/

,,Wszyscy dziwni rock and rollerzy”, czyli… fenomen musicalu rockowego

Nowy Jork, Manhattan. Broadway jest wyjątkowo cichy. Zamilkły sceny Belasco i Hayes’a, w ciszy oczekuje teatr Gershwin. Broadway, który wymknął się równej siatce ulic Manhattanu, który zawsze prezentował to co nowe, świeże i odważne, tym razem musiał zastosować się do reguł. Do 7 czerwca, w związku z epidemią wszystkie pokazy zostały zawieszone.

Broadway rzadko podporządkowuje się zasadom – nie chodzi jednak tu o regulacje prawne, lecz kwestie światopoglądowe. W swoim repertuarze często poruszał tematy odważne i kontrowersyjne, dające małego kuksańca. Szczególnie gdy zasiedzieliśmy się w fotelu, uznając, że mamy już wszystko ładnie i schludnie poukładane. Niezwykle chlubną kartą w tym buntowniczym repertuarze są rockowe musicale. Ostatnio przypomniał nam o nich (w dobie pandemii i Netflixa) młodzieżowy serial Riverdale, który w swoim tradycyjnym muzycznym odcinku odniósł się do już nie tak tradycyjnego musicalu (który znajdzie się w tym zestawieniu). Musical rockowy to przedziwny rodzaj sztuki, w której bohaterami z reguły są wyrzutki i odmieńcy, ci niedopasowani do społeczeństwa, ci zbyt biedni, zbyt hippie, zbyt inni. Opowiadają historie o swojej młodości i buncie przeciwko statusowi quo. W tym królestwie tańczenia na stołach, dialogu gwałtownie przerywanego piosenką (która nikogo nie dziwi), właściwie wszystko jest możliwe. Tymi cechami musicale rockowe podbiły serca widzów, a niektóre po ogromnym sukcesie na deskach teatru, zostały przeniesione na srebrny ekran. Oto kilka z tych, które wyjątkowo zapisały się na kartach historii.


HAIR (1967, ekranizacja 1979, reż. Miloš Forman)

Kiedy na deskach Broadwayu dominowały „bezpieczne” musicale – nie wyróżniające się strukturą i muzyką, Hair był przełomem. Gerome Ragni i James Rado pozwolili by zamiast tradycyjnej narracji do musicalu wplótł się chaos i rockowa anarchia, a utwory, zamiast popychać historię do przodu, wyrażały emocje, skupiając się na aktualnych tematach – politycznych i społecznych. Ekranizacja Miloša Formana podąża tym śladem. 

Główny bohater Claude Bukowski – chłopak z Oklahomy, przyjeżdża do Nowego Jorku, aby stawić się do wojska. Zanim jednak to się stanie ma dwa dni, aby pozwiedzać miasto. W Central Parku natyka się na grupę wyzwolonych hipisów, którzy zachowują się zupełnie odmiennie, od tego co Claude dotychczas znał… Ci są zagorzałymi pacyfistami, nieskrępowanymi zasadami przyzwoitości czy etykiety, żyjący w kontrze do moralnych obyczajów. Ich podejście do seksualności czy narkotyków jest równie swobodne co długie fryzury, które noszą. Przede wszystkim jednak nie przejawiają amerykańskiego, niczym nieograniczonego patriotycznego optymizmu. Claud stopniowo daje się porwać tej nowej fali… Czy jednak ma być to jednorazowa przygoda, czy faktyczne wyrzeczenie się wartości konserwatywnej Ameryki?

„Hair” często określany jako pierwszy rockowy musical. Bardzo dobrze oddawał ducha swoich czasów, tego co działo się na ulicy – kontrkultury, ruchów pacyfistycznych, poluzowania obyczajów, protestów przeciwko wojnie w Wietnamie, anarchizmu rocka, no i właśnie… mody na długie włosy. Kilka utworów stało się symbolem buntu przeciwko tradycyjnym wartościom – „Trzy-pięć-zero-zero” stał się hymnem przeciwko wojnie w Wietnamie. W filmie wpada w ucho śpiewana z przymróżeniem oka tytułowa piosenka „Hair” – (Zapytała mnie, dlaczego?/ Jestem po prostu włochaty gościem/ Długie włosy w dzień i w noc), ale pacyfistyczny ton filmu najsilniej oddaje  scena odlotu żołnierzy z utworem „Let the Sunshine In”.

