smogiem. A potem wszystkich wspólnie będziemy wspierać w starciu z zagrożeniem klimatycznym.

Czy taka odpowiedzialna polityka jest w ogóle realna? Nie jest to trochę utopijna wizja?

Oczywiście nie jest ona łatwa, ale nie znaczy to, że ludzie nie oczekują od władzy mądrego rozwiązania ich problemów i nie będą wspierać takich rozwiązań. Przykładowo w USA widać promyki nadziei, pojawia się tam wiele młodych polityków i polityczek, którzy mówią wprost, że mają dość wymyślonych problemów i domagają się rozwiązania tych rzeczywistych, jak niskie płace, prawa pracownicze czy ocieplający się klimat. Te osoby wygrywają kolejne wybory i są coraz mocniej obecne w amerykańskim życiu politycznym. Jeśli więc politycy konsekwentnie pomagają ludziom i zdobywają wiarygodność, to jak najbardziej mogą odnieść sukces wyborczy, choć nie jest to łatwa droga.

W jaki sposób politycy manipulują gniewem?

Na przykład zamiast proponować konstruktywne rozwiązania, nakierowują gniew na inne grupy społeczne. Najlepszymi przykładami są ponownie Donald Trump czy Prawo i Sprawiedliwość, którzy obarczają winą na problemy swoich rodaków mniejszości. Nikomu w ten sposób nie poprawiają życia, a części dodatkowo pogarszają.

Jednak zaznacza pan też, że gniew jest zwyczajnie nieodłączną częścią naszego życia, nie ma możliwości, aby się go całkowicie wyzbyć.

Gniew pojawia się zawsze w odpowiedzi na jakiś problem, a niemożliwe jest wyeliminowanie wszystkich problemów współczesnych społeczeństw. Ktoś zawsze będzie się zmagał z jakimiś kłopotami, które będą w nim wywoływały gniew. To niebezpieczna iluzja, że możemy sobie na dobre poradzić z gniewem. Mówimy czasem o polityce miłości czy uśmiechu, to są bardzo atrakcyjne hasła, że wszyscy złapiemy się za ręce, uśmiechniemy i będzie super. Ale takie utopijne wizje jedynie przysłaniają rzeczywistość. W naszym społeczeństwie istnieje wiele problemów i różne grupy społeczne jak najbardziej mają prawo być wkurzone. Możemy więc jedynie te problemy na bieżąco rozwiązywać, z poczuciem, że nigdy nie pokonamy wszystkich. Ale jest znacząca różnica między państwem, które w ogólnie nie rozwiązuje problemów, a takim, które stara się je stopniowo zmniejszać. I odpowiedzialna polityka powinna właśnie do tego dążyć. Mimo świadomości, że nigdy nie wyeliminujemy gniewu, powinniśmy starać się go osłabiać i szukać jego źródeł.

Czy jest jakiś rodzaj gniewu, którego władza powinna bać się najbardziej?

To zależy od siły społecznej grup, które się gniewają. Jeśli jakaś grupa jest słaba i niezorganizowana, to władza może sobie pozwolić na zlekceważenie jej gniewu. I tak dzieje się z młodymi ludźmi, którzy może są wkurzeni na wiele rzeczy, ale nie potrafią się zorganizować, przez co władza nie traktuje ich poważnie. Dla władzy groźne są grupy silnie zorganizowane. Kilkadziesiąt lat temu bano się pracowników oraz związków zawodowych, bo byli dobrze zorganizowani, więc wprowadzono wiele korzystnych dla nich rozwiązań. To jest dość proste. Jeśli jesteś silny, to władza będzie się z tobą liczyła,  jeśli jesteś rozdrobniony, to będzie cię lekceważyć.

Czy takie elementy kultury jak rap są wyrazem prawdziwego gniewu?

Cała popkultura, nie tylko muzyka, może służyć do wyrażania gniewu, tylko znowu pojawia się pytania, co z tą emocją zrobimy. Czy jedynie puszczę sobie gniewną piosenkę i będę ją podśpiewywał, czy jednak zamienię tę energię w zbiorową siłę polityczną. Jeśli skończy się jedynie na słuchaniu, to nic z tego nie wynika. Być może poczuję ulgę na kilka godzin, ale jeśli mój gniew ma się przerodzić w coś skutecznego, to musi być zorganizowany politycznie.

Czy kultura „kibolska” może być uznana za kulturę prawdziwego gniewu?

Z pewnością w tej kulturze gniew jest obecny, pytanie tylko, czy wyraża się konstruktywnie. Jeśli jedna grupa kiboli bije się z drugą, to jest to dla mnie typowy przykład gniewu destruktywnego. Bo co z tego wynika? Mogą mieć z tego frajdę czy budować opowieści o swojej waleczności, ale nie rozwiązują w ten sposób żadnych problemów społecznych, a na pewno na co dzień się z takimi zmagają.

A co jeśli w mniemaniu kiboli ich gniew jest konstruktywny? Wielu uważa, że to dzięki nim PO straciła władzę, a Donald Tusk uciekł do Unii Europejskiej…

Nawet jeśli w jakimś stopniu przyczynili się do tych wydarzeń, głosując na inne partie czy głosząc różne hasła, to wciąż pozostaje pytanie, w jaki sposób to zmieniło ich życie na lepsze? Czy zyskali coś poza satysfakcją, że nielubiana przez nich partia przegrała wybory? Czy ich dzieci najedzą się tym, że Donald Tusk wyjechał do UE?

Celnie zauważa pan w książce, że naszym celem często nie jest realna zmiana a pokonanie wszelkim kosztem drugiej strony. Nie staramy się wzajemnie zrozumieć.

