Nasz straszny świat

[spider_facebook id=”2″]

 

Już pierwszego dnia 14. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego WATCH DOCS napięcie na kinowej sali sięgało zenitu. A to za sprawą „Web Junkie” – dokumentu, którego temat nie przestaje być aktualny od lat. Jego bohaterami są chińscy nastolatkowie uzależnieni od internetu. Jednak tym, co ich różni od milionów rówieśników o podobnej słabości jest to, że przebywają w ośrodkach odwykowych. Ośrodkach, w których dyscyplina jest – jak przystało na jednostki wojskowe – bardziej niż surowa.

 

Większość z zamkniętych tam osób to kilkunastoletni chłopcy. Ich historie są zwykle podobne – w pewnym momencie gry internetowe stały się dla nich najważniejsze w życiu. Ze śmiechem licytują się, który z nich dłużej pozostawał online. Rekordziści liczą ten czas w tygodniach, opowiadają, że ucinali sobie tylko drzemki, a po przebudzeniu wracali do gry. Do ośrodków zostali zwabieni podstępem – rodzice obiecywali atrakcyjny wypoczynek w górach albo po prostu podawali im środki nasenne i przywozili.

 

Po seansie jedna z reżyserek, Shosh Shlam, spotkała się ze wstrząśniętą publicznością. Przyznała, że ona i Hilla Medalia, druga reżyserka, otrzymały pozwolenie na nakręcenie filmy pod jednym warunkiem – nie zostanie on pokazany w Chinach. W ośrodku spędziły kilka tygodni – tyle, ile zamykane tam dzieci. – One nie traktowały nas wrogo – opowiadała. – Wiedziały, że nie jesteśmy lekarzami, terapeutami czy opiekunami. Dlatego współpracowały.

 

ShoshShlam (1)„Web Junkie” brał udział w konkursie na najlepszy zagraniczny film dokumentalny festiwalu  Sundance 2014. Na zdjęciu Shosh Shlam podczas Watch Docs (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Najtrudniejsze w realizacji filmu było uzyskanie zgody rodziców. Dlatego na pierwszy plan wysuwa się trzech bohaterów: Nicky, Hope i Hacker. Skupienie na nich sprawia złudne wrażenie, że w ośrodku nie ma dziewcząt. – Niestety, rodzice żadnej z nich nie wyrazili zgody – mówiła Shlam. – A jest ich sporo i w większości są uzależnione od gier, w których liczy się liczba poderwanych chłopaków.

 

W „Web Junkie” zderzają się dwie rzeczywistości – a nie chodzi bynajmniej o świat realny i świat gier. Z jednej strony to długie rozmowy z uzależnionymi i ich rodzicami oraz terapie w grupach. Z drugiej – rzeczywistość zza zakratowanych okien, wojskowa dyscyplina, spartańskie warunki i codzienność urozmaicona jedynie nudnymi wykładami lub czytaniem podręczników „Jak stać się lepszym”.

 

 

Chyba najbardziej intrygującym bohaterem tegorocznego festiwalu był Israel Ticas, tytułowy „Inżynier” z dokumentu Juana Pasarellego i Mathew Charlesa. Bo Israel Ticas to postać wyjątkowa – nie tylko ze względu na ogromną otwartość wobec ludzi, ale i za sprawą zawodu, który wykonuje. Jest bowiem jedynym kryminologiem w Salwadorze. Zajmuje się odszukiwaniem ciał ofiar morderstw – w większości popełnianych przez terroryzujące kraj wrogie gangi.

 JuanPasarelli (2)– Uwielbiam tego faceta – mówił o bohaterze swojego dokumentu Juan Pasarelli na spotkaniu z widzami festiwalu (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Do gangów należą głównie chłopcy i młodzi mężczyźni. Dołączają tam już w wieku kilkunastu lat. Aby przejść inicjację, muszą zabić członka innej bandy. Później idzie jak z płatka, a nagrodą za każde kolejne morderstwo jest tatuaż. Ofiarami takich grup padają również zwykli ludzie, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, na przykład byli świadkami pochówku. Zwłoki zakopywane są w lesie lub za miastem, a rodziny zmarłych miesiącami wyczekują na powrót bliskich. Zadaniem Ticasa jest dotarcie do tych ciał. Kamera pokazuje go w środowisku pracy, a twórcy nie zakrywają obiektywu, gdy inżynier odnajduje zmasakrowane zwłoki . Ticas stosuje metody nie zawsze aprobowane przez innych specjalistów. Stara się niczego nie naruszyć, bo poza, w której zostawiono ciało, może być dodatkową poszlaką. „Umieranie to sztuka” – twierdzi. Jednak równie często musi się mierzyć też z żywymi – zrozpaczonymi rodzinami rozdartymi pomiędzy chęcią odnalezienia ciała i zakończenia koszmaru a nadzieją, że bliski jeszcze żyje.

