W pracowni mistrza


Gdyby pokazać komuś zdjęcia osiedla na ulicy Prokuratorskiej w Warszawie, mało kto zgadłby, że znajduje się ono w samym centrum miasta. Wąskie uliczki, dużo zieleni i przedwojenne domy tworzą miejsce prawdziwie z duszą. To właśnie tu znajduje się dom Ryszarda Kapuścińskiego – azyl, w którym mógł odpocząć od wojennej zawieruchy.

W tym domu jednak jedno pomieszczenie było i jest nadal wyjątkowe. To właśnie tam spędzał najwięcej czasu. To pracownia mistrza.

Gdzie ja będę pisać?                                                          

Kiedy państwo Kapuścińscy kupowali mieszkanie, Ryszard był nim zachwycony. „Zobacz. To wszystko jest nasze” – mówił do żony, gdy po raz pierwszy weszli do nowego domu. Jedyną wadę stanowił dla niego brak miejsca do pisania. Był co prawda strych, ale betonowa podłoga niski sufit i małe okna nie czyniły z niego szczególnie przyjaznego miejsca do pracy. Kiedy Ryszard wyjechał do Moskwy zbierać materiały do „Imperium”, Alicja postanowiła odremontować poddasze. Zatrudniła ekipę, która położyła drewnianą podłogę, powiększyła okna i ociepliła pomieszczenie. Był koniec lat 80., prawie niczego nie można było dostać w sklepach, dlatego zaangażowała do pomocy całą swoją rodzinę.

Kiedy Kapuściński wrócił do domu, żona od razu zaprowadziła go na strych. – Był pod wrażeniem tego, jak udało się go odremontować – opowiada Alicja Kapuścińska. Wtedy właśnie strych przestał być strychem, a stał się pracownią.


Pisarz musi znać się na wszystkim

Po wejściu do pracowni pierwsze, co rzuca się w oczy, to ogromna ilość książek, które stoją na półkach, podłodze i stołach. Kapuściński zawsze zaznaczał, jak ważne jest by dziennikarz dużo czytał. Mówił, że aby napisać jedną stronę, musi najpierw przeczytać wszystko, co do tej pory zostało na ten temat napisane. I to wielokrotnie, żeby wszystko, co ważne zaznaczyć i podkreślić. – Jako człowiek niezdolny, każdą książkę muszę czytać trzy razy – żartował.

Jego książki nie są poukładane byle jak – są posegregowane kategoriami: medioznawstwo, historia… Stosunkowo mała pracownia zmuszała go jednak, aby od czasu do czasu wprowadzać zmiany w wyglądzie biblioteki. Gdy skończył pisać „Heban” czy „Imperium”, wszystkie książki dotyczące Rosji i Afryki wylądowały w piwnicy.


Tak zwany „księgozbiór podręczny” dziennikarza stanowiły głównie słowniki. – Pana Ryszarda jako pisarza interesowało zawsze znaczenie, etymologia i historia słowa. Pisanie, to również wyszukiwanie słów, które można ożywić przywrócić, tak jak to uczynił w „Cesarzu” – opowiada Bożena Dudko, wieloletnia sekretarz Kapuścińskiego. Wśród klasycznych słowników znajdziemy też słownik przekleństw, gwary uczniowskiej czy gwary więziennej. – Pisarz musi znać się na wszystkim – śmieje się Bożena Dudko.


W zbiorze znajdują się oczywiście tysiące innych pozycji. Słowniki językowe, ponieważ języków obcych uczył się głównie sam, w domu. Poezja, w której doskonale się orientował. Potrafił znać poetów, których twórczość ukazywała się w nakładzie stu egzemplarzy. Po poezję sięgał też w chwilach kryzysu twórczego. Za plecami Ryszard miał książki filozoficzne – był praktykującym filozofem do końca życia.


Kapuściński przeczytał w swoim życiu tysiące książek, ale jego ulubioną pozostawały „Dzieje Herodota”: towarzyszyła mu w każdej podróży, mimo iż liczy ponad 500 stron.  Sentyment miał również do „Pana Tadeusza”. To jego zabierał ze sobą, gdy szedł do szpitala.



