Centrum Kapuścińskiego

To im Marta Szarejko zadedykowała swoją książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”. Ludziom, którzy uciekli ze swoich niewielkich, rodzinnych miejscowości i od wielu lat mieszkają w Warszawie. W Warszawie, której wciąż nie mogą nazwać domem.

 

Książka „Zaduch” powstała dzięki stypendium dla młodych dziennikarzy  im.  Ryszarda Kapuścińskiego (przyznawanego przez Fundację Herodot ), które autorka otrzymała w 2013 roku (fot. Paulina Komarowa) 

 

Szesnaście różnych historii, ale jeden wspólny mianownik – wyobcowanie. Właśnie to czują bohaterowie Szarejko. Trzydziestolatkowie, którzy nie mogą nazwać się warszawiakami, bo nie są związani emocjonalnie ze stolicą – nie tu się wychowywali. Ale też coraz mniej czują się związani z miejscowościami, z których pochodzą. Żyją w zawieszeniu pomiędzy dwiema rzeczywistościami: tą codzienną, warszawską, i tą „od święta” – prowincjonalną. Zakompleksieni, starają się za wszelką cenę nadrobić braki w wykształceniu, pozbyć się stygmatu osoby ze wsi. Z drugiej strony narzekają na „rdzennych” warszawiaków – że mało zaradni, że wszystko mają podane na tacy, że zblazowani.

 

Temat, którym zajęła się Szarejko, trudno nazwać oryginalnym. Już kilka lat temu przetoczyła się w mediach ożywiona dyskusja na temat „słoików”, nazywanych też przez niektórych „wekami”. W 2013 roku słoiki prawie stały się nowym, oficjalnym symbolem stolicy. Projekt neonów „Warszawskie Słoiki” wygrał w konkursie „Neon dla Warszawy”. Okazało się jednak, że autorzy neonowych weków kupowali głosy – ostatecznie więc pierwsze miejsce zajęła instalacja „Miło cię widzieć” – i to ona dumnie zawisła na moście Gdańskim. Lecz dyskusja na temat przyjezdnych nie skończyła się wraz z awanturą o neonowe słoiki. Bo przecież nie-warszawiacy wciąż istnieją i wciąż denerwują warszawiaków – bo smrodzą w autobusach jedzeniem, które przywożą z domów, bo w niedzielę szczękają walizkami na kółkach, bo są tanią siłą roboczą. Nic w tym jednak dziwnego, „słoiki” mogą pracować za psie pieniądze bo –  jak cytuje warszawiaków Edyta Gietka w swoim reportażu „Wnętrze Słoika” opublikowanym w „Polityce”: „matula napichci kapuchy, ziemorów wykopie, jajków od kurów zbierze i minimalna im starcza”.

 

Podczas spotkania autorskiego, które odbyło się w listopadzie w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie, Marta Szarejko mówiła o kompleksach młodych ludzi, którzy przyjeżdżają do Warszawy z małych miejscowości (fot. Paulina Komarowa) 

 

Szarejko postanowiła jednak spojrzeć na przyjezdnych innym okiem. A dokładnie – ich własnym. Szesnaście historii zawartych w książce „Zaduch”, która powstała dzięki stypendium z Fundacji Herodot, to zwierzenia wykształconych osób, które znalazły bądź starają się znaleźć swoje miejsce w Warszawie. Większość napisana jest w pierwszej osobie, a dodatkowo autorka pozostawiła styl wypowiedzi poszczególnych bohaterów, dzięki czemu „Zaduch” jest autentyczny, a Szarejko – prawie niewidoczna dla czytelnika. Autorka zmarginalizowała swoją rolę, oddając pierwsze miejsce bohaterom. Zabieg to pozornie łatwy, ale w praktyce bardzo ryzykowany, bowiem autor polega jedynie na swoim bohaterze i jego umiejętności opowiadania. Szarejko jednak nie poległa. Ma talent do wyszukiwania barwnych postaci i z ich wypowiedzi składa rozdziały niezwykle dynamiczne, a przez to ciekawe. Przykład? Choćby genialnie napisana historia „Łukasza od kościoła”, który z zawodu jest florystą i który opisał życie na wsi i w Warszawie z perspektywy osoby układającej wiązanki kwiatów. Bohater stwierdza: – Cmentarze w małych miasteczkach to jest koszmar. Kwiaty, które mają kolor seledynu i chyba świecą w nocy. Nagrobki też z różnych świecących materiałów w obrzydliwych kolorach. I zero drzew. Na cmentarzach wycina się drzewa. I wszyscy się cieszą, bo liście nie spadają na nagrobki i ich nie brudzą. Takie jest podejście.

 

„Zaduch” to swoista mozaika. Każdy rozdział opowiada o innym aspekcie życia „człowieka znikąd”: o wstydzie z powodu niewykształconych rodziców, o poczuciu winy z powodu pozostawienia rodziny, o tęsknocie za swoją miejscowością, o pragnieniu przynależenia do klasy średniej. Szarejko poprzez „szczegół” jednostkowej historii chciała ukazać problemy naszego współczesnego społeczeństwa: egoizm, brak empatii i akceptacji, patrzenie na drugiego wilkiem, ciągłe zachłystywanie się kapitalizmem i dążenie do wzbogacania się, które jest podyktowane nieustającą żądzą dorównania krajom zachodu Europy.

 

„Zaduch” jest książką przygnębiającą. Odziera z iluzji, że w Polsce łatwo jest zmienić klasę społeczną. Niestety – miastowy pozostanie miastowym, a przyjezdny to zawsze będzie „tylko” przyjezdny, który nigdzie nie będzie czuł się u siebie. Szarejko podjęła ponownie dyskusję nad pochodzeniem i kompleksami z nim związanymi. Popatrzyła jednak na ten problem świeższym okiem i na pewno bardziej empatycznym. Sama pochodzi bowiem z niewielkiej miejscowości, położonej przy granicy z  Obwodem Kaliningradzkim, przez co mogła z większym zrozumieniem podejść do historii swoich bohaterów. Z drugiej strony – jak często przyznaje w wywiadach – taka optyka mogła sprawić, że nie zawsze była w pełni obiektywna. W „Zaduchu” trudno jest jednak dopatrzyć się braku bezstronności. Książka jest autentyczna i dosadna. Jak podsumował ją Andrzej Muszyński: „samo życie”.

 

Aleksandra Zbróg

 

„Zaduch. Reportaże o obcości”
Autor: Marta Szarejko
Wydawnictwo: PWN

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu

1 comment

  1. pjekks says:

    Cze 2, 2017

    Odpowiedz

    2,5 tys. km. z Włoch do Bośni? gdzie, jak? nawet mierząc z Palermo przez Triest do Srebrenicy wychodzi mniej!

Name required

Website