Witold Szabłowski: Chciałbym, aby Polacy im wreszcie podziękowali

 

Przez trzy lata, które spędził na poszukiwaniu sprawiedliwych z Wołynia, zmuszony był wyłączyć emocje. Kiedy skończył opisywać historie, zapłakał. Reporter Witold Szabłowski w rozmowie z Magdaleną Bojanowską opowiada o genezie rzezi wołyńskiej, ludziach, którzy narażali własne życie, aby ratować Polaków oraz o stosunku polskiego i ukraińskiego narodu do wydarzeń 1943 roku.

 

 

– Podczas trzyletniej pracy nad książką dość nieświadomie obrałem strategię zamiany siebie w dyktafon. Jeździłem, poznawałem te historie, spisywałem je, ale jak najmniej pozwalałem wyobraźni pracować – mówi Witold Szabłowski (fot. James Porto, archiwum prywatne)

 

Skąd pomysł na to, aby tematem rzezi wołyńskiej zająć się od tak nietypowej i wciąż bardzo niepopularnej strony?

Ja w ogóle lubię przedstawiać pewne sprawy od nietypowej strony. Szukam sposobu, aby rzeczy, które wydają się oczywiste, przedstawić w sposób nieznany. Lubię, kiedy książka sprawia, że laik powie „o rany, ale ciekawy temat”, a ekspert – „o rety, ale on to niesamowicie pokazał”. Mam bardzo dużą satysfakcję, kiedy rozmawiam z Grzegorzem Motyką, który jest najwybitniejszym ekspertem od spraw wołyńskich. Zaciekawiły go kwestie poruszane w „Sprawiedliwych zdrajcach”. W swojej najnowszej książce cytuje mnie dwa razy. I już samo to jest dla mnie powodem do dumy, bo człowiek, który przez trzy lata pracy nad książką był moim guru, nagle mnie cytuje.

Od samego początku pracy jako reporter podchodziłem do różnych tematów w zupełnie odmienny sposób niż inni. Kiedy pisałem o weselach bezalkoholowych, to po prostu poszedłem na kurs wodzireja tego typu imprez i poprowadziłem jedną z nich. Nie zrobiłem tego wyjątkowo wybitnie, ale pomyślałem, że jest to sposób, aby opowiedzieć o tym inaczej. Był to też tekst o polskim alkoholizmie i jego wpływie na więzi rodzinne.

Jeśli chodzi o rzeź wołyńską, to zwyczajnie niesprawiedliwie było to, że ci sprawiedliwi byli zupełnie zapomniani. Więc nie dość, że miałem Wołyń od takiej nieoczekiwanej strony, to dodatkowo starałem się opowiedzieć o tym, ile dobra jest w piekle. Miałem także takie poczucie, że oddaje tym ludziom coś, co od dawna im się należy, bo to oni są właśnie prawdziwymi bohaterami 1943 roku. Nie było sztuką wtedy dołączyć do jakiejś gawiedzi, która szła z bronami, orczykami, motykami rżnąć sąsiadów i przy okazji coś ukraść. Sztuką było do tego nie dołączyć i zachować się jak człowiek.

 

Właśnie to bardzo przykre, że tak naprawdę nikt nigdy oficjalnie nie podziękował im za to, co robili.

Kiedy spotykam się ze starszymi ludźmi, którzy ratowali Polaków, a najczęściej mam do czynienia z ich wiekowymi już dziećmi czy wnukami, to zawsze staram się, aby w większej grupie bardzo chwalić takie osoby. I bardzo często jest to pierwszy raz w życiu, kiedy słyszą, że zrobili coś dobrego. To bardzo skromny gest, ale widzę, że dla nich niezmiernie ważny – ktoś z zewnątrz przyjeżdża i mówi, że to, co zrobili, nie było głupie i naiwne. Oni często żyją w otoczeniu, które im wypomina, że zachowywali się najgłupiej jak można. Wśród nich są tacy, którzy nigdy nie dostali żadnego pozytywnego sygnału. Po prostu przez 70 lat żyli w opinii innych, że są naiwniakami, wariatami, kompletnie oderwanymi od rzeczywistości. Jednak są także piękne przykłady podziękowań Polaków. Uwielbiam historię Leona Popka, który po latach spotyka człowieka, który uratował mu babcię.