W pracowni bez zmian

Jeśli porównamy obecny wygląd pracowni z tym sprzed stycznia 2007r., dostrzeżemy , że prawie nic się tam nie zmieniło. Wszystkie przedmioty znajdują się w tym miejscu, w którym zostawił je Kapuściński. Na biurku nadal leży maszynopis Lapidarium VI, które miał dokończyć po powrocie ze szpitala. Obok leżą też książki, które miały posłużyć do jego napisania. Na stole stoi bardzo stary komputer, mający ponad 20 lat. Kapuściński używał go przede wszystkim do korespondencji, bo książki pisał na maszynie.

Pełno jest tam także najprzeróżniejszych pamiątek z podróży: na ścianach wiszą afrykańskie maski, a na półkach i parapecie roi się od glinianych naczyń, kamieni-amuletów i długopisów, które kolekcjonował. Każda, najmniejsza przestrzeń jest tu odpowiednio zagospodarowana: nie ma kawałka pustej ściany, gdyż wszędzie wiszą zdjęcia, albo ulubione cytaty reportera.


W drugim końcu pomieszczenia znajduje się mała kanapa, stolik i dwa fotele. Był to tak zwany kącik kawowy, w którym Kapuściński przyjmował gości. Zwykle jednak wolał się umawiać poza domem, ponieważ według niego spotkanie miało wtedy określony czas i trudno było się zasiedzieć. Kącik kawowy był częściej wykorzystywany, gdy był już ciężko chory.


Jedno w pracowni się zmieniło. Brak tam fikusa, który przypominał Kapuścińskiemu Afrykę. Za życia roślina doskonale się czuła w pracowni. Tylko od czasu do czasu traciła pojedynczy liść, który pan Ryszard przyczepiał szpilką do półki. Po śmierci Ryszarda powoli zaczęła obumierać, liście jeden po drugim zaczęły opadać. Ostatni, uschnięty listek wisi na półce do dziś.


Proszę mi nie przeszkadzać

Nikt nie mógł mu przeszkadzać, kiedy pisał. Przy telefonie zostawił żonie kartkę: „Jeżeli jestem w pracowni, nie odbieraj telefonów do mnie. Mów: on jest w pracy”. W pracowni nie miał telefonu. Jeżeli schodził na do salonu, żeby porozmawiać z kimś telefonicznie, musiało być to coś naprawdę pilnego.

Do pracowni nikt nie mógł zaglądać z zaskoczenia. Wyjątek stanowiła żona Kapuścińskiego. – Czasem zaglądałam na górę. Zdarzało mi się wtedy przeczytać fragment jego tekstu, a nawet „ośmielałam” się zasugerować jakieś poprawki. Ale ufał mi w tej kwestii, wiedział, że jestem córką polonistki – śmieje się pani Alicja.


Mam pierwsze zdanie, mam książkę

Pan Ryszard wstawał zwykle między 6.00 a 7.00. Po śniadaniu, jeżeli miał siłę szedł na spacer, ale o 8.00 musiał już zasiąść do pisania. Najbardziej twórczy był dla niego właśnie czas do pory obiadowej. Mawiał, że dobrze spędzony dzień, to pół strony napisanego tekstu. Wydawać by się mogło, że dla tak utalentowanego pisarza jest to niewiele, ale Kapuściński często przeżywał pisarskie kryzysy. – Pamiętam, jak pisał „Heban”. Mówił „Jak będę miał pierwsze zdanie, to już wiem, że mam książkę”. Zaszył się w pracowni na kilka godzin, a kiedy zszedł na kolację oznajmił: „Zacząłem pisać”. Potem wyjął kartkę z maszyny i przeczytał mi pierwszy akapit, który umiem powiedzieć z pamięci do dziś – wspomina pani Alicja. I recytuje:

Na początku rzuca się w oczy światło. Wszędzie światło, wszędzie jasność, wszędzie słońce. Jeszcze wczoraj ociekający deszczem, jesienny Londyn, ociekający deszczem samolot, zimny wiatr i ciemność. A dziś już wszyscy stoimy w słońcu.


Tak naprawdę cały czas pisał. Temu podporządkowane było całe życie Ryszarda Kapuścińskiego. – Czy nie chciał na chwilę od tego odpocząć? – pytam Bożeny Dudko. – Chyba nie. Pisanie było jego pracą, ale też ogromną miłością. Jak tu odpoczywać od miłości?


fot. Antoni Rokicki