W pogoni za okręgówką

Piłka nożna – najpopularniejszy sport na świecie, oglądany przez miliardy ludzi niezależnie od szerokości geograficznej. Większość poświęca swoją uwagę majestatycznym stadionom, bogatym drużynom i światowej sławy piłkarzom co sezon zgarniającym trofea. Jest jednak część miłośników, która swoją ciekawość kieruje w stronę futbolu niszowego, oddolnego, tam, gdzie brakuje fleszy fotoreporterów, wielkich pieniędzy inwestowanych w kluby i transfery, a stadiony ustępują kartofliskom.

Rozmowa z Kacprem Sokołowskim

 

Czym jest groundhopping?

Kacper Sokołowski: Groundhopping przetłumaczyć można jako „turystyka stadionowa”. To pasja polegająca na oglądaniu meczów na jak największej liczbie stadionów, boisk. Wybieram przede wszystkim piłkę nożną, lecz zdarza mi się zaliczyć koszykówkę, siatkówkę, rugby, czy cokolwiek innego. Dyscyplina nie gra roli.

Co rozumiesz przez słowo „pasja”?

W tym przypadku to cały rytuał, cały proces. Trzeba znaleźć czas w swoim kalendarzu – na dzień, weekend, tydzień meczowy. Trzeba znaleźć listę spotkań, miejsce ich rozgrywania i wszystko rozplanować. To świetna gra miejska, bowiem poznaje się swoje miasto, podróżując z jednego obiektu na drugi między ostatnim a pierwszym gwizdkiem.

Od jak dawna zajmujesz się groundhoppingiem?

Od niemal dwóch lat prężnie działam na Instagramie. Pierwszy mecz to pojedynek Polonii Warszawa z GKS Wikielec pod koniec sierpnia 2017 roku. Wtedy pojawił się pierwszy wpis na Instagramie i właśnie on oficjalnie otworzył moją erę groundhoppingu.

Na czym skupia się groundhopper?

Wszystko zależy od tego, jaką ligę najbardziej lubi. W Polsce mamy ich dziewięć – od Ekstraklasy po C Klasę, ale tę ostatnią obejrzeć można tylko w niektórych województwach, m.in. śląskim, czy w Małopolsce. Mogę się pochwalić, że widziałem już osiem poziomów rozgrywkowych. Brakuje najniższej.

A kto gra w C Klasie?

(śmiech) Miłośnicy futbolu i rezerwy, a nawet kumple z osiedla. W dwóch ostatnich ligach piłkarze grają non profit, pro publico bono, dosłownie. Grają z pasji i dla przyjemności. Założenie klubu ma obecnie jedno ograniczenie – pieniądze, a więc opłaty licencyjne i koszta związane z organizacją dnia meczowego. Oprócz tego, nie ma zbyt wielu barier.

Którą ligę Ty sobie upodobałeś?

Skupiam się na tych niższych, głównie od III Ligi [czwarty poziom rozgrywkowy – przyp. aut.] w dół. Trzecia jest już poważna, tam są większe pieniądze, czasem duże drużyny, stadiony. Do tego biletuje się mecze, na których, przy odrobinie szczęścia, serwują pyszny catering. Futbol kiełbasą i piwem stoi. Niższe ligi mają swój urok, folklor. Tu chodzi nie o sport, ale bardziej o klimat. Klimat trybun, wsi, miasta, mniejszych boisk, nawet absurdów.

Jaki on jest?

Jest to klimat ludzi mocno związanych z klubem, któremu kibicują od wielu lat i choć wiedzą, że dużo nie osiągnie, stoją przy swojej drużynie. Wiedzą też, że mają na nią wpływ, że w momencie popełnienia błędu przez kogoś na boisku, krzyczą nie do telewizora, na którym leci mecz Realu Madryt, ale krzyczą do konkretnej osoby. Słyszy to sędzia, piłkarz, trener to słyszy, ale również lekarz, ochrona, kolega obok, a niekiedy cała wioska zebrana na stadionie (śmiech). To jest piękno bycia blisko sportu. Tego na światowym futbolu nie doświadczysz. Tam przychodząc na mecz, jesteś klientem ograniczonym do kupna biletu, czapeczki i innych gadżetów.

A kim jesteś na okręgówce?

Autentyczną częścią tego wszystkiego. Bo nic ci nie broni, żeby po meczu porozmawiać z zawodnikami, czyli głównymi bohaterami spektaklu, prezesem, z rzecznikiem prasowym – jeśli drużyna takiego ma – z innymi kibicami, z obstawą medyczną. Nierzadko są to seniorzy dorabiający na emeryturze.

Jak wyglądał Twój najdłuższy dzień meczowy?