Niestety często główną motywacją dla wyborców PO jest pokonanie PiS-u i na odwrót. Ale samo pokonanie drugiej partii jeszcze w żaden sposób nie poprawia naszego życia. Zamiast rozmawiać, jakie te partie mają pomysły na zmierzenie się ze współczesnymi wyzwaniami, wolimy manifestować wzajemną niechęć. Nawet jeśli PiS przegra wybory, to 10 milionów jego wyborców nagle nie zniknie, a globalne ocieplenie się nie zatrzyma. I w drugą stronę, co z tego, że udało się pokonać PO, jeśli PiS także nie ma żadnego pomysłu na reformę służby zdrowia, nie radzi sobie z umowami śmieciowymi czy z pandemią? Jaka jest satysfakcja z takiej wygranej?

Młodzi ludzie są bardzo aktywni w mediach społecznościowych. Czy te portale mogą w jakiś sposób pacyfikować gniew czy jedynie go nakręcają?

Niestety Internet raczej sprzyja gniewowi jałowemu, z którego niewiele wynika. Można gorąco dyskutować na Facebooku czy na Twitterze, ale co z tego? W żaden sposób nie poprawia to niczyich warunków społecznych. A niestety media internetowe tylko nas zachęcają do wdawania się w kłótnie, zamiast wspólnego dążenia do jakieś zmiany. W teorii portale społecznościowe powinny ułatwiać zbiorowe mobilizowanie się, i od czasu do czasu to działa, jest to najszybsza droga przekazywania informacji. Ale na ogół Internet raczej nakierowują nas na indywidualne wyrażanie gniewu, co prowadzi donikąd, samotnie nikt niczego realnie nie zmieni.

Czy Internet nie stwarza też pola do łatwej manipulacji naszym gniewem? Raczej nie mamy skłonności do sprawdzanie źródeł zasłyszanej informacji.

Rzeczywiście, fake newsy mnożą się w Internecie. Jesteśmy też pozamykani w naszych bańkach informacyjnych, dostajemy informacje, które potwierdzają nasze poglądy i nie konfrontują nas z drugą stroną. To pomaga tym politykom, którzy chcą nakierować nasz gniew na wymyślone problemy i utrudnia nam dotarcie do rzeczywistych źródeł problemów.

Jak pandemia może wpłynąć na gniew wśród społeczeństwa?

Sam okres zamknięcia może bardzo na nas nie wpłynie, ale gorsze będą jego konsekwencje, czyli kryzys gospodarczy. Zresztą dla niektórych on już nastał, ponieważ stracili pracę podczas pandemii. A wiemy z historii, że jeśli warunki życia dużej grupy nagle się pogarszają, to prowadzi to do wstrząsów politycznych.

Zaznacza pan w książce, że największym zagrożeniem są nie osoby skrajne, ale te obojętne. Dlaczego?

Może nie tyle są największym zagrożeniem, co zwyczajnie siła głosu tych obojętnych może być przeważająca, a właściwie siła ich bierności. Jeśli pozostajemy bierni, to tak naprawdę wspieramy obecny stan rzeczy. Możemy nie chcieć angażować się w sprawy dyskryminowanej grupy, ale wtedy w rzeczywistości wspieramy jej przeciwników. Jeśli nie domagamy się zmian w gospodarce, to wspieramy jej bieżący model, i tak dalej… Osoby obojętne powinny sobie zdawać sprawę, że paradoksalnie swoją biernością też decydują o wyglądzie naszej wspólnej przyszłości.

Czy gniew, jako taki, ewoluuje? Zmienia się na przestrzeni czasu czy sama emocja pozostaje taka sama?

Z pewnością gniew, tak jak każda emocja, jest podatny na kontekst kulturowy i społeczny. Mnie interesował gniew z ostatnich 30 lat, czyli okresu późnego kapitalizmu, ale gdybyśmy zbadali go bardziej historycznie, to pewnie by się okazało, że jest podatny na wiele czynników i może być różnie oceniany. Przykładowo jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważano, że gniew nie przystoi kobietom, jest czymś niegodnym dla nich. Podczas protestów sufrażystek oburzano się nie tylko z powodu ich postulatów, ale że w ogóle mają czelność okazywać publicznie swój gniew. Teraz to się powoli zmienia, nie dziwi nas, kiedy kobiety głośno mówią, że coś im się nie podoba.

O gniewie można pisać i pisać. Miał pan problem, do jakich sytuacji odnieść się w książce, a jakie już pominąć?

Oczywiście, o gniewie można by napisać wielką księgę i wciąż nie wyczerpać tematu. Z gniewem zawsze będziemy mieli do czynienia, niezależnie, jaki punk startowy sobie wybierzemy. Przykładów, wpływających na politykę, nigdy nie zabraknie. Ale z góry założyłem sobie pewne ramy i w nich starałem się poruszać.

Natrafiłem na komentarz, że moment premiery pana książki nie był przypadkowy. Tuż przed wyborami prezydenckimi w Polsce, na kilka miesięcy przed wyborami w USA, w trakcie pandemii…. Ile w tym prawdy?

Niewiele, tak się ułożyły okoliczności. Ostatnio w Polsce ciągle mieliśmy jakieś wybory, więc nie było trudno trafić w okres przedwyborczy. Po samej premierze książki (20.05.2020-red.) ciągle dochodziło do różnych sytuacji, które potwierdzały jej aktualność: wybory prezydenckie, protesty afroamerykańskiej społeczności w USA, obecne protesty osób LGBT. To tylko pokazuje, że w każdym momencie jakaś grupa społeczna czuje się poszkodowana, przez co rozmowa o gniewie zawsze będzie aktualna.

Obrazek wyróżniający: pixabay.com

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.