 

Historia pomarańczy i czekolady.

Tak, Popek czuł, że musi coś podarować temu człowiekowi, ale w samochodzie miał tylko dwie pomarańcze i czekoladę. I nie był w stanie dać mu nic więcej. Tylko tyle.

Nieładnie świadczy o nas Polakach fakt, że nigdy tym Ukraińcom za to nie podziękowaliśmy. Niedawno przez Sejm został uchwalony medal o nazwie Krzyż Wschodni. Mają nim być odznaczeni ludzie ratujący Polaków na wschodzie. Nie ukrywam, że bardzo czekam na to wyróżnienie.

 

Rzeź wołyńska wciąż jest bardzo trudnym tematem. Pisał pan, że w Polsce nazywa się ją ludobójstwem, na Ukrainie wojną polsko-ukraińską. Jak tam, na Wołyniu, reagowali na pana? Na to, że Polak przyjechał wypytywać ich o rok 1943?

Dobrze reagowali, ale to wynikało z jednej prostej rzeczy. Ja nigdy nie robiłem śledztwa, którego oni się najbardziej bali. Nie chodziłem po wsi i nie patrzyłem, kto ma chałupę, szklanki czy siekierę po Polakach, chociaż doskonale to wiedziałem. Nawet miałem w rękach polskie przedmioty, które zagarnęli Ukraińcy z Woli Ostrowieckiej czy Ostrówek Wołyńskich. Ale nigdy nie było tak, że wjeżdżałem do wioski i pytałem, kto w 1943 mordował. Zawsze szukałem tych dobrych. Jednak bałem się jak cholera pierwszego wyjazdu na Wołyń i rozmów z Ukraińcami. Dużo czasu zajęło mi, zanim w ogóle zebrałem się w sobie, aby zapukać do czyjejś drewnianej chatki i zapytać, jak ludzie we wsi się wtedy zachowywali. Po czym okazało się, że jeśli jesteś nastawiony na dobro, to trafiasz na dobrych ludzi. Ci źli co najwyżej w zdziwieniu mogą podnieść brew, że to nie ich szukasz.

Pierwszą osobą, do której trafiłem, była pani Szura, która jest po prostu chodzącą dobrocią i świętym człowiekiem. To osoba, która dba o polskie groby, rozmawia z zamordowanymi Polakami, modli się za nich. Warto zauważyć, że mieszka ona we wsi, z której większość społeczeństwa poszła w 1943 mordować, więc ona jest takim chodzącym wyrzutem sumienia dla swoich sąsiadów. To trochę taka postać filmowa, jak chłop z „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego. Ciągle przypomina o Polakach, że oni są przyjaciółmi Ukraińców. Oni jej za to nie znoszą. I to ona właśnie była moim przewodnikiem po ziemi wołyńskiej.

Oczywiście, jak to bywa przy trudnych tematach, kilka razy się zdarzyło, że ktoś mnie pogonił, psem poszczuł. Ale i tak uważam, że jak na skalę problemu i emocji zgromadzonych wokół niego, to nie było źle. Bardziej mnie martwi, że w tej chwili ukraiński IPN z mojej pracy próbuje zrobić jakąś manipulację historyczną. Włodymyr Wiatrowycz robi ze mnie okropnego manipulatora, który zajął się sprawiedliwymi wyłącznie po to, aby wpisać Wołyń w dyskurs holocaustowo-ludobójczy. Mówi, że jest to odwołanie do Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. A kogo oni ratowali? Żydów przed Holocaustem. A kogo ratowali sprawiedliwi Ukraińcy? No Polaków przed ludobójstwem. Oni próbują udowodnić, że ta książka fałszuje historię, żeby pozostało przekonanie, że to był pogrom Polaków. Ja oczywiście uważam, że było to ludobójstwo, ale jak słyszę, że ukraiński IPN traktuje moją pracę jak próbę manipulacji historią, to z jednej strony jest mi strasznie smutno, a z drugiej nóż mi się w kieszeni otwiera.

