Watch Docs czyli natrętna bieżączka

Nowy Folder - Watch Docs

 

Prawa człowieka w filmie to rzecz ważna. Tym bardziej boli, gdy realizacja nie dorasta do rangi poruszanych problemów.

 

WATCH DOCS  to w chwili obecnej jedna z dwóch największych na świecie imprez filmowych poświęconych prawom człowieka prezentujących filmy dokumentalne, w których zaangażowanie na rzecz praw jednostki łączy się ze sztuką filmową. Każdego roku na festiwalu pokazywanych jest blisko sto światowej klasy filmów, które w Polsce ogląda łącznie ponad 70.000 widzów – można przeczytać na stornie internetowej festiwalu. Nie ma co dyskutować z liczbami. Ale określenia takie jak sztuka czy światowej klasy filmy to co najmniej przesada, jeżeli nie nadużycie w stosunku do wielu dokumentów prezentowanych podczas festiwalu.

 

Spotkania z twoim wewnętrznym trockistowskim dzieckiem

 

 

 

Zacznę jednak od – muszę przyznać – przyzwoitej sekcji „Dyskretny urok propagandy”. Widziałem trzy z czterech zaprezentowanych w niej filmów i, mimo estetycznych zgrzytów, każdy z nich był interesujący merytorycznie lub konceptualnie. „Jugosławia, jak ideologia wprawiała w ruch nasze zbiorowe ciało” Marty Popivody w ciągu godziny zarysowuje historię upadku wielonarodowościowej i wielokulturowej Jugosławii, która rozpadła się, gdy zabrakło wielkiego wodza, jakim był Tito. Wydawałoby się, że jest to temat już wyeksploatowany, lecz masa znakomitych, archiwalnych zdjęć i sprawna reżyseria pozwalają oglądać film z przyjemnością. A sam temat wcale nie sprawia wrażenia wyświechtanego, bo nie chodzi tu o płynące z ekranu informacje, lecz nostalgiczny klimat, który udziela się widzom. Natomiast ledwie 21-minutowe „Spotkania z twoim wewnętrznym trockistowskim dzieckiem” Jima Finna to hipsterska ciekawostka – pastisz taśmy instruktażowej amerykańskich trockistów, pragnących zdobyć rząd dusz Amerykanów, utrzymany w estetyce VHS. Wśród publiczności śmiech mieszał się z konsternacją. Sam niezbyt się ubawiłem, ale doceniam oryginalny i konsekwentnie przeprowadzony koncept. Najciekawszym filmem sekcji wydał mi się jednak „Propaganda Kompanien, reporterzy III Rzeszy” w reżyserii Véronique Lhorme. Francuzka zebrała doskonale znane materiały archiwalne z czasów II wojny światowej i zmontowała z nich film o ludziach, którzy to wszystko kręcili – o wojskowych operatorach Kompanii Propagandowych III Rzeszy. Film przedstawia historie wspomnianych bohaterów, a także propagandowe zabiegi wykorzystywane w wojennych kronikach oraz filmach dokumentalnych. Przede wszystkim prowokuje jednak do stawiania pytań: jak bardzo wypaczony obraz wojny dostarczyli nam niemieccy kronikarze? oraz: czy jesteśmy w stanie oprzeć się ich zabiegom i na ile możemy zbliżyć się do prawdy? O ile jednak wraz z upływem czasu stara propaganda z dyskretnej stała się zdyskredytowaną, o tyle najnowsza propaganda ma się dobrze. I nie brakuje jej dyskrecji. W czasie festiwalu trafiłem na trzy filmy prezentowane w najbardziej prestiżowym konkursie głównym, których metody realizacji i oddziaływania na widza wzbudziły moje wątpliwości.

