Wirus z dalekiego wschodu

W polskich mediach, jeśli ktoś pisze o Tajwanie w kontekście koronawirusa, to najczęściej są to informacje o zastosowaniu zaskakująco skutecznych środków prewencyjnych. Organizacja kraju zaskakuje, zwłaszcza biorąc pod uwagę bliskie sąsiedztwo z Chinami – źródłem pandemii. O sytuacji w wyspiarskim kraju Marcelina Cywińska porozmawiała z Jankiem Filippem, studentem biznesu międzynarodowego i administracji na Tajwanie.

Jakie odgórne obostrzenia wprowadziły władze Tajwanu?

Jest zasada, że jeżeli w danym miejscu była osoba zarażona, to placówka musi zostać natychmiast zamknięta. To jedyna odgórna decyzja odnośnie do funkcjonowania usług. Nie ma nakazu lockdownu ze strony rządu, cały czas można pójść normalnie do restauracji, baru czy kawiarni. Niektóre placówki się pozamykały, ale była to tylko wewnętrzna decyzja ich dyrektorów. Na przykład kluby raczej nie funkcjonują z tego względu, że musiały bardzo dużo inwestować w jedną noc, a ponieważ trwa pandemia, nie sprzedawały takiej liczby biletów, żeby im się to opłacało.

Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Jeszcze kilka tygodni temu, kluby i bary w wielu miejscach były całkowicie zamknięte dla osób zza granicy, czyli dla każdego, kto nie jest obywatelem Tajwanu – niezależnie od tego, czy tu mieszka, czy nie. Co by dużo nie mówić – dosyć rasistowskie podejście. W końcu nie tylko osoby zza granicy są zdolne do podróżowania i rozprzestrzeniania wirusa, a to jaki masz kolor oczu, czy gdzie się urodziłeś, ma niewiele wspólnego z przenoszeniem choroby. Także w wielu miejscach, jak ktoś wyglądał „zagranicznie” – nie mógł wejść. Potem się to zmieniło i zaczęli wpuszczać też „zagranicznych”, za okazaniem paszportu i historii podróży, chociaż dalej nie zmienia to faktu, że osoby urodzone na Tajwanie też mogły przywieźć wirusa zza granicy. Z mojej perspektywy ma to sens, w momencie, w którym trudno ustalić, czy ktoś w ostatnim czasie wyjeżdżał, czy nie.

 

Czy były inne ograniczenia?

Jakieś cztery tygodnie temu, podczas długiego weekendu, wielu Tajwańczyków i Tajwanek zdecydowało się spędzić czas wolny w nieucywilizowanych miejscach, w których będzie mniej ludzi. Wybierali takie okolice, w które się zazwyczaj na Tajwanie nie jeździ – lasy, plaże lub zabytkowe miasta. Po tamtym weekendzie rząd ogłosił, że każdy, kto spędził przerwę w podobny sposób, musi odbyć dwutygodniową kwarantannę. To było bardzo ciekawe zachowanie władz, zwłaszcza że tych ludzi było na tyle dużo, że nie dało się wszystkich kontrolować. Obostrzenia nie były więc tak poważnie traktowane, ale na szczęście przez ten czas wirus się nie rozprzestrzenił.

 

W tym momencie raczej nie ma takich ograniczeń, które dotykałyby mnie bezpośrednio. Nie przychodzi mi do głowy nic, poza obowiązkiem noszenia maseczek w konkretnych miejscach, takich jak komunikacja miejska czy szkoła. Na ulicach nie trzeba ich nosić, ale ludzie i tak to robią. Ogólnie cały system prewencyjny na Tajwanie jest bardzo dobrze zorganizowany – mniej niż 100 osób zaraziło się koronawirusem na wyspie. Reszta zarażeń pochodzi „z zewnątrz”. Tych przypadków nadal nie ma dużo, bo osoby zarażone są dosyć szybko odizolowane. Gdy jakiś czas temu przyleciały z Wuhan dwa samoloty Tajwańczyków, w pierwszej kolejności zostali oni odseparowani, a dopiero później zaczęto ich leczyć. Niewątpliwie Tajwan, dzięki polityce, kulturze, położeniu oraz systemie zdrowia, ma dobre warunki do kontrolowania przebiegu choroby.

 

Jakie są postawy Tajwańczyków i Tajwanek wobec pandemii?

Na początku była ogromna panika i miasto było puściutkie. Wynikało to głównie z braku wiedzy o wirusie i liczbie zarażonych. Pamiętam, że jak wróciłem tutaj z ferii zimowych, to miasto naprawdę wydawało się martwe. To był czas, kiedy w Niemczech było ponad 50 zarażonych, a w Polsce żadnego. Gdy chciałem się z kimś spotkać, to dostawałem pytanie, czy nie zaraziłem się przypadkiem koronawirusem podczas wyjazdu. Właściwie mogłem zapytać o to samo.