 

– Uwielbiam tego faceta – mówił Juan Pasarelli na spotkaniu z widzami po projekcji filmu w pierwszą niedzielę festiwalu. – To ten typ człowieka, do którego dzwonisz i mówisz „Chciałbym nakręcić o panu film”, a on na to opowiada „Jasne, za ile będziesz?”. Pasarelli opowiadał zarówno o pracy nad filmem, jak i sytuacji w Salwadorze. – Podczas kręcenia nie odczuwaliśmy emocji – patrzyliśmy tylko w mały ekran w kamerze, zajmowaliśmy się technicznymi szczegółami. Dopiero zebrany materiał zrobił na nas ogromne wrażenie. To było tak przerażające, że cztery miesiące zbieraliśmy się do montażu.

 

Reżyser zaszokował słuchaczy, mówiąc, że większość członków gangu to – jak zresztą niemal cała salwadorska społeczność – głęboko wierzący katolicy. Opowiadał też o rozejmie, który w ostatnich latach, w obecności mediatorów, zawarły bandy. Obecnie sytuacja wraca jednak do poprzedniego stanu. Wskutek wojny gangów dziennie ginie średnio 12 osób – to tylko o dwie mniej niż przed zawieszeniem broni. Ticas obawia się tylko, że kiedyś członkowie tych grup (których stanowisko wobec niego jest dwojakie: nienawidzą go, ale jednocześni są wdzięczni, gdy znajduje zwłoki gangsterskich pobratymców) mogą chcieć się na nim zemścić, na przykład krzywdząc jego rodzinę. Pasarelli twierdzi, że to nie inżynier jest w największym niebezpieczeństwie. Ofiarą może paść każdy, ale w najgorszym położeniu są policjanci.

 

 

Wśród konkursowych propozycji pojawiły się również takie tytuły jak „Powrót do Homs”, „Wyrok na Węgrzech” czy „Schron”. Ich twórcy zwrócili uwagę na okrucieństwo wojny, nienawiść rasową czy problem praw uchodźców w bogatym europejskim kraju.

 

Rewelacyjnym polskim akcentem na tegorocznym festiwalu był nowy film Pawła Łozińskiego „Werka”. Początkowo miał być dokumentem o pracownicach fabryki zapałek, ale szybko okazało się, że zebranie do niego materiału nie będzie możliwe. Właśnie wśród pracownic fabryki reżyser poznał jednak Edytę. Jej intrygującą historię opowiedział w filmie.

 Łoziński (2)– Już po pierwszej rozmowie z Edytą wiedziałem, że chcę o niej zrobić film – mówił podczas Watch Docs Paweł Łoziński (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Tytułowa Werka to siedmioletnia dziewczynka – urocza blondyneczka z warkoczykami. Upośledzona umysłowo, niesłysząca i niewidoma, ale kochana z całego serca przez Edytę, zastępczą matkę. Edyta to pogodna, roześmiana osoba. Nic nie wskazuje na to, że jeszcze kilka lat temu ogromną rolę w jej życiu odgrywał alkohol, a ona sama była awanturniczką, która nie miała oporów, by podnieść rękę na męża. Pewnego dnia – jak twierdzi – doznała objawienia, głęboko uwierzyła w Boga i z dnia na dzień przestała pić. Wtedy również zaczęła być wolontariuszką w ośrodku opiekuńczym dla dzieci. Tam poznała Weronikę. – Już po pierwszej rozmowie z Edytą wiedziałem, że chcę o niej zrobić film – mówił Paweł Łoziński. – Mimo że moment przemiany bohaterki, chyba najbardziej interesujący dla dokumentalisty, przegapiłem.

 

Edyta nie zdradza szczegółów ani choroby Werki, ani swojej przeszłości. To film o nich – o ich tu i teraz. Wyjątkowa miłość niepełnosprawnej dziewczynki i jej adopcyjnych rodziców jest piękna, ale i w tej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu. Niezależnie od tego, jak bardzo chora jest Werka, jedyna zapomoga państwa dla niej i jej rodziny, to niecałe 160 zł. Dla Edyty, której serce przepełnia miłość najlepszym, rozwiązaniem byłoby założenie rodzinnego domu dziecka, ale na to szanse są marne.

 

 

Niezależnie od poziomu profesjonalizmu zdjęć i zaawansowania urządzeń do rejestracji obrazu, filmy – tak zróżnicowanie tematycznie – doskonale wpasowały się w konwencję festiwalu. WatchDocs otwiera oczy i uświadamia, jak na świecie łamane są prawa człowieka. Uświadamia brutalnie i nie szczędzi wstrząsających obrazów, ale to właśnie przez to tak inspiruje i zmusza do refleksji.

 

Aleksandra Kopeć