/

Wcale nie taka „Great” Britain

„Podziwiam Polski rząd w tym momencie. Chciałabym, żeby Wielka Brytania wzięła przykład z innych państw” – pisze do mnie któregoś dnia koleżanka Yulia, która pochodzi z Polski, ale od pięciu lat mieszka w Londynie. Rzeczywiście, podczas gdy Polska i inne kraje Unii zamykają co się da, Wielka Brytania zdecydowała się… nie robić nic. Nie informowali obywateli o skali zagrożenia i nie nakazywali zamykania placówek ani granic. Czy taka strategia to całkowite szaleństwo? 

 

O co właściwie chodzi w „planie brytyjskim”?

 

13 marca Chris Whitty (szanowany brytyjski lekarz i epidemiolog) przedstawił czarny scenariusz rządu brytyjskiego, który zakłada zarażenie 80% Brytyjczyków i śmierć 1%. Oznacza to 52,8 miliona infekcji i śmierć około 500 tysięcy osób. Boris Johnson, premier Wielkiej Brytanii, komentuje to słowami „Muszę przekazać ludziom, że wiele rodzin straci swoich bliskich”. O co tu w ogóle chodzi?

„Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” twierdzi Yulia. A w tym wypadku, nawet o całą górę pieniędzy. Każdy wie, że radykalna i profilaktyczna reakcja Polski będzie miała srogie skutki gospodarcze. Bo gospodarka to gigantyczny organizm, którego nie jesteśmy w stanie kontrolować, ze względu na liczbę procesów, jakie w nim zachodzą. Jednak organizm ma to do siebie, że gdy jeden narząd się psuje, w jego ślady powoli idą kolejne. Tak więc w momencie, gdy w Polsce zamykamy tak wiele instytucji naraz, psujemy ogromną liczbę narządów. Przykładowo, dzieci rezygnują z zajęć dodatkowych, nauczycielka nie ma z czego opłacić salki więc rozwiązuje umowę, właściciele salki tracą klientów i nie mają z czego opłacać swoich potrzeb i tak dalej. Brzmi błaho, ale w tej chwili w polskiej gospodarce zachodzą miliardy takich procesów na wszystkich szczeblach. Jaki jest więc plan brytyjski? Nie zamykamy niczego, żeby nie doprowadzić do gwałtownej recesji, która, zdaniem brytyjskich ekspertów, może mieć dużo poważniejsze skutki, niż obecna pandemia. Poza tym, według ich przewidywań, punkt kulminacyjny pandemii będzie miał miejsce dopiero za około 14 tygodni, a zamknięcie wszystkich instytucji na tak długi okres byłoby zbyt destrukcyjne. Czekali więc do ostatniej chwili. Zarażenie odpowiedniej ilości społeczeństwa, czyli tzw. „odporność stadna” może też zahamować ogólny rozwój infekcji na danym obszarze. Chciałabym wierzyć, że tak właśnie będzie.

Działania jakie podejmuje w tej chwili Polska (w przewidywaniach lekarzy od chorób zakaźnych) zdecydowanie zmniejszają liczbę chorych i ofiar, jednak rozkładają zwalczenie epidemii na wiele miesięcy.

[źródło: BBC News] Jak środki kontrolne mogą zatrzymać rozprzestrzenianie się wirusa w Wielkiej Brytanii