 

Dla mnie jako czytelniczki lektura pańskiej książki nie była łatwa, a pan wkroczył w tę historię, poznał ją od środka. Jak pan poradził sobie emocjonalnie?

Wołyń jest zbyt ciężkim tematem, żeby się z nim zmierzyć frontalnie. Rozmawiałem o tym z wieloma osobami i to jest tak, że jak czytasz o tym, co zdarzyło się w 1943 roku, to przy drugiej, trzeciej historii musisz wyłączyć emocje, bo nie jesteś w stanie skonfrontować się z ogromem cierpienia i okrucieństwa. Każdy inaczej to odczuwa. Ja podczas trzyletniej pracy nad książką dość nieświadomie obrałem strategię zamiany siebie w dyktafon. Jeździłem, poznawałem te historie, spisywałem je, ale jak najmniej pozwalałem wyobraźni pracować. Jak najmniej dopuszczałem do siebie to wszystko nie dlatego, że nie jestem wrażliwy czy że mnie to nie obchodziło, ale dlatego, że wiedziałem, że jak się zacznę z tym konfrontować, to nie skończę książki, a ona wydawała mi się warta napisania. Mimo tego nigdy nie byłem w stanie w pełni wyłączyć się emocjonalnie. Praca nad tą historią wychodziła mi bokami, miałem naprawdę trudne momenty. Na przeczytanie tekstu i dokładne przemyślenie, o czym jest, pozwoliłem sobie dopiero, jak dostałem pierwszą papierową wersję od wydawcy. Zacząłem ją czytać, ale z pełną świadomością, że książka jest już skończona. I to był moment, w którym wszystkie blokady puściły, a emocje wzięły górę. To był naprawdę trudny czas. Ale potem pojechałem do jednej z bohaterek „Sprawiedliwych zdrajców”, pani Hani, którą traktuję jak babcię. Nie znaleźliśmy jej polskiej rodziny…

 

Nie udało się?

Cały czas szukamy. W książce opisuję, jak wydawało się nam, że znaleźliśmy rodzinę pani Hani, bo historia była niemal lustrzana. Jednak w badaniach DNA okazało się, że nie są ze sobą w żaden sposób spokrewnieni.

 

Mówi się, że ziemia wołyńska jest przesiąknięta krwią. Przykładem może być Trupie Pole, gdzie znajdowała się zbiorowa mogiła Polaków albo teren po wsi Gaj, po której został tylko krzyż. Jak pan się czuł, chodząc po tej ziemi?

Moim przewodnikiem była pani Szura i to właśnie jej strategię przyjąłem. Pani Szura jest niesamowita. Całe życie przepracowała głównie jako dojarka w kołchozie, a ma odpowiedź na każde metafizyczne pytanie, jakie jej się zada. I to ona mnie wprowadziła w ten świat, który bywa taki marquezowski. Ci prości ludzie stanęli twarzą w twarz z największym okrucieństwem, jakie można sobie wyobrazić. Wybito tam najpierw Żydów, potem Polaków. Jednych i drugich w bardzo okrutny sposób. I oni opowiadają, że jest lasek, gdzie Polacy straszą, gdzie indziej widują kobietę bez głowy, jeszcze gdzie indziej, jak przyłoży się ucho do ziemi, to słychać, jak gra orkiestra. To jest ziemia jak z Marqueza i po takich miejscach trzeba mieć przewodnika, który pokaże, jak się tam poruszać. I mi pokazała to pani Szura. Uważa ona, że trzeba mówić do zamordowanych Polaków. Ważne, aby nie udawać, że jest to jakieś jałowe miejsce, odcięte od emocji, ale okazywać mu należny szacunek. Myślę, że rozmowy ze zmarłymi i opowieści o straszeniu to próby oswojenia tego, co się stało.