Bardzo dużą rolę w prewencji odgrywa tu Konfucjanizm, który mniej lub bardziej wpłynął na każde społeczeństwo dalekiego wschodu. Stawia on bardzo duży nacisk na hierarchię i posłuszeństwo wobec rodziców. To, co mówią Ci w domu, jest święte i bardzo wartościowe. Większość rodziców nie pozwalała wychodzić z domu bez potrzeby i raczej wszyscy się do tego stosowali. Ci, którzy i tak wychodzili – robili to w maseczkach i unikali wielu miejsc.


fot. Michał Mitoraj

 

A jak wygląda życie towarzyskie?

Jeśli chodzi o to, jak wygląda spotkanie, to raczej nie widzę zmian. Tajwańczycy nie mają kultury fizycznego kontaktu. Nie ma tutaj zwyczaju ściskania dłoni na przywitanie czy przytulania. Inaczej sytuacja wygląda z osobami zza granicy, z którymi też spędzam dużo czasu. Dla nich taki kontakt fizyczny jest czymś naturalnym, więc jeśli jedno z nas się zarazi, to reszta też.

Teraz, w momencie, gdy znana jest liczba zarażonych i wprowadzone zostały różne działania i profilaktyka, ludzie są znacznie spokojniejsi i można się spotkać. Pamiętam, że wcześniej wszyscy prowadzący na studiach mówili, że: „W tym momencie sytuacja nie wygląda źle, ale za miesiąc będzie dużo gorzej”. Jak mam być szczery, to wcale nie jest dużo gorzej. Zwiększyła się liczba zarażonych, gdy ludzie powracali zza granicy, ale życie toczy się w miarę normalnie. Tutaj koronawirus, jako sama choroba, nie dotknął całego społeczeństwa. Tylko obostrzenia się zmieniły… no i kontakt. Ja to osobiście bardzo odczuwam. Jestem osobą, która prowadzi bardzo aktywne życie społeczne i cały czas poznaje nowych ludzi. W tej chwili tych okazji do poznania mam znacznie mniej. Czuję po sobie i po całym społeczeństwie, że zrobiło się bardziej introwertycznie.

 

Jak funkcjonuje Ochrona zdrowia?

Trzeba to powiedzieć wprost: system ochrony zdrowia na Tajwanie jest jednym z najlepszych na świecie. Inwestuje się w niego gigantyczne sumy pieniędzy, a lekarze żyją na naprawdę wysokim poziomie. Tutaj nie ma czegoś takiego jak prywatne usługi medyczne – wszystko jest znacjonalizowane. W każdym szpitalu jest dostęp do większości oddziałów. Bardzo komfortowy jest też dostęp do leków. Praktycznie w ogóle nie chodzi się do apteki po lekarstwa, bo przy wizycie u lekarza zazwyczaj dostajesz wszelkie środki od razu do ręki. Mamy szybki i łatwy dostęp do usług medycznych, a przy każdej wizycie w tej chwili robione są testy na koronawirusa.

Na Tajwanie jest też dosyć specyficzny system ubezpieczeń. Nie ma takiego NFZ-u, gdzie trzeba się zapisać i poczekać na swoją kolej, tylko każda osoba mieszkająca na wyspie, ma swoją kartę ubezpieczeniową, na której jest chip. Na tej karcie są zapisane wszystkie informacje dotyczące zdrowia: daty wizyt u lekarzy, przebiegi chorób, informacje o tym, kiedy i ile kupowało się masek, itp. Karta jest nieodpłatna i nieobowiązkowa, ale jak jej nie masz, to za wszelkie usługi medyczne płacisz znacznie więcej. Z kartą płacisz sumy pokroju 10-15zł.

 

Czy Tajwan zmierzył się z problemem niedoborów środków ochrony indywidualnej?

Na początku był duży niedobór maseczek na rynku i dla jednej osoby przeznaczone były tylko dwie tygodniowo (sprawdzane to było za pomocą kart). Ponieważ wszyscy nosili maski cały czas, było to dosyć niehigieniczne. Potem liczba została zwiększona do trzech na tydzień, a następnie – dziewięciu na dziesięć dni. Samo kupowanie masek też wyglądało ciekawie! Dwa razy dziennie – o 10 i o 14 – była dostawa do apteki, a na każdą przypadało 200 maseczek. Ludzie ustawiali się w kolejkach już od dziewiątej. W momencie, w którym na jedną kartę ubezpieczeniową przypadały dwie maski – dostawało je tylko pierwsze sto osób. Wprowadzano różne zasady, żeby poradzić sobie z tym problemem. Na przykład, było coś takiego, że jeżeli ostatnia cyfra na Twojej karcie była nieparzysta, to mogłeś kupować maski w nieparzyste dni tygodnia.

