Centrum Kapuścińskiego

Hospicjum św. Michała Sopoćki w Wilnie prowadzone przez polską siostrę zakonną Michaelę Rak to jedyne hospicjum miejsce na Litwie. Reżyserka Kinga Dębska mówi, że ono zmienia ludzi. Jednak nakręcenie dokumentu o nim było trudniejsze niż przypuszczała.

 

Kinga Dębska (na zdjęciu z prawej) nakręciła film dokumentalny o wileńskim Hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki, które prowadzi s. Michaela Rak (na zdjęciu z lewej). Fot. Leszek Freund

 

Tytuł filmu, „Tu się żyje”, jest cytatem z wypowiedzi jednego z bohaterów. Czy Twoje wrażenie też było takie?
Zdecydowanie. I wydaje mi się, że udał nam się ten tytuł. Hospicjum to nie, jak się zwykle uważa, miejsce do umierania, ale także do życia. I choć to życie u krańca, to powinno być ono jak najpełniejsze i jak najprawdziwsze. Jedna z bohaterek filmu, pani doktor, która równolegle pracuje w szpitalu, powiedziała, że tak jak trzeba człowiekowi pomóc się urodzić, tak też trzeba mu pomóc odejść. Według mnie to kluczowe zdanie tego dokumentu. Chciałam, żeby ludzie przestali się tego miejsca tak bardzo bać. Chciałam tym filmem oswoić hospicjum, dla siebie i dla innych.

 
„Tu się żyje” nie był pierwszym pomysłem na tytuł…
Najpierw film miał się nazywać „Czerwony kapelusz”, bo siostra opowiedziała mi historię o młodej dziewczynie chorej na raka, bez włosów, która marzyła o czerwonym kapeluszu. I siostra jej taki kapelusz przywiozła, a ona ciągle w nim chodziła, potem jeździła na wózku, aż w końcu tak naprawdę w tym czerwonym kapeluszu odeszła. Ale jak przyjechaliśmy jej już nie było.

 
Do niedawna na Litwie nie tylko nie była znana idea hospicjum, ale nawet nie istniało takie słowo…
Hospicjum jako takiego faktycznie nie było. To stworzone przez siostrę Michaelę w Wilnie było niezwykle potrzebne, a teraz obok buduje się pierwsze hospicjum dla dzieci. Mam nadzieję, że ten film przyczyni się w jakimś stopniu do tego, by były na to pieniądze.

 
Skąd Twoje zainteresowanie tematem hospicjum?
Zaczęło się po śmierci rodziców. Poczułam, że chciałabym być wolontariuszem w takim miejscu, że jest mi to potrzebne. Moja zaprzyjaźniona pani doktor, która prowadzi szeroko zakrojoną działalność charytatywną powiedziała: – Kinga, lepiej zrób o tym film. To będzie bardziej przydatne. Pomyślałam sobie, że ma rację.

 
Ale to siostra Michaela wybrała Ciebie, a nie Ty siostrę Michaelę.
To prawda. Byliśmy z „Moimi córkami krowami” na festiwalu w Wilnie. Udzielaliśmy na żywo wywiadu w miejscowym radio i kiedy wyszliśmy ze studia, pani sekretarka zapytała mnie, czy zgodziłabym się porozmawiać przez telefon z bardzo znaną w mieście siostrą zakonną. Wzięłam słuchawkę. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, z kim mam do czynienia, że to osoba, która zmienia świat i ludzi. Siostra zaprosiła nas na obiad. Przyszliśmy do tego fantastycznego miejsca, radosnego, pełnego energii, gdzie człowiek po prostu dobrze się czuje. Zjedliśmy pyszny obiad, potem siostra nas oprowadziła po hospicjum. I nagle: – Wiesz, jest taka sprawa, bo ja chciałabym, żebyś Ty zrobiła film o tym hospicjum – mówi do mnie. Okazało się, że siostra widziała „Moje córki krowy” i chciała, żeby zrobić film o jej hospicjum w podobnym stylu. Stąd jej się wzięłam.

 

 

Zrobienie filmu o hospicjum w Wilnie skłoniło Kingę Dębską do napisania książki „Porozmawiaj ze mną”, która premierę miała 3 października. Fot. Zuzanna Szamocka

 
Od razu się zgodziłaś?
Nie. Powiedziałam, że nie robię dokumentów, wolę fabuły i przede wszystkim nie mam teraz czasu. Ale to miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie. – Wiesz co, to ja się będę za ciebie modliła – powiedziała siostra. I faktycznie, co kilka tygodni wysyłała mi sms-a „Modlę się za ciebie”. Ale w pewnym momencie przestała i to mnie zastanowiło. W końcu ja do niej napisałam z pytaniem, czy nadal się za mnie modli. – Modlę, modlę, tylko nie miałam czasu napisać – odpisała. I w ten sposób złapała mnie na wędkę.