Po Gaju zostało pole, krzyż, fundamenty w lesie i zdziczałe jabłonki. A ja jestem w stanie powiedzieć, kto gdzie mieszkał, gdzie stała szkoła, gdzie kaplica. Stoisz pośrodku pola i znasz te wszystkie nazwiska. I z jednej strony jest w tym coś przerażającego, ale z drugiej – to piękne, że my o tych ludziach nie zapomnieliśmy, że potrafimy opowiedzieć historię tej wioski.

 

Chciałam zapytać o tytuł książki, bo sprawiedliwi – to wiadomo, ale dlaczego zdrajcy?

Jest to odwołanie do historii Klimczuka i Olchowicza. Ludzi, którzy pomogli uratować wieś Przebraże, około 13 tys. Polaków. Czyli są sprawiedliwi, ale w oczach Ukraińców uchodzą za zdrajców, bo opowiedzieli przebrażanom o planach UPA i osobiście poprowadzili polski atak. Moim zdaniem to nie jest przypadek, że obaj mężczyźni nie dożyli końca wojny. Zostali wcieleni do Armii Czerwonej. Jeden z nich zginął parę godzin przed zakończeniem wojny, kiedy już praktycznie nikt nie strzelał. To są bardzo dziwne okoliczności, tym bardziej, że ludzie doskonale wiedzieli, kto wtedy pomagał Polakom.

 

Miał pan spore obawy związane z filmem „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, które się nie sprawdziły, prawda?

Film jest okrutny i wbija w fotel. Po wyjściu z kina ma się ochotę przytulić do bliskich albo spędzić czas z przyjaciółmi. Ten film porusza, nawet bardzo, ale ja się bałem, że on będzie dużo gorszy. Widzę próby Smarzowskiego, aby chociaż trochę wytłumaczyć, dlaczego doszło do tej zbrodni i samo to jest cenne. On się „wije”, pokazując perspektywę ukraińską tak wiele razy, że ten film momentami robi się aż za bardzo dydaktyczny. Ale ja się obawiałem, że po obejrzeniu go będziemy broczyć po kolana we krwi, a jak film się skończy, to jedyne, co trzeba będzie zrobić, to wziąć cepy i motyki i iść zrobić odwet. A „Wołyń”, mimo okrucieństwa, moim zdaniem sprawiedliwie pokazuje, co się tam wydarzyło.

 

 

Mówi się, że banderowców na Wołyniu było stosunkowo niewielu. Dlaczego w takim razie rzeź wołyńska w ogóle miała miejsce?

Zawsze tak jest. Nazistów w Niemczech też było niewielu. Schematy są podobne: jest mała, ale zdeterminowana i zideologizowana grupa, często posługująca się przemocą oraz bierna większość, która chce tylko przeżyć i nie wychyla się. I to jest właśnie historia o tym, że niewielka, ale bardzo zdesperowana grupa może zrobić coś strasznego. Grzegorz Motyka szacuje, że łącznie w mordowaniu Polaków wzięło udział 40 tys. ludzi. Na Wołyniu wtedy mieszkało ok 5 mln Ukraińców. Przecież czapką mogliby ich nakryć. Jednak było to 40 tys. osób, które miały broń, wcześniej wzięły udział w pogromie Żydów, więc zabicie człowieka nie stanowiło dla nich żadnego problemu. Mieli jasny cel, byli dobrze zorganizowani.