W tym momencie każdy może kupować wszystko o dowolnej porze dnia i nie ma już takich kolejek, bo maseczek jest dużo. Wcześniej nie można ich było w ogóle eksportować, a w tej chwili  starcza dla wszystkich na Tajwanie i jeszcze wysyłają je za darmo w świat. Oczywiście, nie zawsze w każdej aptece mają maseczki. Jest w Azji coś takiego jak „convenience shop”, czyli „wygodny sklep”, które w większych miastach są dosłownie wszędzie, nawet co 300 metrów. Jest to miejsce z szerokim zaopatrzeniem, otwarte całodobowo. Są tam właśnie m.in. automaty z maseczkami. Wkłada się kartę z chipem do maszyny, wrzuca pieniądze i wyskakuje maska.

fot. Michał Mitoraj


Jak wygląda sytuacja na uniwersytetach? Zajęcia odbywają się w normalnej formie, czy panują pewne ograniczenia? Czy coś się zmieniło, w porównaniu z sytuacją przed pandemią?

Jest przepis na Tajwanie, stanowiący o tym, że jeżeli na wydziale będzie przynajmniej jeden zarażony, to placówka zostaje zamknięta. Jeśli jest dwóch zarażonych to… no nie spotkaliśmy się z taką sytuacją. Tylko dwie szkoły zamknięto z powodu zarażenia, ale już zostały ponownie otwarte. Mój wydział w ogóle się nie zamknął. Przeprowadzono jedynie tydzień próbnych zajęć zdalnych, żeby zobaczyć, czy są jakieś luki w systemie i czy coś można ulepszyć. Bo przecież sytuacja w każdej chwili może się zmienić i uczelnia musi być na to gotowa.

Gdy wróciliśmy do szkoły, każdy był sztywny i zachowywał duży dystans. W tej chwili studiowanie wygląda prawie tak, jak przed pandemią. Został wprowadzony obowiązek przemywania swojego biurka ogólnodostępnym płynem dezynfekującym, po każdych zajęciach. Gdy wchodzimy na teren szkoły, musimy założyć maseczkę. Przy wejściu przechodzimy przez kamerę termowizyjną. Gdy ktoś ma powyżej 36,9 stopni, przechodzi na bok i ma dokładniejsze badania temperatury. Jeśli okaże się, że to był błąd kamery – może swobodnie wejść na teren uczelni. Temperatura jest mierzona w taki sposób w praktycznie każdym ogólnodostępnym miejscu na Tajwanie.

 

Czy próbne zajęcia online były efektywne?

Używaliśmy takich platform jak Google Hangouts czy Zoom. Jeśli zajęcia były wykładowe, to nie było dużej różnicy ani merytorycznej, ani w technice prowadzenia. Jeśli chodzi o zajęcia ćwiczeniowe w grupach, które zakładają interakcje, to było zdecydowanie trudniej. Duży problem stanowiły zajęcia z języków obcych, bo jednak język to nie tylko słowa. Problematyczne były też prace grupowe.

Z moich własnych przemyśleń: są momenty, w których zajęcia online są dużo skuteczniejsze, niż te stacjonarne. To są właśnie zajęcia, na których prowadzący czasami zadaje pytania studentom. U mnie na uczelni jest wielu prowadzących, którzy studiowali wcześniej za granicą, więc mają świadomość tego, jak to wygląda na zachodzie i starają się aktywizować studentów. Azjaci są raczej nieśmiali, zwłaszcza Tajwańczycy. Gdy wykładowca na stacjonarnych zajęciach zadawał grupie pytania, to odpowiadali głównie studenci zza granicy, z małymi wyjątkami. Zajęcia online wyglądają zupełnie inaczej. Cały czas ktoś odpowiada, komentuje czy dyskutuje, bo nie ma takiej presji, że inni ludzie Cię widzą.

 

A co z małymi przedsiębiorstwami lub początkującymi artystami? Czy pandemia miała wpływ na ich pracę?

