Wszyscy jesteśmy uchodźcami

 

Wojny, głód i klęski żywiołowe stawiające ludzi przed wyborem: ucieczka albo śmierć, są stare jak świat. Coraz częściej jesteśmy zasypywani doniesieniami z Syrii, Palestyny czy Ukrainy o kolejnych konfliktach i ich ofiarach. Tylko po co nam te wiadomości, skoro najczęściej stajemy się gapiami biernie przyglądającymi się tragedii? A może nie jesteśmy cyniczni i źli, tylko nie umiemy skutecznie nieść pomocy?

 

 

 

Między innymi z takimi myślami musiałem się zmierzyć, czytając „Miasto cierni” Bena Rawlence’a. Autor opisał historie ludzi mieszkających w największym obozie dla uchodźców na świecie. Kompleks obozów we wschodniej Kenii z założenia miał być etapem przejściowym i ratunkiem dla Somalijczyków uciekających przed głodem, wojną i terrorystami z Asz-Szabab. Szybko jednak okazało się, że organizacje pomocowe, w tym ONZ, nie radzą sobie ze skalą migracji. W szczytowym okresie o azyl ubiegały się setki, a nawet tysiące osób tygodniowo. Obozy zamieniły się w slumsy zamieszkane przez ludzi pozbawionych jakichkolwiek środków do życia. Z powodu niewielkich racji żywnościowych, braku pracy, a później głodu, chorób, przemocy, gwałtów i terroryzmu codzienność  w Dadaab stała się nie do zniesienia. Mieszkańcy szybko zdali sobie sprawę, że nieudolne, często skorumpowane organizacje nie są w stanie im pomóc, a obóz, zamiast szansą na normalne życie, stał się ich domem i jednocześnie więzieniem. W takiej rzeczywistości  poznajemy głównych bohaterów m. in. Niszo, Guleda, Iszę i Chejro.

Mimo dotykania tak złożonych problemów (od konfliktów między państwami Rogu Afryki, nieudolnej działalności ONZ po codzienne trudności pojedynczych rodzin), autor obrazowo i  spokojnie prowadzi czytelnika przez 23 lata istnienia obozów. W książce nie brakuje krytyki, a może nawet gniewu, który skierowany jest do administracji ONZ, NGO-sów i światowych mediów. Jednak głos, w  większości należy do bohaterów. Nie są oni tylko częścią dehumanizujących statystyk i liczb podawanych przez media. Poprzez ich historię poznajemy nie tylko rzeczywistość, w której żyją, ale także specyfikę tradycji plemiennych i afrykańskiego islamu, o których nie zapomniano nawet w tak dziwnym, obozowym świecie.  W wyznaniach uchodźców dało się odczuć prawdziwe emocje, co budziło we mnie empatię i współczucie. Nie byłem tylko obserwatorem tych wydarzeń, ale na kilka dni zamieszkałem w największym obozie dla uchodźców.  Czułem piach i kurz wdzierający się pod ubrania, nieznośny upał i ulewy uniemożliwiające pracę, głód i pragnienie. Musiałem stawić czoła brakowi nadziei, bezradności i rozpaczy, które odczuwają uchodźcy w Dadaab. Złościłem się na bierność Zachodu. Zakochiwałem się, chciałem się uczyć, ale też żuć chat i pić z bezradności. Przede wszystkim jednak pragnąłem za wszelką cenę uciec i zapomnieć o obozie.

Myślę, że tak powinno się tworzyć literaturę faktu – bez popisów stylistycznych czy poetyckiego języka. Najprawdziwsze i najgłębsze doznania przychodzą wtedy, gdy ich źródłem jest szczerze opowiedziana historia. Dobry reportaż to taki, który przerywa milczenie i bierność czytelnika. To właśnie udało się Benowi Rawlence’owi.

 

 

Paweł Sadowski

 

 

„Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców”
Autor: Ben Rawlence
Wydawnictwo: Czarne

 

 

Przeczytaj także recenzje innych książek nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki:

„Sendlerowa. W ukryciu” Anny Bikont

„Petersburg. Miasto snu” Joanny Czeczott

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfganga Bauera

„Nie hańbi” Olgi Gitkiewicz