 

Historia po raz kolejny udowodniła, że chora ideologia może tak głęboko zakorzenić się w ludzkich głowach, że są w stanie zmaltretować, z zimną krwią zamordować człowieka bez chwili zawahania. I to jest przerażające…

Okrucieństwa Wołynia nie da się w żaden sposób wytłumaczyć. Natomiast to, że oni byli zdeterminowani i mieli swoją ideologię, to także rezultat ówczesnego faszyzowania w Europie. Wielką traumą dla nich było to, że po I wojnie światowej nie powstało niepodległe państwo ukraińskie. Oni czuli się oszukani przez wszystkich. Uważali, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Dlaczego Wołyń był polski, skoro miał należeć do Ukrainy? Ponieważ Polacy weszli z armią, nie certolili się i zrobili wszystko metodą faktów dokonanych. Nie czekali na ustalenia mocarstw, po prostu tam weszli. Ukraińcy postanowili więc, że nigdy więcej nie dadzą się tak oszukać, że nigdy więcej żadnych sojuszy z Polakami. Wołyń został polski, mimo że Polaków było tam zaledwie 20%. W czasie II wojny Ukraińcy uważali, że Niemcy sobie pójdą, Rosjanie też, ale zostaną Polacy, którzy znowu tak zakręcą sytuacją, że nie powstanie niepodległa Ukraina. W 1943 roku postanowili się ich pozbyć. Pamiętajmy także o tym, że wtedy minęło zaledwie 10 lat od Wielkiego Głodu na Ukrainie. Oni patrzyli na swoją sytuację przez pryzmat tego, że Stalin zagłodził 3-5 mln ludzi. Dla nas teraz jest to bardzo odległe, ale oni o tym doskonale pamiętali. Mieli ogromną traumę, było to dla nich świeże. Ja staram się zrozumieć ich sytuację, ale wciąż powtarzam, że to nie usprawiedliwia tak okrutnego mordowania cywilów, kobiet, dzieci, niemowląt…

 

Pisząc książkę, korzystał pan z dzienników pastora Jelinka, który mówił, że „nie morduje ani nacja ani religia – mordować może tylko człowiek”. Spodobały mi się te słowa, bo one są bardzo trafne.

Pastor przede wszystkim zdjął mi z pleców tłumaczenie kontekstu polsko-ukraińskiego, bo jako Polak raczej byłbym mało wiarygodny. A Jan Jelinek zrobił to świetnie i jestem mu za to głęboko wdzięczny. Uważam nawet, że z perspektywy 70 lat, które minęły, jego oceny są wciąż bardzo trafne. Warto powiedzieć, że był on świętym człowiekiem. Sam uratował około 150 osób, i to lekko licząc. Przygotował także grunt pod to, aby jego parafianie mogli udzielić pomocy co najmniej 2,5 tys. ludzi. I pastor w kilku zdaniach celnie ocenia wszystkie nacje współżyjące w wiosce Kupiczów. Polakom dostaje się przede wszystkim za pychę, butę i arogancję oraz za traktowanie wszystkich z wyższością. Opisuje też, jak Polacy po zajęciu Zaolzia z dnia na dzień zaczęli źle traktować Czechów, z którymi się wcześniej przyjaźnili. I pisze, że nikt Polakom źle nie życzył, ale Czesi mówili w 1939, że mają Polacy to, o co sami się prosili. Myślę, że te słowa, szczególnie dzisiaj, powinny nam zabrzmieć w uszach, bo znowu Polska czuje się pewna, silna, lepsza od innych. Ostatnio, kiedy się tak czuliśmy, zapłaciliśmy za to bardzo wysoką cenę.

 

Wśród Sprawiedliwych z Wołynia byli również tacy, którzy w dość nieoczywisty sposób pomagali Polakom. Opisał pan mężczyznę, który notorycznie się upijał albo udawał pijanego tylko po to, aby nie jechać z banderowcami na akcję. Czy spotkał się pan z większą liczbą takich przypadków?