 

Dyskretny urok współczesnej propagandy

 

„Bóg kocha Ugandę” – film wyróżniony przez międzynarodowe jury, doceniony przez festiwalową publiczność, znajdujący się na oscarowej shortliście, a przy tym wszystkim tendencyjny. Taka sytuacja: do chrześcijańskiej Ugandy przybywają z Ameryki ultrakonserwatywni kaznodzieje, by chrystianizować ją jeszcze bardziej. Wieczorami klaszczą, śpiewają i wygłaszają płomienne mowy, a za dnia głoszą Słowo Boże na ulicach i zapuszczają się na odludne pustkowia, gdzie próbują przywrócić na łono wiary ostatnich niedowiarków. Pod przykrywką niesionej z uśmiechami na twarzach pomocy prowadzą jednak kampanię przeciw homoseksualizmowi, której ofiarą padł David Kato, ugandyjski działacz na rzecz praw mniejszości związany z ruchem LGBT i w efekcie której ugandyjski parlament rozważa zaostrzenie kar dla homoseksualistów, aż do kary śmierci włącznie. Świat jest czarno-biały, a jakby ktoś miał wątpliwości, kto jest dobry, a kto zły, to kilkakrotnie podpowiedzą mu to napisy, statystyki i wyraźnie światopoglądowo ukierunkowany lektor. Gorliwi kaznodzieje sprawiają wrażenie sekciarzy, ale nie brakuje chwytów jeszcze bardziej poniżej pasa. Gdy jeden z wypowiadających się w filmie pastorów stwierdza, że Uganda to kraj, którego mieszkańcy sami sobie wymierzają sprawiedliwość, reżyser ilustruje to scenami, w których młodzi chłopcy biją się gdzieś na uboczu. Nigdy nie byłem w Ameryce, może tam tego nie robią, a od razu chodzą do sądów i na policję. W każdym razie z czasów szkolnych pamiętam – być może dzisiaj już archaiczną formę pojedynku – solówkę. Jeszcze niedawno to się działo naprawdę, w Unii Europejskiej, w Polsce. I nie to, żebym chciał dyskredytować autora – Richarda Rossa Williamsa, pierwszego czarnoskórego laureata Oscara za reżyserię – ale czy homoseksualista, którego rodzina ma problemy z akceptacją jego orientacji i który pragnie walczyć o prawa mniejszości LGBT jest właściwą osobą, by realizować wspomniany film? Może i jest to argumentum ad personam, ale czy ultrakonserwatywny pastor, przeciwnik LGBT nakręciłby ten film podobnie? Wydaje się, że w takim przypadku należy zapomnieć nie tyle o obiektywizmie, ile choćby o dążeniu do niego. Film zawiera mnóstwo uogólnień. Przedstawia specyficznych i zapewne zbyt gorliwych misjonarzy – których swoją drogą nie zamierzam bronić czy usprawiedliwiać – w sposób powierzchowny i uproszczony. Jako bandę dzieciaków nieświadomych krzywd, które wyrządzają rdzennej ludności Ugandy. Wszystko sprowadza się do całkiem sprawnego grania na emocjach, dyskredytowania młodych kaznodziejów, którzy może i działają w dobrej wierze, ale – świadomie lub nie – są przyczyną wielkiego zła.

 

god-loves-uganda-620x348

 