Mój najdłuższy dzień to 15 sierpnia 2018 roku. W Warszawie ruszała wtedy Liga Okręgowa, szósty poziom, ale i pierwsza runda Pucharu Polski. Tego dnia zobaczyłem cztery mecze. Pierwszy zaczynał się o godzinie 11, a ostatni kończył przed 11… wieczorem. Widziałem wtedy mecz zespołu Amur Wilga. Nie miałem pojęcia, co to jest amur. Gdy wpisałem hasło w Google, okazało się, że to ryba, a jednym z pierwszych linków, który mi wyskoczył to film z wędkarzem o tytule „Godny przeciwnik – Amur 13 kilo” (śmiech). Drugi mecz był bardziej na wesoło. Grały dwie, można powiedzieć „dzikie drużyny”, składające się z kumpli lubiących „haratać w gałę”. Siedziałem z kibicami na trybunach stadionu RKS Marymont przy ulicy Potockiej, które opasane były czerwono-białą taśmą z kartką „Zakaz wstępu. Grozi zawaleniem!”. I tak sobie siedzieliśmy. Nie zawaliły się.

[Dnia 31 marca 2019 r. mój rozmówca wyśrubował poprzedni rekord, oglądając pięć meczów jednego dnia – przyp. aut.]

Dlaczego piłka nożna?

Odczuwam ogromny głód tej dyscypliny. Widocznie jak byłem mały, to nie nagrałem się na boiskach i teraz muszę jeździć. Pokutuję.

Myślisz, że kiedyś napatrzysz się za dużo i Ci się znudzi?

Nie. Nigdy. Oczywiście, jeden stadion może się znudzić, ale przecież na świecie jest ich mnóstwo, w Polsce stadionów jest mnóstwo, drużyn jeszcze więcej. Nie, to się nie nudzi. Istnieje tyle możliwości. Pasję świetnie się dawkuje. Groundhopping nie jest bowiem rozrywką, którą można sobie zapewnić w każdym momencie. Do tego trzeba się dostosować i być pokornym – czekając na weekend, na atrakcyjniejsze mecze – a za tym przecież się tęskni.

Jak wygląda Twoja pasja w liczbach?

Mam taką zasadę, że liczbę meczów liczę od mniej więcej końcówki lipca, do końca lipca następnego roku. To jest mój „sezon”. Poza tym, przez „mecz” rozumiem spotkanie, na którym jest sędzia i obowiązuje regulaminowy czas, czyli zazwyczaj 90 minut.

Do lipca jeszcze cztery miesiące. Jaki jest bilans meczów na marzec 2019?

Ile meczów obejrzałem? 63. Wielu dyscyplin. Na pierwszym miejscu jest oczywiście piłka nożna, później koszykówka. Odpada niestety siatkówka, przynajmniej ta na wyższym poziomie, bo na mecz lubię chodzić, żeby obejrzeć zawody, przyjrzeć się stronie kibicowskiej, a nie po to, by posłuchać głupkowatej muzyki.

Czym jest „Against Modern Football”?

To nurt, który zrzesza ludzi głoszących, że piłka nożna powinna mieć charakter oddolny. Nie powinna być skażona pieniędzmi, czy jakimś interesem odgórnym, biznesem. Chodzi o to, żeby nie była towarem, lecz pasją.

Ty też jesteś częścią tego nurtu?

Oczywiście. Nie widzę sensu w oglądaniu drużyn dysponującymi milionami od arabskich szejków albo, jak to się mówi, kupującymi ligę. Są też kluby, w których piłkarze dostają premię za to, że po meczu podejdą do kibiców i pełni udawanej serdeczności uścisną im dłoń. To tylko pokazuje, że pieniądz rządzi wszystkim.

Jesteś kibicem?

W moim mniemaniu tak.

Jak to?

Niektórzy, ci ortodoksyjni, powiedzą, że groundhopping nie może łączyć się z byciem kibicem, bo jak to tak – mieć swoją drużynę, a na pozostałych meczach przeżywać bramki innych zespołów? Ja jestem bardziej staroświecki, preferuję brytyjski styl kibicowania.

To znaczy?

Mam swoją drużynę, ale mogę oglądać inną. I to w niczym nie wadzi.

Ilu jest groundhopperów?

Nie jesteśmy w żaden sposób oficjalnie zrzeszeni, mamy jedynie ogólnopolską grupę na Facebooku. Należy do niej kilkadziesiąt osób, ale nie są to wszyscy groundhopperzy, nie znamy wszystkich. Grupa zebrała po prostu znajomych. Wzajemnie pomagamy sobie w podróżach i planowaniu kolejnych meczów.