Jest postać Czerwonego Iwana, który należał do UPA i jeździł na akcje. Słyszałem o nim od czterech osób, ale mimo sporego czasu, jaki poświęciłem jego historii, nie udało mi się ustalić nawet jego nazwiska. Wiem tyle, że musiał być ktoś taki, bo ludzie, zupełnie niezależni od siebie, o nim opowiadają, więc nikt go nie wymyślił. Poza tym pani Janina Adamczuk, bohaterka książki, widziała go na własne oczy w akcji. Co takiego robił Czerwony Iwan? Jechał na akcje z banderowcami, ale kiedy mieli strzelać zaczynał marudzić: „A po co to strzelać? Puścić tę hołotę do lasu i tak ich wilki zjedzą. Szkoda kuli. I tak nie mamy amunicji. Przyjdzie się potem strzelać z Niemcami to nie będziemy mieć czym”. Po prostu szedł i tak marudził. Osobiście znam dwie osoby, które mężczyzna w ten sposób uratował. W 1944 roku uciekł z UPA, jednak rok później został odnaleziony i zastrzelony przez banderowców, ponieważ zorientowali się, co robił mężczyzna.

Jest dużo takich nieoczywistych historii. Na przykład ojciec pani Szury, który jako młody chłopak pracował u polskiego pana. Kiedyś rąbał drzewo i drzazga mu strzeliła w oko – udało się ją usunąć, ale do końca życia już nie widział na to oko. Pani Szura raz powiedziała: „Wiktor, jakie to jest wielkie szczęście” [Na Ukrainie nie są w stanie zapamiętać imienia Witold, a imię Wiktor powszechnie funkcjonuje, dlatego też nazywają tak reportera – przyp. red.]. Ja się zastanawiałem, co ona w ogóle mówi, z czego tu się cieszyć. „Wiktor, jak banderowcy szli na akcję, to spotkali ojca, który wracał od teścia z drugiej wioski. Był napity, ale kazali mu iść z nimi. Jednak jeden z nich powiedział, że niepotrzebny jest im ktoś, kto nie dość, że jest pijany, to jeszcze ślepy. I gdyby ojciec miał to oko zdrowe, to musiałby iść mordować”. Była w grupie banderowców część osób, które były zwyczajnie zastraszone, tak jak mężczyzna, o którym opowiada córka w książce. Przez cały 1943 się upijał, ponieważ bał się własnych braci i tego, że go zabiją. Zapewne też się „znieczulał”, ponieważ był na jednej akcji i widział, jak to wygląda. Piękne jest zdanie, które mówi ta bohaterka, że przez cały rok 1943 jej ojciec był pijany, a po wojnie to jego bracia, którzy jeździli na akcje, ciągle się upijali, a on już zawsze był trzeźwy.

 

Wspomniana przez pana bohaterka książki opowiada, że ona wtedy nie rozumiała tego, dlaczego jej koleżankom ojcowie przywożą ładne, nowe rzeczy „po Polakach”, a jej ojciec tylko pije. Dopiero po latach to do niej dotarło.

Ona nie pamiętała żadnych Polaków w swojej wsi. To nie znaczy, że ich tam nie było. Czasami w wioskach, gdzie przeważali Ukraińcy, Polacy nosili się „po ukraińsku”, nie wyróżniali się. Kiedy mówiło się, że coś jest „po Polakach”, to jej się nie kojarzyło, że jest to po jakichś ludziach. Myślała, że jest jakaś kraina, która się nazywa Popolakowo i tam inni ojcowie jeżdżą i przywożą ładne rzeczy. A jej ojciec był ciągle pijany i nie potrafił tam jechać i przywieźć dla niej np. nowej sukienki. Ona bardzo wstydziła się tego. Ale dla niej jako 5,6-letniej dziewczynki to było oderwane od jakiegokolwiek kontekstu, że ludzie cierpią – po prostu myślała, że jest jakaś wioska, do której się jeździ i można wziąć stamtąd rzeczy za darmo. To też jest bardzo ciekawe, jak dzieci to sobie tłumaczyły. Na Wołyniu była taka bieda, że w domu wszyscy musieli się niesamowicie cieszyć, kiedy ojciec wracał z tymi zdobyczami. A wspomnianej dziewczynce musiało być niewiarygodnie smutno.

