Wiesław Łuka: Tylko grafomani sypią tekstami z rękawa

[spider_facebook id=”2″]

 

O zbrodni w Połańcu, potrzebie pisania i reporterskm warsztacie z Wiesławem Łuką, dziennikarzem, reporterem oraz wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim rozmawiała Aleksandra Kopeć.

 

W książce „Fakt jest święty” pyta pan swoich rozmówców-reportażystów o początki przygody z tym gatunkiem. Odpowiadają różnię: niektórzy przeszli długą drogę, zanim zaczęli pisać reportaże, inni właśnie od nich zaczęli swoją przygodę z dziennikarstwem. Jak było w pana przypadku?

Wiesław Łuka: Od niemowlęctwa byłem bardzo ambitny. Czułem, że jestem średnio zdolny, ale nadrabiałem ambicją i żądzą widzenia swojego nazwiska w gazecie pod wydrukowanymi tekstami. Zauważyłem, że nie mam rozległej wiedzy, umiejętności analizy – nie potrafię wnikać głęboko w rzeczywistość. Nie mógłbym zostać dobrym publicystą. Byłem za to ciekaw świata, a przede wszystkim ludzi. W latach siedemdziesiątych trafiłem do tygodnika, który był znany jako kuźnia reporterów. Nazywał się „Walka Młodych”. Tam stawiałem pierwsze kroki. Pisałem wówczas również recenzje filmowe, przeprowadzałem wywiady, ale najbardziej pociągał mnie właśnie reportaż. Po kilku pierwszych tekstach moi redakcyjni koledzy, doświadczeni reporterzy – Jacek Snopkiewicz i Lech Borski – zauważyli, że jestem niezłym obserwatorem i dostrzegam sporo w otaczającej codzienności. Postanowiłem iść tą drogą.

 

IMG_8459

 Wiesław Łuka, fot. Bartosz Wróblewski

 

Najsłynniejszy w pana dorobku reportaż „Nie oświadczam się” dotyczy tragicznego wydarzenia – tzw. zbrodni połanieckiej i zmowy milczenia wokół niej. To był 1976 rok i wiele osób, w tym pracowników organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, było zdania, że do tego czasu nic bardziej dramatycznego w historii polskiej kryminalistyki nie odnotowano. Czy może pan przybliżyć tę historię?

To była tragedia obyczajowa, psychologiczna i prawna. Czterech zbrodniarzy zamordowało trzy osoby (właściwie cztery, bo jedna z nich była w ciąży). Ofiary mordu zostały podstępem wywołane z połanieckiego kościoła w noc wigilijną, podczas nabożeństwa pasterki. Młode małżeństwo i dwunastoletni brat ciężarnej kobiety stracili życie na oczach trzydziestu kilku świadków, swoich sąsiadów. Ci świadkowie w trakcie żmudnego śledztwa, a później długiego procesu niechętnie opowiadali przebieg zbiorowego mordu w Olu, a potem nieoczekiwanie odwoływali zeznania. Wokół zbrodni i różnych wydarzeń po niej panowała zmowa milczenia.

 

Milicja i prokuratura miały trudności z przełamaniem tej zmowy.

Nie mniejsze trudności miał także sąd, bo zabójcy – ich przywódca, jego zięciowie i szwagier – nie przyznawali się do swojego czynu, a świadkowie mataczyli. A mnie, jako reportera, to wszystko zaintrygowało – nie tylko sama zbrodnia, lecz właśnie ta zmowa milczenia. Przede wszystkim chciałem wejść jak najgłębiej w to środowisko, poznać i zrozumieć mentalność ludzi – zabójców i świadków. To było niezwykle trudne, ale równie fascynujące wyzwanie reporterskie. Tajemnica wigilijnej nocy i wszystko, się po nie wydarzyło w trzech wsiach pod Połańcem. Z tych wsi pochodziły ofiary zbrodni, zabójcy i świadkowie. Docierałem do tych ludzi w trakcie ponadrocznego procesu w Sandomierzu. Na rozmowach z nimi oraz na ich konfrontacjach spędziłem setki godzin.