Przez jakiś czas niektóre miejsca związane z kulturą były zamknięte. Dwa tygodnie temu na Tajwan wrócił okręt marynarki wojennej, którego załoga została poddana testom na koronawirusa ostatniego dnia rejsu. Wszystkie testy wykazały brak wirusa, jednak, jak się później okazało, wyniki były błędne. Dziewięć osób chodziło normalnie po mieście przez tydzień i, o dziwo, praktycznie nikogo nie zaraziło. W momencie, w którym zostali zdiagnozowani, musieli dokładnie podać każde miejsce, w którym byli oraz orientacyjną godzinę pobytu. Potem rząd i media opublikowały w Internecie listę, no i tamte miejsca – głównie bary, kluby i restauracje – musiały zostać zamknięte. 

Życie artystów toczy się raczej bez zmian, poza tym, że nie mają możliwości organizowania koncertów ani festiwali. Natomiast cały czas można nagrywać płyty i grać. Mój znajomy, który jest producentem muzycznym, zaczął organizować coś takiego jak Jam Session na ulicy. Chodził z wielkim wózkiem z instrumentami przez środek miasta, rozkładał się z tym sprzętem na chodniku i grał ze znajomymi.

Co prawda zamknęło się kilka instytucji, ale tak naprawdę koronawirus był tylko ku temu pretekstem. Na przykład, siłownie w szkołach, które kosztowały około 30zł/semestr i musiały zatrudniać pracowników pilnujących wszystkiego przez cały dzień, po prostu bankrutowały i się zamykały. Nie ma tutaj żadnego innego racjonalnego wytłumaczenia, bo jeśli ktoś wchodzi do szkoły, to i tak jest badany na wejściu, więc nie ma dużo większych szans, że zarazi innych po wejściu na siłownię, niż w normalnych warunkach szkolnych.

 

Jak wygląda proces kwarantanny?

Jak dwutygodniowy pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie można oczywiście opuszczać mieszkania i trzeba mieć cały czas włączony telefon z lokalizacją. Dwa razy dziennie przychodzi pracownik społeczny i dostarcza Ci to, o co wcześniej poprosisz, jako zaopatrzenie. Ludzie przestrzegają kwarantanny. Była śmieszna sytuacja na początku pandemii. Jak jeszcze można było wyjeżdżać za granicę, to wszystkie osoby, które wracały z określonych miejsc, miały obowiązkową, dwutygodniową kwarantannę. Jak tylko przyjechali, musieli wypełnić formularz – skąd wracają, gdzie będą przez najbliższe dwa tygodnie i czy potrzebują pomocy. Tajwańczycy mają dosyć karne podejście do prawa, więc się do tego stosowali, ale zagraniczni z początku nie wiedzieli jak bardzo na serio będzie to sprawdzane i traktowane. Był przypadek, że mężczyzna z Kanady spędzał kwarantannę w swoim mieszkaniu i wyszedł na papierosa na dach. W tamtym momencie przyszedł pracownik społeczny i zauważył, że go nie ma. Kanadyjczyk wrócił po trzech minutach i dostał za to kilkuminowe wyjście najmniejszą karę – w przeliczeniu było to około 10 tysięcy złotych. Największa kara to 350 tysięcy zł. Do kwarantanny na Tajwanie jest poważne podejście z obu stron. W końcu chodzi o całe społeczeństwo.

 

Jakie są wizje kraju na przyszłość, po zwalczeniu pandemii?

Oczywiście, ludzie będą musieli znacznie ciężej pracować, ceny na całym świecie pójdą niesamowicie w górę i pewnie z tym trzeba będzie sobie radzić. Jeśli chodzi o Tajwan – zdecydowanie zaostrzyły się stosunki z Chinami. Można rozmawiać godzinami, ale krótko mówiąc – nie są dobre. W tym momencie wszystko zależy od tego, jak Chiny zachowają się po kryzysie. Duży wpływ na zaostrzenie relacji miał fakt, że w stosunku do państw wspieranych przez WHO, Tajwan radzi sobie zaskakująco dobrze z pandemią, nie będąc członkiem organizacji.

Trudno tak naprawdę powiedzieć, jak będzie. Ekonomicznie Tajwan na pewno będzie miał znacznie lepszy start niż reszta świata, bo rynek wewnętrzny nadal działa.


Janek Filipp – dwudziestoletni student biznesu międzynarodowego i administracji na Wenzao University of Languages. Obecnie mieszka w Kaohsiug na Tajwanie.

Autorem zdjęcia wyróżniającego jest Michał Mitoraj.

Wpisy

Studentka polonistyki na UW, miłośniczka literatury pięknej i ogromna entuzjastka kultury. Jej feministycznym marzeniem jest wychowywanie młodych dziewczyn na pewne siebie kobiety poprzez pisanie.
Sekretarz magazynu „Nowy Folder”. Zajmuje się nowym działem „Newsletter kulturalny”.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.