Wiem, że dokumentujesz swoje mecze. Powiedz o tym, jak to robisz.

Na każdym meczu robię zdjęcia, obowiązkowo. Używam telefonu, nie mam lustrzanki. Te zdjęcia wraz z napisanym przeze mnie opisem wstawiam do sieci, na Instagram.

Dziennikarstwo sportowe?

Kronikarstwo. Tak, czuję się kronikarzem. Lubię po prostu takie rzeczy zbierać, kolekcjonować. Zdjęcia, opisy, bilety, szaliki, drużyny, mecze, spotkania, wspomniane absurdy lig niższych. Te pierwsze zbieram w folderach, które stworzyłem na dysku twardym. Dla każdego meczu osobny folder. Stworzyłem również mapę swoich podróży, na której zaznaczam odwiedzone stadiony z odpowiednią adnotacją oraz linkiem do relacji.

Odzew od ludzi?

Jest. Nie tylko od znajomych podzielających moją pasję, ale też z „góry”. Ja i spora liczba osób zaangażowanych została zauważona i nagrodzona podziękowaniami od PZPN-u za „szerzenie kultury sportu”, głównie tego amatorskiego.

Twój cel, marzenie?

Być na meczu, na którym jestem jedynym widzem na trybunach. Tylko ja, zawodnicy, sztab trenerski, sędziowie i ewentualnie ratownik medyczny. Póki co najmniejsza frekwencja, z jaką się zetknąłem to 8 osób. Sparing odbywał się w Łomiankach zimą, przy temperaturze -11°C. To była najniższa, przy jakiej oglądałem mecz.

A najwyższa?

Wydaje mi się, że to był mój drugi mecz w obecnym sezonie, czyli sierpień 2018. Temperatura na bocznym boisku warszawskiego Drukarza, „Wembley”, wynosiła ponad 32°C.

Jak wygląda Twój groundhopping za granicą?

Zawsze byłem typem turysty gardzącym długimi wycieczkami z przewodnikiem oraz głównymi trasami. Wolę być z lokalsami, przebywać wśród nich, poczuć ich klimat. Każdy wyjazd planuję pod kątem meczowym. I jest to świetne, bo mam wtedy jakiś cel, który motywuje mnie do kursowania po obcym mieście i odkrywania go.

Twoje ulubione miejsce w Polsce i za granicą?

W Polsce, niecałe 100 kilometrów na północ od Warszawy znajduje się Unieck. Widziałem tam mecz Jutrzenki Unieck z Rzekunianką Rzekuń w ciechanowsko-ostrołęckiej A Klasie. Gdy przyjechałem na miejsce, zobaczyłem to, o czym zawsze marzyłem. Skromny stadion, prawie że kartoflisko z niewyobrażalnie nierówną płytą. Służbami porządkowymi byli miejscowi rolnicy. Gdy na początku meczu rozmawiałem z nimi i dowiedzieli się, że studiuję dziennikarstwo, zostałem praktycznie otoczony, bo chcieli zamienić parę słów z „redaktorem z Warszawy”, tak mnie nazwali. Z kimś spoza najbliższej okolicy. A za granicą? Praga, 8 lutego trafiłem na stadion Dukli Praha na rubieżach miasta. Wchodzę na stadion, a tam w powietrzu unosi się woń smażonej kiełbasy, placków ziemniaczanych, wszędzie zimne piwo. Oglądałem mecz z widokiem na stolicę nocą, ponieważ stadion ze stromą trybuną główną znajduje się na dość wysokim wzgórzu. Tego nie da się zapomnieć.

Czego na stadionie może doświadczyć dziennikarz?

Warto pójść na mecz dla klimatu i dla ludzi. Atmosfera na niższych ligach jest zupełnie inna niż na stadionach topowych, zagranicznych, na rozgrywkach Champions League. Tutaj pełno oryginałów (śmiech). To istny raj dla dziennikarzy i dla tych, których pasjonuje społeczeństwo. Z takiego meczu można zrobić reportaż, wywiad, dokument, zbiorową sylwetkę kibiców albo typowego kibica B Klasy, siedzącego sobie z piwkiem na trybunach w stanie nieważkości, bluzgającego na sędziów, czy dłubiącego tony słonecznika. Można w piękny sposób opisać, jak wygląda cały ten klimat. Jest też drugi świat. Na meczu oficjalnej szkółki FC Barcelony, Escoli Varsovia grającej w Centralnej Lidze Juniorów, widzimy młodzież z tak zwanych dobrych domów. Rodzice przyjechali drogimi samochodami, na trybunach siedzą więc matki, ojcowie i dziewczyny piłkarzy w równie drogich ubraniach. Na meczach poznamy cały przekrój społeczeństwa. To jest piękne.

