Wielkie kino na małym ekranie


Netflix, który przyzwyczaił nas do lekkich i schematycznych produkcji, tym razem zaprasza nas do prawdziwej filmowej uczty. „Roma” Alfonsa Cuaróna trafiła nie tylko na platformę, ale również do wybranych kin. Film zdobył Złotego Lwa w Wenecji i Złoty Glob za najlepszy film nieanglojęzyczny, a nieoficjalnie jest uznawany za jednego z faworytów do Oscarów.


Oscarowe nadzieje przypisywane tej produkcji wcale nie wydają się być na wyrost, bowiem Cuarón już trzykrotnie był nominowany przez Akademię, a w 2014 r. otrzymał Oscara za reżyserię i montaż do „Grawitacji”. Tym razem postanowił, po raz pierwszy od 17 lat, nakręcić film w swojej ojczyźnie – Meksyku, i to pełniąc przy nim rolę reżysera, scenarzysty, operatora i montażysty.

My, kobiety, zawsze jesteśmy same

„Roma” jest uznawana za dzieło po części autobiograficzne, w którym Cuarón powraca do lat swojego dzieciństwa, czyli do początku lat 70. Jako miejsce akcji wybiera Romę, dzielnicę w Mexico City, zamieszkiwaną przez klasę średnią. To właśnie tam mieszka Sofia, matka czwórki dzieci, z nieustannie nieobecnym mężem oraz dwójką młodych służących z indiańskiego ludu Misteków: Adelą i Cleo. Losy tej ostatniej śledzimy podczas filmu, w pewnym odniesieniu do życia Sofii, z którą Cleo jest mimowolnie związana. Kobiety na pierwszy rzut oka dzieli dosłownie wszystko: pochodzenie, status, wiek, język, charakter. Jednak z każdą kolejną sceną różnice te tracą na znaczeniu wobec wspólnego doświadczenia – porzucenia ze strony ukochanego. „Roma” staje się zatem hołdem złożonym kobiecej solidarności, a jednocześnie gorzkim obrazem bestialskiego świata mężczyzn, którym nie można zaufać. 

Gwiazda z ulicy

Cuarón odwzorowuje ówczesne czasy, pokazując trzęsienie ziemi czy masakrę Corpus Christi, jako tło dla głównego wątku. Jednak te obrazy są widziane okiem kamery ledwie chwilę, jakby zupełnie przez przypadek weszły w kadr. Z kolei z pozoru błahym czynnościom poświęcane jest znacznie więcej uwagi. Na przykład scena wjazdu przez bramę i parkowania samochodu przez męża Sofii trwa kilka minut, a sam ikoniczny Ford Galaxy to nic innego jak przerośnięte męskie ego, które nie znajduje sobie miejsca w domowym zaciszu. Symboliczny odbiór scen pojawia się w sposób naturalny, nieprzerysowany. Bardzo przekonujący są również aktorzy, szczególnie odgrywająca główną rolę Yalitza Aparicio, która podobno przypadkowo znalazła się wśród osób biorących udział w castingu, gdzie została wypatrzona przez Cuaróna. Poza Mariną de Tavira, filmową Sofią, w „Romie” zagrały właściwie wyłącznie osoby bez żadnego dorobku aktorskiego, co paradoksalnie powoduje dużą naturalność wykreowanych przez nie postaci.

Czarno-białe arcydzieło

Jeszcze zanim film na dobre się zacznie, już sama pierwsza scena przywołuje na myśl „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. Kolejne minuty filmu pokazują, że podobieństwa nie kończą się na czarno-białej kolorystyce scen. Oszczędność środków audiowizualnych, długie statyczne ujęcia, szerokie panoramy z jednoczesną dbałością o detale. Cuarón celebruje każdą czynność i sprawia, że nawet sceny mycia posadzki, oglądania telewizji czy gaszenia świateł nabierają wyjątkowego charakteru. Jednocześnie te ujęcia kontrastują z obrazami dynamicznymi, niejednokrotnie tragicznymi, choć niezmiennie nakręconymi ze spokojem i prostotą. Pomimo tej surowości Cuarón tworzy dzieło niezwykle emocjonalne. Mi podczas seansu nie zabrakło ani chwil rozbawienia, ani momentów cichego wypłakiwania się w poduszkę. A to wzruszenie nie chciało mnie opuścić jeszcze długo po obejrzeniu filmu.

Wielka siódemka?

Podczas gdy Warner Bros, Walt Disney, Universal Pictures, 20th Century Fox, Sony Columbia i Paramount Pictures tną budżety, Netflix w najbliższym czasie chce przeznaczyć miliardy dolarów na produkcję filmów. W najbliższym roku wśród nazwisk produkcji wytwórni znajdziemy chociażby Meryl Streep i Bena Afflecka. „Roma” Cuaróna to w moim przekonaniu kamień milowy i zapowiedź dalszego rozwoju „Netflixa” w stronę znacznie ambitniejszych produkcji. Czy to zwiastuje zmianę w dobrym kierunku? Z pewnością. Jednak czy „Roma” zachwyci każdego? Raczej nie. Oddany fan hollywoodzkich produkcji może momentami czuć znudzenie, czy nawet rozdrażnienie kontemplacyjnymi scenami i wolnym tempem akcji. Jednak dla miłośników niszowego kina „Roma” będzie strzałem w dziesiątkę. Nie pozostaje więc nic innego jak zasiąść przed małym (lub dużym) ekranem i już niedługo śledzić oscarową galę.

„Roma”
Reżyseria: Alfonso Cuarón
Produkcja: Meksyk/USA 2018