Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale możecie się nie dowiedzieć


W poczuciu rzetelności i obowiązku zdecydowałam się w końcu przeczytać obywatelski projekt o zmianie ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r., czyli ciąg dalszy „Stop pedofilii” i zakazu edukacji seksualnej. Nie sądziłam, że to, co zobaczę, okaże się aż tak manipulatorskie i dalekie od prawdy o tym, jak wygląda taka edukacja.


Właściwie już pierwsze słowa pisma, stanowiące o celu zmiany ustawy, powinny wystarczyć do natychmiastowego odrzucenia projektu. Mowa w nich o ochronie dzieci i młodzieży przed „deprawacją seksualną” czy „demoralizacją”. Rzecz, która chyba najbardziej się rzuca w oczy, to język. Jak na oficjalne pismo urzędowe, wyjątkowo nacechowany emocjonalnie. Autorzy wrzucają w górny cudzysłów słowo „edukacja”, żeby pokazać ironizowanie pojęcia. Chociaż może słusznie, bo prezentowany przez nich rzekomy program edukacji seksualnej, faktycznie daleki jest od prawdy.


Przede wszystkim, nieprecyzyjnie zrozumiane zostało całe pojęcie edukacji seksualnej, która nie dotyczy jedynie współżycia lub antykoncepcji. Pomijając już absolutnie kluczową sprawę, jaką jest profilaktyka chorób przenoszonych drogą płciową, jest to dyscyplina z holistycznym podejściem do seksualności i dotyczy także innych aspektów czy płaszczyzn psychofizycznych. W 2002 r. Światowa Organizacja Zdrowia zwołała specjalistyczną naradę, celem zdefiniowania pojęć z tego zakresu. Edukacja seksualna została określona jako „nauka o kognitywnych (poznawczych), emocjonalnych, społecznych, interaktywnych i fizycznych aspektach seksualności”. Ma ona respektować prawa człowieka, przede wszystkim prawo do wiedzy i informacji, oraz być źródłem rozwijania asertywności, umiejętności komunikowania o swoich potrzebach (czyli komunikaty „ja”), poczucia bezpieczeństwa i atrakcyjności oraz biologicznego poznawania własnego ciała i seksualności.


Mam wrażenie, że ludzie zwalczający edukację seksualną, albo lubią zniekształcać rzeczywistość na swoją korzyść, albo ulegają tzw. efektowi potwierdzenia – uznają za prawdę to, co jest bliższe ich przekonaniom i wartościom. W ustawie możemy przeczytać o tym, co rzekomo mówi WHO i BZgA w „Standardach Edukacji Seksualnej w Europie”. Zdaniem autorów ustawy, jest tam zapis o tym, że:


„dzieci w wieku 0-4 powinny otrzymać informacje nt. masturbacji i czerpania przyjemności z dotykania własnego ciała. Wprowadzeniem do tego mogą być rozmaite „zabawy seksualne” jak np. „zabawa w doktora”, dotykanie genitaliów czy nazywanie intymnych części ciała, których praktyczne scenariusze znajdują się w książkach do „edukacji seksualnej”


Miałam okazje przeczytać całą pozycję, do której odwołują się wzburzeni obywatele i rzeczywiście znalazłam wymienione przez nich hasła, jak np. „zabawa w doktora”. Problem w tym, że w docelowym źródle miały całkowicie inny sens. Autorzy ustawy sprytnie manipulują odbiorcą, poprzez relatywizacje rzeczywistości. Tekst „Standardów…” informuje o tym, że, według badań, dzieci w wieku 2-3 lat zaczynają odkrywać własne ciało i się nim interesować, poprzez np. autostymulacje. Zaczynają także interesować się ciałem innych – wspomniana „zabawa w doktora” lub inna, w którą bawiło się chyba każde dziecko, czyli „dom” (jest o tym mowa w Rozdziale 3, w części zatytułowanej „Psychoseksualny rozwój dzieci”). Nie ma ani słowa o dotykaniu genitaliów dzieci, ani „wprowadzaniu zabaw seksualnych”, bo tak ten zapis można też rozumieć. Definicji „wprowadzenia” jest wiele, a jedna z nich mówi o „zaznajomieniu kogoś z czymś”, więc mniej dociekliwe osoby czytając taką ustawę, mogą zrozumieć ten zapis, jakoby to rodzice mieli wykonywać na dzieciach podobne czynności.