Pachnie propagandą? To proponuję przyjrzeć się kolejnemu filmowi z konkursu głównego i oscarowej shortlisty, „Brudnym wojnom” w reżyserii Richarda Rowleya. Abstrahując już od tego, że jest on koszmarnie przegadany i przez bite półtorej godziny trzeba nieustannie czytać napisy, to przede wszystkim jest jeszcze bardziej czarno-biały od poprzednika. Narratorem jest Jeremy Scahill, autor książki „Brudne wojny”, w której wziął pod lupę metody i skalę prowadzonej przez Amerykanów globalnej wojny z terroryzmem. To niewątpliwie jedne z istotniejszych problemów dzisiejszego świata – zarówno walka z terroryzmem, jak i odczłowieczenie działań wojennych i możliwość zabijania ludzi z ogromnej odległości przy pomocy przycisku i joysticka, co czyni morderstwo abstrakcyjnym. Autora bardziej niż same metody wydaje się jednak oburzać odkrycie, że inwigilacja i likwidacja dotyczą również obywateli amerykańskich zaangażowanych w terroryzm. Szanownym twórcom chciałbym nieśmiało przypomnieć, że amerykańskie obywatelstwo nie czyni ich ludźmi lepszymi od innych. Zabijanie nie zmienia skali moralnego przewinienia ani jego rangi ze względu na kraj, z którego pochodzi ofiara. A używanie w tym celu dronów jest nieetyczne nie ze względu na to, przeciw komu się ich używa, lecz ze względu na to, że morderca nie ponosi już praktycznie żadnego ryzyka. Eliminuje przeciwnika w zaciszu wojskowej bazy, jakby to była gra komputerowa. Wróćmy jednak do filmu, chociaż raczej wypadałoby nazwać to czytanką (dla anglojęzycznych słuchowiskiem) ilustrowaną ruchomymi obrazkami. Mimo że słów pada wiele, to treści w nich mało. Odniosłem wrażenie, że przekaz tego niespełna półtoragodzinnego filmu dałoby się streścić w rozległym artykule prasowym, którego lektura kosztowałaby kilkanaście minut. Twórcy postanowili jednak nakręcić chaotyczny film, w którym te same tezy wracają kilkakrotnie – jak refren. A stylizowana na szpiegowską intrygę śpiewka intonującego z oburzeniem narratora i cała realizacja irytuje już po kilku minutach. Twórcy z uporem maniaka podkreślają, że ich film dotyczy nadużyć na wielką skalę – jakby widzowie sami nie byli w stanie tego zrozumieć.

 2809_Dirty Wars_01

 

Na domiar złego trafiłem jeszcze na „Ogień we krwi” Dylana Mohana Graya – film, który można streścić jednym, niezbyt odkrywczym zdaniem: koncerny farmaceutyczne są złe. A jakby ktoś nie wiedział, autor wyłuszczy mu to nie tyle dobitnie, ile wręcz nachalnie. W tym przypadku idzie o terapię antyretrowirusową, która znacznie przedłuża życie nosicieli wirusa HIV. W Indiach udało się wytworzyć trzydziestokrotnie tańszy odpowiednik lekarstwa produkowanego przez zachodnie koncerny. Te kwestionują jednak jego skuteczność oraz wiarygodność producentów, chociaż wydaje się, że robią to bardziej w obronie własnych interesów. Nie można kwestionować nadużyć zarówno koncernów farmaceutycznych przedstawionych w filmie, jak i innych, a problem zawyżania cen leków jest niewątpliwie istotny, lecz w „Ogniu we krwi” został potraktowany schematycznie i powierzchownie. Zamiast skupiać się na rzetelnym przedstawieniu możliwości tańszej walki z AIDS, autor idzie na wojnę z koncernami farmaceutycznymi. Poza tym, że zamienniki wyprodukowano z tych samych składników, nie dowiemy się za wiele o ich skuteczności. Obnażone zostaną za to mechanizmy rządzące zmonopolizowanym rynkiem farmaceutycznym, a ustawione w pozycji chłopców do bicia koncerny oczywiście nie odpowiedzą na zarzuty. Reżyser ustawi jednak pod pręgierzem nie tylko koncerny, lecz także obywateli wszystkich krajów globalnej północy, którzy nie sprzeciwiają się polityce czyniącej z mieszkańców globalnego południa ludzi drugiej kategorii. Problem „Ognia we krwi” polega na tym, że nawet jeśli śledztwo reżysera było rzetelne, a jego tezy są słuszne, to zostały przedstawione tak, jak w typowym filmie propagandowym. Lektor, umiejętnie wybrane statystyki oraz odpowiedni montaż dźwięku i obrazu mają silnie oddziaływać na emocje widzów. Rzecz w tym, że mechanizmy funkcjonowania koncernów farmaceutycznych nie są niczym nowym ani odkrywczym. Informacje zawarte w filmie często nie wykraczają poza to, co można znaleźć w prasie, na Wikipedii i pierwszych stronach, które wyskoczą po wpisaniu w google kilku haseł związanych z tematem. W efekcie powstał film dla zwolenników spiskowych teorii, którzy chcą słuchać właśnie tego, co autorzy zamierzają im opowiedzieć. Idą do kina po to, by potwierdzić swoją wizję świata, a nie dowiedzieć się o nim czegoś nowego. Po seansie są emocjonalnie wzburzeni i jeszcze bardziej pewni tego, co już wiedzieli – że koncerny farmaceutyczne to zło w czystej postaci. Być może takie filmy są potrzebne, tak samo jak być może potrzebne są tabloidy. Jedne i drugie łączą zarówno metody, którymi się posługują, jak i moja pogarda dla tych metod.