THE ROCKY HORROR PICTURE SHOW (1973, ekranizacja 1975, reż. Jim Sharman)
 
Jest nazywany typowym midnight movie. Określenie to wywodzi się z praktyk lokalnych amerykańskich telewizji w latach 50. Jak możemy się domyślić o północy nie leciał tam najnowszy Hitchcock, czy Billy Wilder. Prędzej pół kiczem, pół nędzą. Godzina ta była zarezerwowana dla niskobudżetowych filmów gatunkowych, a w transmisji często brał udział złośliwy komentator. Obecnie terminu midnight movie używa się zarówno w odniesieniu do filmu klasy B, jak i jako synonim filmu kultowego. „The Rocky Horror Picture Show” jest i tym i tym. I czymś jeszcze więcej…
 
Oryginalny plakat musicalu reklamował go jako „rock&roll’owy” horror fantasy, oparty na motywie Frankensteina. Kiedy Janet i Brad – świeżo zaręczona para, wyruszają samochodem w odwiedziny dr Everetta V. Scotta, nie spodziewają się, ze zapamiętają tą wycieczkę na długo. W trakcie drogi pogoda się pogarsza, samochód łapie gumę, a para w poszukiwaniu telefonu trafia do zamku (nie zniechęca ich nawet napis: „wejście na własną odpowiedzialność”). Jak się okazuje, odbywa się w nim przyjęcie… transwestytów z Transylwanii. Kiedy na imprezę przybywa szalony gospodarz doktor Frank-N-Furter i po zaprezentowaniu swoich tanecznych umiejętności (kroki rozpisuje nam na tablicy tajemniczy narrator), prezentuje swój wynalazek, para będzie musiała pogodzić się z absurdalnym przebiegiem zdarzeń. A także zredefiniować swoje podejście do świata – co jest normą, a co kompletnym szaleństwem? Trzeba jednak zaznaczyć, że choć film ma swój urok, i według wielu widzów uczy otwartości, to nadal… jest to film klasy B. Sposób w jak bohaterowie są sportretowani niekoniecznie sprzyja budowaniu pozytywnego wizerunku odmienności. To co kiedyś nęciło szaleństwem i nowością, dzisiaj nie do końca takie jest i w tym aspekcie wydaje się, że film mocno się zestarzał.
 
Co się nie zestarzało to kult jakim jest otoczony: ,,„The Rocky Horror Picture Show”, od czasu pierwszego nowojorskiego pokazu o północy w Waverly, w Prima Aprilis w 1976 roku, przez następne 6 lat obejrzało ponad 5000 widzów tygodniowo, tylko o północy, w prawie 200 kinach w USA. ” pisał Roy Shuker w Understanding Popular Music. Chociaż film początkowo nie był sukcesem kasowym, kiedy zaczęto wyświetlać go o północy (czas zarezerwowany dla filmów ze słabymi wynikami sprzedaży) zaobserwowano przedziwne zjawisko. Na widowni zaczęły pojawiać się te same osoby. Wielokrotnie. Widzowie przychodzili w kostiumach, przynosili rekwizyty, krzyczeli odpowiedzi do ekranu. Powstały specjalne poradniki co krzyczeć i w jakich momentach. Np. w trakcie piosenki „Sweet Transvestite”, kiedy dr Frank robi szczególnie długą przerwę pomiędzy sylabami „antici” i „pation” (‚oczekiwanie’) widzowie krzyczą „Powiedz to!”. Istnieje nawet scenariusz, który można znaleźć w internecie. Ma 24 strony przez które najzupełniej nie warto przechodzić.

THE ROCKY HORROR PICTURE SHOW (1973, ekranizacja 1975, reż. Jim Sharman)
 
Jest nazywany typowym midnight movie. Określenie to wywodzi się z praktyk lokalnych amerykańskich telewizji w latach 50. Jak możemy się domyślić o północy nie leciał tam najnowszy Hitchcock, czy Billy Wilder. Prędzej pół kiczem, pół nędzą. Godzina ta była zarezerwowana dla niskobudżetowych filmów gatunkowych, a w transmisji często brał udział złośliwy komentator. Obecnie terminu midnight movie używa się zarówno w odniesieniu do filmu klasy B, jak i jako synonim filmu kultowego. „The Rocky Horror Picture Show” jest i tym i tym. I czymś jeszcze więcej…

RENT (1996, ekranizacja 2005, reż. Chris Columbus)

