Maciej Zaremba-Bielawski: Wszystko, co wartościowe, ma swoją cenę

[spider_facebook id=”2″]

23 maja podczas uroczystej gali, która odbędzie się w Muzeum Historii Żydów Polskich, poznamy laureata 5. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Nagrody za najlepszy reportaż książkowy opublikowany w Polsce i po polsku między 1 stycznia a 31 grudnia 2013 (50 tys. zł) oraz za najlepszy przekład (15 tys. zł) przyzna jury w składzie: Maciej Zaremba-Bielawski (przewodniczący), Piotr Mitzner, Elżbieta Sawicka, Iwona Smolka i Olga Stanisławska. Z tegorocznymi finalistami oraz laureatami poprzednich edycji (Jean Hatzfeld, Swietłana Aleksijewicz, Liao Yiwu i Ed Vulliamy) będzie można porozmawiać 24 maja na Stadionie Narodowym podczas Dnia Reportażu na Warszawskich Targach Książki. Poniżej znajdziecie rozmowę z przewodniczącym jury, a na naszej stronie recenzje książek, które znalazły się w finałowej dziesiątce:

 

Z Maciejem Zarembą-Bielawskim, szwedzkim dziennikarzem polskiego pochodzenia, publicystą największego szwedzkiego dziennika „Dagens Nyheter” i przewodniczącym jury Konkursu im. Ryszarda Kapuścińskiego na Najlepszy Reportaż Literacki, rozmawiają Marcin Złotkowski i Michał Rzepka

 

zaremba-fot-erik-von-platen-800x600

 

Spotykamy się w związku z Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego. Co pan, jako doświadczony fachowiec, poleciłby młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, zwłaszcza jeśli chodzi o pisanie reportażu?

 

Dużo czytać, trochę pożyć, podróżować. Bardzo żałuję, że nie wybrałem się do Indii, gdy miałem 25 lat. Wiek zmienia bowiem całkowicie percepcję świata. A właśnie sposób postrzegania świata przez reportażystę w ogromnym stopniu wpływa na charakter jego pracy.

 

Studiował pan historię filmu i historię idei. Czy wiedza i doświadczenie zdobyte na tych kierunkach pomogły panu w wykonywaniu zawodu dziennikarza?

 

W młodości chciałem zostać demonicznym reżyserem, interesował mnie film autorski à la Godard. Pisywałem pretensjonalne scenariusze… W ogóle nie planowałem, że w przyszłości zostanę dziennikarzem. Może troszkę się jednak przy okazji nauczyłem, bo montaż zdjęć wiele ma wspólnego z komponowaniem reportażu. Rytm, oddech, skojarzenia…

 

Dlaczego porzucił pan marzenie o karierze filmowca?

Ponieważ brakowało mi talentu w tej dziedzinie. Nawet dobrych zdjęć do dzisiaj nie potrafię robić. Wyraźnie nie mam wyczucia kadru (śmiech). Pisałem scenariusze, ale nie miałem nic ciekawego do powiedzenia o świecie, bo miałem wtedy 20 lat. Szybko zrozumiałem, że to nie ma sensu.

 

I został pan dziennikarzem.

 

To przez NSZZ Solidarność. W Szwecji w tamtych czasach był ogromny popyt na teksty z Polski, ponieważ nikt nie rozumiał tam charakteru przemian i znaczenia wydarzeń w naszym kraju. Katolicy, antykomuniści, jakieś związki zawodowe… Obszedłem kilka redakcji: Dajcie mi zaliczkę, a ja przywiozę teksty, jakich jeszcze nie widzieliście. W 1981 roku napisałem około 15 obszernych reportaży z Polski. Tak to się zaczęło.

 

Wybór studiów pomógł panu w życiu zawodowym?