 

Jak teraz wygląda Wołyń? Czy on się bardzo różni od tego z 1943 roku?

Nie, jest przewaga domów drewnianych, tak jak przed wojną. Jest mało traktorów i samochodów. Większość gospodarzy, jeśli ma kawałek ziemi i siłę, żeby się nią zajmować, ma konika. Latem bryczka, zimą sanie. Wygląda prawie identycznie jak przed wojną. Są takie wioski jak Trościaniec, który Rydz-Śmigły wizytował w 1935 roku, wjeżdżasz tam i masz wrażenie, jakby Rydz-Śmigły zaledwie chwilę wcześniej stamtąd wyjechał. Ludzie mają tam emerytury pokołchozowe, które są śmieszne: 80-100 zł. Ceny w sklepach są takie jak w Polsce. Więc oni mają tyle, ile są w stanie wyhodować w swoim ogródku. Jest to życie bardzo zbliżone do rytmu natury. Wiosną, jak tylko ziemia zaczyna coś rodzić, oni są już w lesie. Zaczynają się pierwsze cieplejsze dni, to już kraniki i oskołę, czyli sok z brzozy zbierają. I żyją tak do późnej jesieni, dopóki rosną grzyby. Pani Szura zna takie gatunki, że na początku bałem się je u niej jeść, bo nigdy o nich nie słyszałem. Ale ludzie są tam do tego zmuszeni. Inaczej by nie przetrwali za pieniądze, które dostają. Całe chaty są wypełnione słojami. Potem przychodzi zima i zwłaszcza starsi ludzie popadają w letarg – zimują z plecami opartymi o piec, czynności życiowe ograniczają do minimum. I mimo że trudno jest wtedy dojechać do niektórych wiosek, to dla mnie był to bardzo dobry moment na rozmowę z nimi – nikt się nigdzie nie spieszy, nie musi wkładać dyni do słoika czy zdążyć zebrać grzyby, zanim słońce zajdzie. To dobry moment, aby wypić sobie horyłkę i powspominać.

 

 

W książce jest taki fragment, kiedy pani Szura mówi, żeby jej żadnego telewizora w ramach podziękowań nie dawać. Mógłby pań opowiedzieć tę historię?

Pani Szura, która jest absolutnie chodząca dobrocią, modli się za Polaków i dba o ich groby. Gospodarz rodziny, której kobieta sprzedaje mleko, powiedział: „Ta babcia jest waszym skarbem narodowym. Pisałem do polskiego konsulatu, żeby jej chociaż jakiś telewizor dali za to, co dla was robi, ale odpisali mi, że oni telewizorów nie dają i że nie są w stanie jej pomóc”. Kiedy dzień czy dwa później rozmawialiśmy, kobieta powiedziała: „Wiktor, ale ja mam do was wielką prośbę, żebyście mi żadnego telewizora od ambasadora nie załatwiali. Mnie nigdy nie chodziło o żaden telewizor”. I to jest jedyny moment w książce, kiedy pozwalam sobie na komentarz, bo zazwyczaj tylko opisuję. Ale wtedy mocno się wkurzyłem: „Pani Szuro, niech się pani nie martwi, nikt nie zamierza pani dawać żadnego telewizora. Nas w historii tylko mordowali. Nie ma u nas miejsca na takich, którzy nas ratowali, modlą się za nas czy wieszają na krzyżach ruczniki”. I to jest bardzo smutne, bo oczywiście nie chodzi o żaden telewizor, ale o to, że nikt nawet ręki nie przyjechał jej uścisnąć. O to, żeby majestat Polski choć raz zagościł w jej chacie i podziękował w jakiś mały, symboliczny sposób. Wielu czytelników książki pisało, że chciałoby jej coś wysłać na święta, więc pojedzie do niej paczka i listy z Polski. I to jest piękne. Ale z drugiej strony chciałbym, żeby władze Rzeczpospolitej w jakiś sposób oficjalnie podziękowały pani Szurze.