 
Przyjeżdżając do hospicjum zdawałaś sobie sprawę, że to będzie tak trudne emocjonalnie?
Nie, ale chciałam zobaczyć, jak to jest. Musiałam wiele zrozumieć i oswoić, żeby się zdystansować i stworzyć historię, która poruszy widzów. Żeby to zrobić, sama spotykałam się poza zdjęciami z psychologiem, bo nie jest proste udźwignąć psychicznie taki film. Zresztą cała ekipa potrzebowała codziennie takiego oczyszczenia. Po każdym dniu zdjęciowym było w nas tyle emocji, wrażeń, wzruszeń, że z ekipą robiliśmy sobie terapię grupową.

 
W filmie jest dwóch głównych bohaterów: Waldemar i Wiktor. Obaj byli pacjentami, ale w trakcie realizacji filmu odeszli. Mieliście świadomość, że każde wasze pożegnanie może być tym ostatnim?
Tak. Kiedy ktoś z bohaterów odchodził, czuliśmy się tak, jakby odszedł członek rodziny. A Waldemar i Wiktor byli wyjątkowi, pokochaliśmy ich wszyscy naprawdę. W filmie jest scena, w której mieszkańcy hospicjum przygotowują palmy wielkanocne. Wiktor dał mi tę zrobioną przez siebie: teraz stoi u mnie w domu na parapecie. Myślę, że uwiecznienie na filmie powoduje, że wciąż w pewien sposób tutaj są. Śmierć nam towarzyszy, jest wokół nas, a w naszej kulturze jesteśmy kompletnie niegotowi na rozmowę o niej. „Moje córki krowy” były próbą rozmowy o odchodzeniu. Ten film jest jakby przedłużeniem tej rozmowy.

 

 

Film „Tu się żyje” ma pomóc zebrać siostrze Michaeli Rak fundusze na budowę pierwszego na Litwie hospicjum dla dzieci. Kadr z filmu

 
A jakie wrażenie zrobiła na Tobie siostra Michaela?
Operator po pierwszej wizycie w Wilnie powiedział – Siostra powinna być prezydentem. Ona jest dyplomatką, która wszystko załatwi w miły sposób. Niczego nie boi. Ale czego ma się bać: ma za sobą silne wsparcie. (śmiech) Jeździ samochodem łamiąc przepisy ruchu drogowego i mówi „Bóg mi wybaczy”… Ale mówiąc serio, siostra potrafi być bardzo ostra i zdecydowana. Bardzo podziwiam ją też za to, jak podeszła do mnie i naszego filmu. Zadzwoniłam do niej, czy chciałaby zobaczyć film przed premierą, którą planujemy na październik. – Wiesz co, ufam ci. Zrób go jak uważasz. Ja chcę go zobaczyć z widzami na premierze – powiedziała. A takie zaufanie zobowiązuje.

 
Siostra codziennie musi walczyć o hospicjum i jego przetrwanie, przez co nie spędza tam dużo czasu. Nie sądzisz, że pacjenci mogą na tym tracić?
Absolutnie nie: ona jest menadżerem, dyrektorem, nie musi być tam codziennie. Pacjenci mają na stałe lekarzy, pielęgniarki, sanitariuszy, psychologa, księdza, popa, spełniane są ich marzenia. Siostra tym wszystkim zarządza silną ręką. To miejsce jest zupełnie niezwykłe właśnie dzięki niej.

 
Czego nauczyło Cię robienie tego filmu?
Zrozumiałam, że nie ma co czekać z realizacją marzeń. Utkwiło we mnie zdanie pani psycholog: – Oni wszyscy mieli inne plany… Ja też nie wiem, jakie los ma plany wobec mnie. Może będę żyła długo i szczęśliwie, ale może nie? Finał jest taki, że kupiliśmy dom w Milanówku. Hospicjum uświadamia też, że wszyscy jesteśmy sobie równi, uczy tolerancji i uważności na drugiego człowieka. Pokazuje to bardzo wyraźnie, że w naszym życiu liczą się chwile.

 

Rozmawiała Lena Gontarek

 

 

Film Kingi Dębskiej „Tu się żyje” będzie można zobaczyć we wtorek 30 października o 23.00 w  TVP2.

Zobacz też:
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...
Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Wywiad Agnieszki Kapeli
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...

Name required

Website