 

Chcieli rozmawiać?

O dziwo, nie miałem wielkich trudności z dotarciem do nich oraz z reporterskim ich otwarciem, choć nie przyznawali się do świadkowania zbrodni. A rodziny sądzonych już w tym czasie zabójców okropnie mataczyły w sprawie…

 

Z lektury książki wynika, że wszyscy mataczyli.

Udało mi się to uchwycić w rozmowach i wyrazić w tekście. Dochodziło nawet do tego, że adwokaci zabójców próbowali mi zarzucać, że nakłaniałem świadków do fałszywych zeznań. A to było pomówienie – coś najgorszego, czym mógłbym się zajmować! Ja rozmawiałem, obserwowałem i opisywałem, nie mając żadnych instrumentów nacisku na rozmówców. Natomiast sandomierskiemu sądowi po długich zmaganiach udało się ustalić stan faktyczny, tzw. Prawdę materialną sprawy. Dwa lata później Sad Najwyższy w procesie rewizyjnym potwierdził ustalenia sądu pierwszej instancji.

 

Co dzieje się dzisiaj z bohaterami pańskiego reportażu?

Dwóch z nich zostało oczywiście po wyroku straconych. Młodym zięciom głównego sprawcy Sąd Najwyższy zmniejszył wyroki do 25 i 18 lat więzienia. Dzisiaj jednemu z nich powodzi się bardzo dobrze. Wykształcił dzieci, które prowadzą firmę geodezyjną, a on przy nich gospodarzy. A drugi z nich mieszka w Krakowie, ale nie wiem nic więcej na jego temat.

 

Kiedy ostatni raz pan ich spotkał?

W planach jest film na podstawie mojego reportażu. Dwa miesiące temu byłem w Połańcu i okolicach z reżyserem Maciejem Kowalewskim. Pomagałem mu w dokumentacji. Wtedy spotkałem jednego z nich. Pytał mnie: Jak pan będzie umierał z brzemieniem, że przyczynił się pan do tak surowego wyroku? Spotkałem też żonę jednego ze straconych. Jęczała i płakała, że chłopy niewinnie stracone. Ale przypomniałem jej pewien incydent. Gdy po jednej z rozpraw milicja wyprowadzała sprawców, to przypadkiem stanąłem właśnie obok niej. A ona szarpnęła męża za ramię i pokazała mu za pomocą gestu, że panuje milczenie. Wtedy o to nie pytałem, nikomu o tym nie mówiłem ani nigdzie nie napisałem. Teraz pokazałem jej ten fest. Nie wiedziała, że ktokolwiek go widział. I jak przez 15 minut jęczała, tak momentalnie rąbnęła drzwiami i zakończyła naszą rozmowę.

 

Na jak wiele może sobie pozwolić dziennikarz w rozmowie z bohaterami przyszłego reportażu? Jakie pytania może zadawać, a jakich nie powinien?

Myślę, że może się posunąć naprawdę daleko. Właściwie granica jest ruchoma, wszystko zależy od sytuacji, o której rozmawiamy i od sprawy, którą się zajmujemy. Każdy z nas, reporterów, sam sobie wyznacza granicę.

 

 

IMG_8408

Wiesław Łuka, (fot. Bartosz Wróblewski)

 

Co może być taką granicą?

Chyba przede wszystkim życie osobiste. Mnie nigdy te sprawy nie kręciły, chociaż rozmów, które przeprowadziłem było tak wiele, że może kiedyś i jakieś pytania z tej sfery też padły. Czasami jest tak, że to rozmówca chce opowiadać o swoich prywatnych przeżyciach. Na przykład żona jednego z morderców z Połańca opowiadała mi o stosunkach seksualnych, które miała odbywać w tę noc, kiedy dokonano zbrodni. Chciała przez to przekonać mnie i czytelników, że jej mąż, szwagier przywódcy zbrodniarzy, tę noc wigilijną spędził w małżeńskim łóżku, a nie w miejscu zbrodni. Ta kobieta kłamała, ale właśnie tak próbowała się uwiarygodnić. Inny mój rozmówca, nastoletni bohater książki „Ślizgiem” też nie miał oporów, by opowiadać o swoim życiu intymnym. Mówił o tym sam z siebie, spontanicznie. Ja nie miałem powodu o to pytać. Czasem jedna takim powodem może być kontekst społeczny, w który są uwikłani bohaterowie.