 

Jako imigrant, który dopiero uczył się życia w odmiennym kulturowo kraju, zacząłem studiować historię idei – po części po to, by zrozumieć gdzie się znalazłem. Poza tym fascynowała mnie historia mentalności. Nie historia idei filozoficznych, lecz powszechnych przekonań, wiar, systemów wartości. Szwedzi są bardzo różni od Polaków. Zaintrygowały mnie uwarunkowania historyczne i socjologiczne tego kraju. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że stan chłopski w Szwecji w XVIII wieku wprowadził zakaz picia kawy, czemu nawet król, przynajmniej w teorii, musiał się podporządkować. Takich prerogatyw chłopi nie mieli nigdzie indziej w Europie. Studiowanie historii idei to także okazja do kontaktu ze świetną literaturą, chociażby twórczością Umberto Eco czy włoskich i francuskich historyków. Dzięki temu przeczytałem m.in. reportaże pochodzące ze średniowiecza, napisane na podstawie przesłuchań inkwizycji.

 

W jednym z wywiadów wspomniał pan o swoim zdziwieniu tym, że wszystko w Szwecji jest takie monotematyczne, niemal jednakowe. Nawet inny kolor włosów niż blond uchodził za odstępstwo od normy. Jak wiele zmieniło się w Szwecji w ciągu ostatniego ćwierćwiecza?

 

Nie ma drugiego kraju w Europie, który tak szybko by się zmienił w tym czasie. Widać to zwłaszcza na przykładzie imigracji. Jeszcze 40 lat temu Szwecja była krajem prawie monoetnicznym. Teraz imigrantów mamy koło miliona, z czego jedna trzecia spoza Europy. Mimo to postawy ksenofobiczne nie znajdują większego poparcia.

 

W „Dagens Nyheter” zajmuje się pan głównie problematyką społeczno-polityczną. Czy nigdy nie brakuje panu pomysłów i reporterskich inspiracji?

 

Chciałbym żeby tak było, ale życie ciągle dostarcza nowych materiałów.

 

2013.02.27. SNDS Billund©. Lars Aarø. Fokus

 

Jak szwedzka opinia publiczna przyjmuje tekst o charakterze krytycznym? Bo my, Polacy, mamy z tym problem.

 

Szwedzi nie mają kompleksów. Właśnie dlatego trudno im wmówić, że imigracja miałaby zagrażać szwedzkiej tożsamości. Można nawet powiedzieć, że są zadufani w sobie, co ma jednak pozytywne strony, bo tylko naród o świetnym samopoczuciu jest w stanie bez histerii przyjąć do wiadomości przykre prawdy o sobie.

Podejrzewam, że gdyby jakiś Szwed nagłośnił masakrę w Jedwabnem, to nie miałby tu łatwego życia. Że niby jakim prawem cudzoziemiec Polakom brudy wyciąga. Ja popełniłem jednak podobny nietakt, opisując historię przymusowych sterylizacji „małowartościowych” w Szwecji w latach 1934–1975. Zrobiła się wielka afera, były oczywiście ataki na mnie, ale prawie nikt nie wytykał mi „obcości”.

 

W Polsce często pada zarzut, że media banalizują rzeczywistość. Czy w Szwecji jest podobnie?

 

W Szwecji postępuje to jeszcze szybciej niż w Polsce. Wynika to z faktu, że nie ma tam codziennej gazety elitarnej, jaką jest w Polsce np. „Gazeta Wyborcza”. Mój dziennik, „Dagens Nyheter”, ma ponad 300 tys. nakładu. To bardzo dużo. W przeliczeniu na mieszkańca – a Szwedów jest dziewięć milionów – jesteśmy bodajże największą poważną gazetą w Europie, nie mówiąc już o USA. W związku z tym nasza gazeta nie może być tak elitarna, jak „Wyborcza”. Przekaz musi być dostosowany do znacznie szerszego grona odbiorców, co automatycznie sprawia, że staje się płytszy. Gdy przeszliśmy z broadsheetu (dużego formatu – przyp. red.) do małego formatu, to zamiast przejąć estetykę gazety „El pais”, przyjęliśmy estetykę tabloidu. Dajemy nieproporcjonalnie rozdmuchane zdjęcia i nagłówki kosztem tekstu. Banalizacja dokonuje się jednak głównie w telewizji. Prawdziwym wyzwaniem dla mediów papierowych jest internet. Pojawia się pytanie: jak z nim konkurować i czy poświęcać środki na rywalizację o szybsze serwowanie newsów, czy skupić się na tym, czego nie zaoferuje nikt inny. Czyli informację pogłębioną, poszerzoną; analizę i prawdziwy reportaż.