Po takim wstępie ustawa skupia się na szczegółach dokumentu WHO i BZgA. Autorzy zamieszczają krótkie informacje z matrycy, będącej ostatnim punktem „Standardów…”. Wybiórcze informacje, które zostały zamieszczone w tekście autorów ustawy, są wymienione hasłowo lub przekształcone na korzyść autorów, co bez odpowiedniego zapoznania się z dokumentem, może wydać się szokujące. O dzieciach w wieku 4-6 czytamy w ustawie:

Dzieci w wieku 4-6 lat powinny już umieć świadomie wyrażać swoją seksualność oraz własne uczucia seksualne takie jak podniecenie. Mają też czerpać przyjemność i radość z masturbacji.”


Matryca, z której pochodzi wybitnie sparafrazowany przez autorów zapis, została zaprezentowana w formie tabeli podzielonej na: informacje, umiejętności oraz postawy. Dziecko uczestniczące w lekcji dostaje informacje na konkretny temat i zdobywa umiejętności, które umie potem wykorzystać w praktyce. Zajęcia jednocześnie kształtują w młodym człowieku odpowiednie postawy.


Jeśli chodzi o seksualność w grupie wiekowej 4-6 – według „Standardów…”, dziecko ma otrzymać informacje na temat radości i przyjemności z dotykania i odkrywania własnego ciała oraz uzmysłowić sobie, że fizyczna bliskość stanowi normalną część życia ludzkiego i jest sposobem wyrażania miłości i sympatii. Umiejętności, jakie dziecko zdobywa po tej lekcji, to: uzyskanie świadomości tożsamości płciowej, rozmowa o przyjemnych i nieprzyjemnych odczuciach dotyczących własnego ciała oraz wyrażanie własnych granic. Takie zestawienie ma kształtować w dziecku miłość do swojego ciała (jego pozytywny obraz i akceptację) oraz szacunek do innych osób (właśnie poprzez postawienie granic).


Tak jak mówiłam, autorzy ustawy w tym wypadku nie zmienili może sensu matrycy, ale zapisali informacje w niej zawarte w formie wybiórczych haseł, nie wspominając o rzeczach, które wielokrotnie (w praktycznie każdej części dokumentu) podkreśla WHO i BZgA, czyli elastyczność wszystkich punktów, różny sposób pojmowania seksualności oraz dostosowanie przekazu do wieku. Ten ostatni jest chyba najważniejszy, ponieważ wiedza na wszystkie tematy, może być przekazywana w naprawdę różny sposób, ale musi być przekazywana. Dla małego dziecka, które pyta, skąd się biorą dzieci (a jak wiemy z tekstu WHO, małe dzieci są ciekawe takich rzeczy) informacja, że z „brzucha mamy”, może okazać się odpowiednio dostosowana, ale zdecydowanie lepsza niż „dowiesz się, jak dorośniesz”, czy, co gorsza, „przynosi je bocian”. W samej matrycy zapis o przekazywaniu informacji dotyczących prokreacji w tej grupie wiekowej brzmi: „Rozmowa dotycząca kwestii prokreacji z wykorzystaniem odpowiedniego, poprawnego słownictwa”. Odpowiedniego i dostosowanego dla wieku oraz poprawnego, bez wprowadzania mitów na temat kapusty czy bocianów.