Który z tych światów wolisz?

Pamiętam, jak w maju ubiegłego roku oglądałem mecz CLJ w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie tamtejszy Stilon podejmował Ruch Chorzów. Do stolicy lubuskiego przyjechali wtedy Ślązacy, prawdziwe Hanysy, młode dzieciaki, przeciwieństwo tego, co widziałem na meczu Escoli. Zamiast wymyślnych fryzur i kolorowych butów – skromność i piłkarska pokora. Gdy Ruch wygrał, bardzo cieszyli się z trzech zdobytych punktów. Zaczęli świętować jeszcze na środku boiska, by później fetę przenieść do szatni i tam puszczać śląskie szlagiery. Było przy tym sporo skromności i właśnie to mnie w nich urzekło. Pomyślałem, że to zwykłe chłopaki, bajtle, niektórzy pewnie z mniej zamożnych rodzin. Pójdę w stronę ludzi bliżej piłki nożnej. Piłki, którą stworzyli przecież ubodzy dla ubogich. Jeszcze w drugiej dekadzie XX wieku futbol traktowany był jako sport plebejski, robotniczy.

A jak z pokorą w niższych ligach?

To zależy, nie ma reguły. Radość jest ta sama. Dla kompletnego laika mistrzostwo ósmej ligi nie jest imponującym osiągnięciem, ale dla piłkarzy walczących przez wszystkie kolejki o każdy mecz, jest czymś wielkim. Wtedy cieszą się z tego w sposób naturalny, bowiem nie stoją za nimi pieniądze, menedżerzy, agenci, lecz czysta ambicja i wola walki. Kibice też są ważni, czasem jako część drużyny. Istnieją zespoły, na które chodzi garstka osób oraz takie, na które przychodzą tysiące. Wszystkich łączy miłość do sportu i wiara w zwycięstwo.

Dlaczego ludzie chodzą na mecze?

W mniejszych miejscowościach weekendowy mecz piłki nożnej często jest jedyną atrakcją. Nierzadko zdarza się, że w niedzielę po mszy parafianie przechodzą z kościoła na boisko, by tam spędzić następne dwie godziny w gronie przyjaciół i znajomych. Należy pamiętać, że na wsiach często wszyscy się znają, stąd można natknąć się na sytuacje, że po ostatnim gwizdku zawodnicy świętują w barze z kibicami, a więc swoimi sąsiadami. W mieście natomiast, tutaj podam przykład Warszawy, wspólnota najczęściej ogranicza się do dzielnicy albo do grupek kibiców z całego miasta. I tak albo kluby dzielnicowe gromadzą mieszkańców tejże dzielnicy, albo większe kluby grupki kibiców z różnych dzielnic. Nawet jeżeli nie chodzimy na mecze dla walorów sportowych, zawsze możemy chodzić dla samej atmosfery. Dla dopingu, kibiców, czy zwyczajnie dla naszego klubu.

Ostatnie słowo należy do Ciebie.

Wspierajcie lokalne kluby. Drużyny z waszego miasta, wsi, dzielnicy, gminy. Idźcie na ich mecz poznać klimat niższych lig i tam, na trybunie, zdzierajcie gardło, dopingując swoim. Piłka nożna to nie program telewizyjny czy gra na konsoli – to prawdziwy świat blisko nas pełen najczystszych emocji.

 


Kacper Sokołowski – warszawianin rocznik 97. Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Historyk oraz miłośnik sportu, w szczególności stołecznego. Groundhopper, fotograf-amator. Kolekcjoner szali, proporczyków, koszulek – słowem: wszystkiego co związane z piłką nożną. Dumny autor serii #SPORT na Instagramie, serwisie, na którym pod pseudonimem „Bikiniarz” dzieli się spostrzeżeniami z podróży po kraju i świecie. W 2019 roku ukończył wyzwanie Polskiego Związku Piłki Nożnej „100 meczów na 100-lecie PZPN”, oglądając na żywo 101 meczów.

Blog Kacpra na Instagramie

Zdjęcie wyróżniające: Jutrzenka Unieck –  Narew 1962 Ostrołęka 19. kolejka A Klasa; grupa Ciechanów-Ostrołęka 27.04.19. Fot. Kacper Sokołowski

Wpisy

Studentka dziennikarstwa i medioznawstwa, pochodząca z zachodniej Polski. Do kręgu jej zainteresowań należy fotografia – na zdjęciach uwiecznia naturę oraz ludzi w codziennych sytuacjach. Lubi przyglądać się społeczeństwu, a w kwestiach politycznych i światopoglądowych stara się szukać złotego środka. Żyje w przekonaniu, że to siatkówka jest sportem narodowym.