 

Fire in the blood_dir.Dylan Mohan Gray

 

Światełko w tunelu po polskiej stronie

 

Ale żeby nie wyjść na zoila, spróbuję niczym baron Münchhausen wyciągnąć się samemu za harcap z bagna krytyki i wspomnieć o paru perełkach, na które udało mi się trafić poza konkursem głównym. Zacznę od lśniącej najjaśniejszym blaskiem – „Wszystko jest możliwe” Lidii Dudy. Autorka przedstawia historię kobiety, która w wieku 70 lat zaczęła jeździć autostopem i, nie znając praktycznie żadnego języka obcego, zwiedziła kawał świata, a na dodatek wróciła do rodzinnego domu z młodszym o kilkadziesiąt lat kochankiem. Drugim bohaterem filmu jest mąż podróżniczki, który stawia czoła tej nietypowej sytuacji. W zamyśle dzieło o realizacji marzeń, na którą nigdy nie jest za późno, a w efekcie subtelny i poruszający obraz trudnej relacji dwojga ludzi, którzy spędzili ze sobą całe życie. „Wszystko będzie dobrze” różni od wcześniej opisanych filmów niemal wszystko. Przede wszystkim dokument Lidii Dudy został zrealizowany w estetyce kinowej, a nie telewizyjnej. Nie ma prowadzącego widzów za rękę lektora, szokujących statystyk ani wrogiej organizacji, z którą trzeba walczyć lub której należy się bać. Nie ma bohatera ani antybohatera zbiorowego. Zamiast tego są prawdziwi ludzie, z którymi wchodzimy w niemal intymną relację. Niedoskonali, ani czarni, ani biali; pełni uprzedzeń, poranieni przez los, niechętnie otwierający się przed kamerą i obcymi. Montaż nie sugeruje oceny. Czysta obserwacja przerzuca ten obowiązek na widza, któremu nikt nie wpaja żadnej tezy. Film skłania do myślenia, empatii i rozpatrywania sytuacji z różnych punktów widzenia, zamiast emocjonalnie wzburzać, by przyklasnąć poglądom twórców. Nikt nie traktuje tu widza jak idioty, lecz jak partnera. Autorka wnika w świat swoich bohaterów bardzo głęboko, dzięki czemu przełamuje schematy. Jednostkowa sytuacja urasta do rangi uniwersalnego problemu, co z miejsca stawia ten film wyżej niż prezentowane w konkursie głównym dokumenty interwencyjne, natrętnie wręcz zmierzające do zmiany świata w miejsce, jakim chcieliby go widzieć twórcy tych filmów.

 

Wszystko-jest-możliwe-reż.-Lidia-Duda-Polska-2013

 