 

Czy bycie reporterem to pewien styl życia? Zwracają na to uwagę niektórzy reportażyści, bohaterowie pana książki.

Każdy z nas przeżywa to inaczej. Przez długie lata aktywnej reporterki żyłem nią. Tak, to był mój styl życia. Jeszcze nie skończyłem jednego tekstu, a myślałem o następnym. Nieźle oceniano to, co już napisałem, ale ja nie patrzyłem wstecz, tylko szukałem nowych tematów, potrzebowałem ich jak przysłowiowego powietrza. Wpadłbym w chorobę psychiczną, gdyby mi ich zabrakło i gdyby mnie ktoś lub coś odsunęło od pisania. Jest to jednak niezwykle trudny sposób życia. Tak – reporterka to styl życia, coś w tym jest!

 

Nawet wtedy, gdy nie pracuje się nad tekstem?

Niepisanie było nieraz cięższe do przeżycia, niż dokumentowanie i pisanie. Wtedy nachodziły mnie czarne myśli o niemocy twórczej i lęki z tym związane. Lubiłem słuchać ludzi – nie tylko tego, co mówią, ale też jak mówią. Często podsłuchiwałem rozmowy w tramwaju, na ulicy, wyławiałem z nich ciekawe sformułowania, notowałem je. No i czytałem z niezwykłą pasją gazety, pisma i książki – co pozostało mi do dzisiaj. Notowane czyjeś powiedzonka wykorzystywałem potem w moich tekstach, bo były smakowite językowo i treściowo, a poza tym autentyczne.

 

Czy to przekładało się na łatwość pisania?

Pisanie zawsze sprawiało mi dużą trudność. Tylko grafoman sypie zdaniami i tekstami jak z rękawa. Ktoś, kto chce coś wartościowego stworzyć, prawie zawsze musi się męczyć. Do tej pory męczę się nad klawiaturą w poszukiwaniu właściwych słów. Pocieszam się jednak tym, że podobne rozterki i lęki przeżywają dużo więksi ode mnie autorzy. Ale to są lęki budujące, sprawiające radość, gdy się je przezwycięża. Po każdej męce przychodzi parę dni odpoczynku i… następny temat, kolejne męki, kolejne radości.

 

Jako reporter tłumaczy pan rzeczywistość, opisuje ją czy próbuje naprawiać?

Opisuję! Są różne poglądy na to, co tak naprawdę robi reportażysta. Egon Erwin Kisch, zwany „szalejącym reporterem”, jeden z największych autorów gatunku w XX wieku, uważał, że dziennikarz jest po to, by informować i opisywać świat. Od naprawiania świata są inni. Choć trzeba powiedzieć, że reportaż interwencyjny (a teraz się go nazywa śledczym) jednak ma za zadanie zmieniać rzeczywistość na lepsze. Myślę, że każdy opis ma chyba także pewien walor praktyczności, a nie tylko wartość estetyczną. Co może nie zawsze jest bezpośrednio wyrażone w tekstach.

 

Remigiusz Grzela, bohater jednego z pana wywiadów, powiedział kiedyś, że spóźnił się na reportaż jakieś 10 lat. Czy to faktycznie gatunek na wymarciu?

Wszyscy teraz mówią o kryzysie tej formy. Jest trudna, czasochłonna i kosztowna; wymaga dużych pieniędzy na delegacje krajowe i zagraniczne. Ale ten kryzys dotyczy głównie reportażu prasowego. Nie widzę natomiast kryzysu w reportażu radiowym i telewizyjnym. Mamy co słuchać w radiu, a przede wszystkim oglądać w telewizji. Czytamy też wspaniałe książki reporterskie! Reportaż jako gatunek nie ma się źle; trzyma fason. Dajemy radę!