Nie będę komentowała dalej tych interpretacji tekstu WHO i BZgA, bo jest ich w ustawie zbyt wiele i w większości zachodzą podobne błędy procesu rozumowania lub manipulacja. Powiem tylko, że fragmenty „Standardów…”, do których się odwołują, stanowią o zachowaniu dzieci (zbadanym, naturalnym i biologicznie uwarunkowanym), których żadna ustawa czy zakazy edukacji seksualnej nie zmienią.


Autorów ustawy burzy również fakt, że najbardziej zaangażowane w edukacje seksualną jest środowisko LGBTQ+. Oburzające wydało się również, że dzieci na każdym etapie rozwoju powinny być zaznajamiane z innymi orientacjami seksualnymi, niż heteronormatywna. Nie będę rozwijała tego drugiego, bo postrzeganie tych „innych” orientacji jako negatywne, wynika właśnie z braku edukacji seksualnej i jest dla mnie zbyt abstrakcyjne, żeby je poruszać. Natomiast ciekawym wydaje mi się fakt, że autorzy „demaskują” środowisko LGBTQ+, które angażuje się w promocje takiej edukacji, wykorzystując ją do realizowania swoich radykalnych celów politycznych, takich jak legalizacja adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Niecny plan grupy LGBTQ+ wydaje się jeszcze groźniejszy, gdy czytamy przykład australijskiej pary gejów, która adoptowała chłopca w celu wykorzystywania go seksualnie. Oczywiście, przytaczanie antyprzykładów jest istotnym elementem dyskusji, ale bądźmy przy tym konsekwentni. Przytoczmy też przykłady wszystkich heteroseksualnych par, osób samotnych i innych przypadków ludzi czy organizacji, które wykorzystywały seksualnie dzieci pod przykrywką adopcji i opieki. Dorzućmy do tego sytuacje przemocy seksualnej wobec dzieci poza adopcją, a okaże się, że jest to zupełnie odrębna dyskusja wokół pedofilii, niemającej nic wspólnego z orientacją seksualną czy stylem życia.


Nie jestem w stanie zrozumieć logiki osób walczących z edukacją seksualną. Być może fakt, że większość ludzi z mojego otoczenia podziela moje poglądy, sprawia, że jestem w szoku, że komukolwiek trzeba to jeszcze tłumaczyć. Ale dobrze. Jak najbardziej rozmawiajmy o tym, ale nie wychodźmy z absurdalnymi, propagandowymi ustawami, które godzą przede wszystkim w najmłodszych. To dzieci i młodzież są tutaj ofiarami i odbierane jest im prawo do nauki o takich (o zgrozo!) podstawowych rzeczach jak budowa układu rozrodczego, miesiączka, akceptacja ciała, asertywność i tożsamość płciowa.


Argumentem ze strony przeciwników edukacji seksualnej, jest też nadużycie czy przemoc seksualna ze strony niektórych edukatorów, przekazujących podobną wiedzę (co również znajduje się w ustawie). Oczywiście, jest to wyjątkowo obrzydliwe zachowanie, biorąc pod uwagę profesję, ale niestety, takie osoby mogą znajdować się też w absolutnie każdym innym zawodzie i to nie jest żaden argument przeciwko edukacji. Bo celem tej nauki jest właśnie to, żeby dzieci i młodzież nauczyły się stawiać swoje granice, wiedziały, kiedy ktoś narusza ich sferę intymną i nie wstydziły się tego zakomunikować.


Zdjęcie wykonała Patrycja Rembiszewska, studentka Fotografii w Warszawskiej Szkole Filmowej i moja wieloletnia przyjaciółka.

Wpisy

Studentka polonistyki na UW, miłośniczka literatury pięknej i ogromna entuzjastka kultury. Jej feministycznym marzeniem jest wychowywanie młodych dziewczyn na pewne siebie kobiety poprzez pisanie.
Sekretarz magazynu „Nowy Folder”. Zajmuje się nowym działem „Newsletter kulturalny”.