„Rent” to rockowy musical oparty luźno na na operze La Bohème Giacomo Pucciniego. Wersja filmowa w reż. Chrisa Columbusa powstała w 2005 roku. Musical przedstawia losy grupy przyjaciół żyjących w zaniedbanym bloku East Village na Manhattanie, ledwo wiążących koniec z końcem, ale wyznającymi konkretne życiowe zasady, charakterystyczne dla artystycznej bohemy. Wartości te często są testowane, gdy mierzą się z wieloma problemami – uzależnienia od narkotyków, choroby AIDS, nie stać ich nawet na zapłatę tytułowego czynszu (nawet ubiegłorocznego, jak słyszymy w jednej z piosenek), a dzielnicy grozi zawłaszczenie przez bogatych inwestorów. Główną siłą musicalu są bohaterowie, którzy napędzani potężną energią, będącą udziałem całej East Village, buntują się przeciwko rzeczywistości dookoła. Bohaterowie walczą przeciwko objętości – społeczeństwa, miasta, inwestorów, walczą o swoją godność i prawo do życia na swój sposób. Mimo, że nie mają nic, za wszelką cenę próbują utrzymać się na powierzchni. 

„Rent” to bogaty zestaw aż 28 utworów. Choć trudno wybrać numer jeden, to piosenką, która wydaje się najlepiej oddawać przekonania bohaterów jest „La Vie Boheme” – swoista słodko-gorzka oda do kreatywności i pochwała życia na bakier. Wszystkie wartości grupy wyrażone są w jednym długim toaście: „Za dni inspiracji / Za obijanie się, robienie czegoś/ Z niczego, potrzebę / Do wyrażania się (…) /Za piwa z domowych browarów / Za jogę, za jogurt / (…) Za każde tabu, (…) Ginsberga, Dylana, Cunninghama i Cage’a.”

HEDWIG AND THE ANGRY INCH (1998, ekranizacja 2001, reż. John Cameron Mitchell)

Zespół glam-rockowy Hedwig and the Angry Inch jest w trakcie trasy po upadającej sieci restauracji, serwujących owoce morza – Bilgewater, podążając w ślad za wielką gwiazdą rocka Tommym Gnosis’em. Liderem i głównym duchem artystycznym zespołu jest nosząca charakterystyczną blond perukę drag queen Hedwig. W piosenkach, które wykonuje przed niedowierzającą widownią, opowiada historię swojego życia – poprzez surowe dzieciństwo w Berlinie Wschodnim, pierwszy związek, nieudaną operację zmiany płci (tytułowe Angry Inch), wyjazd do Stanów, oraz pierwszą prawdziwą miłość i końcowy zawód…

,,Hedwig and the Angry Inch” to zdecydowany faworyt muzyczny w tym zestawieniu. Oparty na muzyce scenicznej Johna Mitchell’a i Stephena Trask’a, na jego soundtrack składa się 17 utworów. W piosenkach widzimy jak ewoluują przekonania Hedwig – od „The Origin of Love”, przez „Wig in a Box” i „Exquisite Corps” po końcową „Midnight Radio”. Hedwig w swoich piosenkach odwołuje się do mowy Arystofanesa w „Uczcie” Platona. Według mitu ludzie początkowo byli istotami o czterech rękach i nogach oraz głową o dwóch twarzach. Gniewni bogowie, obawiając się potęgi człowieka, podzielili go na dwie odrębne części, skazując każdą z nich na wieczną tęsknotę za drugą połową. W trakcie filmu Hedwiga zmienia swoje nastawienie – początkowo próbuje odnaleźć poczucie kompletności w zewnętrznych źródłach – w nieudanych związkach, na koniec uświadamia sobie, że prawdziwą drugą połowę może odnaleźć jedynie w sobie – kochając siebie.

Fabuła filmu może się podobać bardziej lub mniej, ale znajomość historii, która stoi za piosenkami, sprawia, że utwory poruszają w nas wrażliwą strunę, a wiele z nich od razu się zapamiętuje. To właśnie repertuar muzyczny Hedwig został wykorzystany w muzycznym odcinku Riverdale. Jeśli ma to o czymś świadczyć, to zdecydowanie o fakcie, że piosenki rockowych musicali się nie starzeją, wciąż są synonimem łamania statusu quo i konfrontacji tabu. Jednocześnie muzyka dodaje temu buntowi lekkości i energii. Tak więc, razem z Hedwig możemy wznieść toast: to ,,All the strange rock and rollers, You know you’re doing all right” (I wszyscy dziwni rock and rollerzy/ Wiecie, że dobrze sobie radzicie)!

 

Obrazek wyróżniający: Riverdale, „Chapter Seventy-Four: Wicked Little Town”

Wpisy

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię dobrze opowiedziane historie. W kinie czasem się to udaje, a wtedy warto o tym napisać. Jeśli nie, tym bardziej?
(https://www.filmweb.pl/user/Agata_Ikanowicz)