 

To prawda. Polacy lubią robić z siebie męczenników. Sama po sobie widziałam, jak mając podstawową wiedzę o Wołyniu, potem oglądając film Smarzowskiego, nawet przez chwilę nie pomyślałam, że mogli być tam także dobrzy Ukraińcy, którzy ratowali. I mam wrażenie, że niestety tak jest z większością polskiego społeczeństwa.

To jest taka nasza cechą narodowa, że nie potrafimy być wdzięczni. Oczekujemy, że cały świat będzie nam współczuł i szantażujemy go naszym cierpieniem. Nie możemy zrozumieć, że każdy kraj w swoje historii cierpiał: Indianie w czasie eksterminacji, Ukraińcy podczas Wielkiego Głodu, Kambodżanie w czasie rządów Pol Pota, obecnie Syryjczycy w Aleppo. Współistnienie z innymi państwami w świecie nie polega na tym, żeby non stop przypominać, że cierpieliśmy. Miarą dojrzałości narodowej jest wzięcie na klatę tego, że ma się również czarne karty w historii, a także przyznanie, że byli też tacy, którzy próbowali nas ratować.

Wymagamy od Ukraińców zachowywania się dojrzale w sprawie Wołynia. I tak byłoby najpiękniej, gdyby oni poczytali o tym, zastanowili się, przeprosili. Ale pamiętajmy, ile czasu nam zajmuje uporanie się z pewnymi sprawami. Wymagamy od nich czegoś, czego sami nie jesteśmy w stanie przeskoczyć.

 

Idealnym podsumowaniem naszej rozmowy wydają się słowa pastora Jana Jelinka: „To człowiek morduje i tylko człowieka należy winić”.

W połowie wojny pastor Jelinek swoim parafianom powiedział, że nawet jeśli spotkaliby Hitlera, a on poprosiłby ich o pomoc, to jako chrześcijanie mają obowiązek to zrobić. Mają go nakarmić, przyodziać, pocieszyć, a dopiero potem mogą myśleć, czy nie trzeba go oddać władzy, czy zamknąć w więzieniu. Ale ich pierwszym chrześcijańskim obowiązkiem jest pomóc. Nawet Hitlerowi. To istne szaleństwo, ale głęboko się z nim zgadzam. Przecież nie ma czegoś takiego, jak mawiali Polacy przed wojną, że Ukraińcy mają czarne podniebienia. Albo jak mówią do dziś, że to nacja z tendencjami do okrucieństwa i przemocy. Nie ma takich nacji. Są tylko okoliczności, które mogą wykształcić charakter. Co ciekawe, w tych samych warunkach mogą dorastać ludzie, z których jeden pójdzie mordować, a drugi ratować. Znane są historie, kiedy w jednej z wołyńskich rodzin byli bracia wychowani przez tych samych rodziców, chodzący do tej samej szkoły czy cerkwi. I dwóch z nich bestialsko zabijało Polaków, a trzeci jak szalony jeździł i próbował ratować. I to właśnie pokazuje, że pastor Jelinek miał 200% racji, bo „morduje człowiek i to człowieka należy winić”.

 

Czytaj także recenzję książki „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”

 

Wpisy

Zainteresowana szeroko pojętą literaturą faktu, w szczególności reportażem i wywiadem, a także filmem rysunkowym w służbie propagandy. W pracy dziennikarza najbardziej ceni kontakt z ludźmi. Miłośniczka muzyki z lat 70. i 80. Uwielbia pomagać, dlatego też mocno angażuje się w działania Szlachetnej Paczki. Laureatka nagrody Nadzieja Mediów 2017. Była wicenaczelna magazynu Nowy Folder.