Przy tak radykalnych działaniach możemy więc spodziewać się „całkowitego zapanowania” nad wirusem dopiero na jesień/zimę, natomiast Wielka Brytania na lato. Dlaczego? W tej chwili liczba chorych w Polsce wzrasta w sposób kontrolowany i jest znacznie mniejsza. Jednak, gdy Polacy wrócą do szkół/pracy (a w końcu będą musieli wrócić), ponownie zaczną zarażać, tylko na mniejszą skalę. W Wielkiej Brytanii jest i będzie to nagłe uderzenie i szybki wzrost, ale też szybki spadek. Plan może nie jest szalony, ale bardzo ryzykowny i zdecydowanie za mało podkreślany jest jego najstraszniejszy skutek, czyli ofiary śmiertelne, których będą setki tysięcy. Nie mówiąc już o ogromnej liczbie chorych, z którą brytyjska służba zdrowia sobie nie poradzi. Polacy siedząc w tej chwili w domach zyskują bardzo ważną rzecz: czas. Ale nie swój czas wolny, tylko czas dla lekarzy, czyli taką liczbę zakażonych na dzień, którą medycy są w stanie wyleczyć, biorąc pod uwagę ograniczone zasoby sprzętowe. W Wielkiej Brytanii liczba zgonów i zarażeń z każdym dniem rośnie ze zdwojoną siłą i będzie rosła nadal, bo infekcja coraz bardziej się rozprzestrzenia. Brytyjski plan może doprowadzić do tego, że trzeba będzie wybierać kogo warto leczyć, a kogo nie. Respiratory w końcu nie rosną na drzewach i zapewne taki wzrost infekcji w krótkim czasie doprowadzi do sytuacji, którą możemy obserwować we Włoszech. Leczeni będą tylko Ci „wartościowi” dla rynku pracy, a starsi pozostawieni na śmierć w wyniku uduszenia. Zdaniem Chrisa Witty’ego, przyspieszenie punktu kulminacyjnego pandemii w UK jest też słuszne dlatego, że zimą znacznie wzrasta liczba chorych, więc NHS (Narodowy system zdrowia Wielkiej Brytanii) może nie podołać wyleczeniu wszystkich. Inna sprawa jest taka, że mamy szczątkowe informacje o SARS-CoV-2. Nie wiemy czy jest to wirus sezonowy, całoroczny czy jednorazowy. Nie wiemy też jakie będą jego długotrwałe skutki dla zakażonego organizmu lub czy nie zmutuje. Z tego względu gramy trochę w ruletkę, bo każdy plan niesie ze sobą ogromne ryzyko i przy założeniu, że zdajemy się w dużej mierze na intuicje i przewidywania, podstawowym celem powinna być ochrona jak największej liczby ludzi.

 

Czy społeczeństwo brytyjskie wie z czym się mierzy?

 

Rząd celowo nie wprowadzał żadnego apokaliptycznego nastroju, a jedynie informował o zaleceniach, takich jak mycie rąk czy unikanie miejsc publicznych. 16 marca BBC News opublikowało film, w którym Boris Johnson wydaje „nowe decyzje” dotyczące profilaktyki w walce z koronawirusem. „Musimy pójść dalej” – mówi. I wcale nie poszli dalej, tylko przypomnieli o myciu rąk, zalecili unikania barów i rezygnację z wyjazdów zagranicznych, jeśli to możliwe. A, no i jeśli ktoś miał objawy, to na dwa tygodnie miał zostać w domu. Czy społeczeństwo brytyjskie stosuje się do tych zaleceń? 

 

„Do tej pory, to, tak ogólnie mówiąc, Brytyjczycy mieli to gdzieś. Dopiero od ostatnich 2-3 dni zaczęli to traktować poważniej, bo widzą co się dzieje w innych krajach np. we Włoszech. A tutaj rząd nadal nic nie robi.” – mówi Yulia. Była naocznym świadkiem tego, jak bagatelizowany był problem w Anglii. Prawdę mówiąc, to kilkanaście dni temu, jeśli ktoś nie czytał na bieżąco informacji ze świata, mógł nawet nie wiedzieć o istnieniu pandemii. Od kilku dni odwoływana jest jednak część wydarzeń, a niektóre instytucje buntują się i zamykają placówki na własną rękę. „Bunt jest chociażby widoczny na Regent St., gdzie połowa sklepów jest już zamknięta, tylko ze względu na decyzje dyrektorów. Jest znacznie mniej osób na ulicach. Czytałam wczoraj, że o 20% spadło użycie samego metra, w porównaniu do zeszłego roku o tej porze. A „Transport for London” (cała firma zajmująca się komunikacją miejską w Londynie) szacuje straty na około 500 milionów funtów”. Sytuacja zmieniła się też na Uniwersytetach. Niektóre dotychczas przesyłały studentom nowinki w postaci maila z informacją, ile osób na Kampusie zostało zarażonych danego dnia. Potem starali się ograniczyć zajęcia, zalecali studentom pozostanie w domu z rodziną. Ostatecznie decyzją rządu, 20 marca wszystkie zostały oficjalnie zamknięte. Dobre i to, chociaż szkoda, że tak późno. 18 marca SkyNews opublikowało artykuł, w którym mowa o planach dodrukowania banknotów przez banki, co, jak wiadomo, w znaczny sposób osłabia wartość pieniądza i gospodarkę. Niezły plan Boris! 

Wszystkie fotografie Londynu wykonała Patrycja Rembiszewska, studentka Fotografii w Warszawskiej Szkole Filmowej i moja wieloletnia przyjaciółka.

Wpisy

Studentka polonistyki na UW, miłośniczka literatury pięknej i ogromna entuzjastka kultury. Jej feministycznym marzeniem jest wychowywanie młodych dziewczyn na pewne siebie kobiety poprzez pisanie.
Sekretarz magazynu „Nowy Folder”. Zajmuje się nowym działem „Newsletter kulturalny”.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.