Na uwagę zasługują również dwa inne, polskie dokumenty. „Matka 24h” Marcina Janosa Krawczyka to interesująca podróż przez kraj wraz z peregrynującą kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Cudowne dzieło gości w każdym domu tytułową dobę, w trakcie której mieszkańcy modlą się do Świętej Panienki w różnych intencjach. Przy okazji wędrówki z obrazem twórcom udało się uchwycić intrygujący obraz Polski i Polaków – zabawny, wzruszający, pełen nadziei lub obaw i sceptycyzmu. Różny w każdym domu, a dzięki tej różnorodności przekrojowy i intrygujący. „Matka 24h” to dowód na to, że nawet prosta obserwacja, pozbawiona nadmiaru słów, może okazać się fascynująca. Kolejnym interesującym filmem okazała się „Nasza klątwa” Tomasza Śliwińskiego. Reżyserowi i jego żonie Magdzie urodził się syn. Leo przyszedł na świat z rzadką chorobą, tak zwaną klątwą Ondyny. Nazwa wywodzi się od mitycznego niewiernego kochanka rusałki, który mógł oddychać tylko wtedy, gdy o tym pamiętał. W rzeczywistości chory przestaje oddychać, gdy zapada w sen. Film przeplata obserwacje pierwszych miesięcy życia chłopca z nietypową sesją terapeutyczną rodziców, którzy kilkakrotnie siadają na kanapie przed kamerą i rozmawiają o trudnej sytuacji. Próbują w ten sposób oswoić lęki i pogodzić się z losem, który spadł na nich i ich syna. Oryginalny pomysł i nietypowa forma pozwalają osiągnąć autentyczność, a wręcz wejść w intymną relację z bohaterami i razem z nimi stawiać czoła trudnej sytuacji. Film angażuje emocjonalnie i zostaje w pamięci na długo. Tym bardziej, że losy Lea można śledzić na prowadzonym przez rodziców blogu. W ten sposób film wykracza poza granice sali kinowej i przekształca się w formę reality show, które nie ma jednak znamion sztuczności ani nie narusza granic dobrego smaku.

 

Jak rozmawiać z widzem?

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że filmy należy oglądać życzliwie; że twórcy zazwyczaj mają dobre intencje i robią wszystko najlepiej, jak potrafią. Wiem też, że prezentowane na festiwalu filmy to wypadkowa poziomu nadesłanych dzieł oraz gustów selekcjonerów. Ale tabloidyzacja środków wyrazu budzi we mnie bunt, a oglądanie w kinie filmów zrealizowanych w estetyce telewizyjnej sprawia mi niemal fizyczny ból. Nie widziałem ani filmu zwycięskiego („Za kratami nie nosimy burek”), ani zdobywcy nagrody publiczności („Strefa bezpieczeństwa: pola śmierci Sri Lanki”), ale żywię przekonanie, że były to dzieła co najmniej dobre. Trafiłem jednak na kilka seansów, podczas których odniosłem wrażenie, że twórcy usiłują mnie zmanipulować; przedstawić swoją tezę w takim świetle, bym przyjął ją bez choćby słowa sprzeciwu. Czułem się jak idiota, któremu narzuca się wizję świata, zamiast wejść z nim w dialog, zaproponować dyskusję. A dyskretny urok współczesnej propagandy polega na tym, że wielu widzów łyka to wszystko jak stadko młodych pelikanów i daje się namówić do zmieniania wizji świata w sposób, który narzucają im autorzy filmów. W każdym razie tak interpretuję brawa, które rozlegały się w czasie napisów końcowych.

 

Encounters with your Inner Trotsky Child_dir.Jim Fin watch_docs-normal

 

Wydaje się, że warto zaostrzyć kryteria selekcji, by istotne problemy, o których chcą rozmawiać organizatorzy festiwalu, wzbudzały rezonans społeczny. Sami dokumentaliści stają natomiast przed wyzwaniem – w jaki sposób i przy pomocy jakich środków wyrazu opowiadać o problemach globalnych, by nie tracić wiarygodności, a jednocześnie wzbudzać zainteresowanie widzów? Na szczęście jest światełko w tunelu. Są jeszcze twórcy, którzy stawiają pytania, skłaniają do refleksji i zapraszają do rozmowy z filmem, a w jej efekcie do samodzielnego rozbudowywania własnego obrazu świata. To cenne, nawet jeżeli opowiadają historie jednostkowe, które nie dotyczą kwestii ważnych dla całej planety oraz jej mieszkańców. Cieszy to tym bardziej, że wspomniane światełko tli się po polskiej stronie.

 

 

Bartosz Wróblewski