 

W Internecie można uzyskać wartościowe treści za darmo?

 

W internecie jest niezliczona ilość wszelkiego rodzaju informacji, której zwykły czytelnik nie jest w stanie ani ocenić, ani posortować. Na tym właśnie polega wyższość tradycyjnych mediów, że sortują, zapewniają wiarygodność i ustanawiają priorytet ważności. Ale nic nie jest za darmo. Serfujący w internecie płaci na przykład swoją prywatnością i możliwością wyboru. Czy chce, czy nie chce – wcisną mu reklamę środków odchudzających, kiedy on szuka informacji o epidemii głodu w Sudanie.

Pytanie: jak finansować kosztowne reportaże w sytuacji, kiedy poważne gazety tracą dochody z reklam na rzecz internetu? Obecnie w Stanach Zjednoczonych coraz częściej pojawiają się projekty finansowania poważnego, drążącego dziennikarstwa z różnego rodzaju fundacji. Wtedy można to za darmo pokazać, ale wszystko, co jest wartościowe, ma swoją cenę.

 

Co pan na to, by pańska praca była opłacana w inny sposób, na przykład przez reklamodawców, tak by czytelnik miał dostęp do tekstu za darmo?

 

Wydaję mi się to bardzo niebezpieczne, by odzwyczajać czytelnika od faktu, że czyjaś praca kosztuje.

 

Jakie są w Szwecji wymagania czytelników względem prasy?

 

W zeszłym roku zrobiliśmy sobie w „Dagens Nyheter” statystykę. Wynik zaskoczył wszystkich. Z dziesięciu tekstów, które w ciągu roku miały najwyższą frekwencję czytelniczą, nie było w ogóle czystych newsów. Połowę stanowiły artykuły dyskusyjne, czyli publicystyka, a połowę sążniste reportaże – po 6–7 tysięcy słów, czyli teksty niezwykle dopracowane, o pewnej antropologicznej ambicji, pisane miesiącami.

 

Czy można postawić tezę, że szwedzcy odbiorcy są bardziej wymagający niż polscy?

 

Dlaczego? Może polskie gazety mają podobnych czytelników? Moim zdaniem większość szefów mediów nie docenia swoich odbiorców. To zachowanie stadne, które prowadzi do niepotrzebnych uproszczeń. Dlatego jestem dumny z wyników tej statystyki. Kto wie, może przekona ona kogoś w telewizji, że widz niekoniecznie pragnie dowiadywać się wszystkiego „na żywo”, skoro ceną za szybkość informacji jest jej wyrywkowość albo gorzej – brak sensu? Może widz woli informację pogłębioną? Do białej gorączki doprowadzały mnie telewizyjne obrazki z Majdanu. Stoi reporter przed kamerą, dzisiaj przyleciał, nie zna języka ani historii i opowiada, że ludzie się biją i że nie wiadomo, jak to się skończy.

 

Może trochę nie docenia pan wartości informacyjnej współczesnych mediów?

 

Gdybym grał na giełdzie, to błyskawiczne informacje byłyby dla mnie nieodzowne. Ale w mediach jest multum informacji, które mogą poczekać na pogłębienie. Niejednokrotnie walczyłem w redakcji o to, aby wstrzymać się z niektórymi publikacjami. Żeby zamiast tekstu czysto informacyjnego, dać dzień czy dwa dni później coś bardziej treściwego na ten temat. Panuje chore wyobrażenie, że czytelnik czy widz musi mieć wszystko na gorąco. I to się dzieje kosztem jakości. Typowy przykład: komisja rządowa ogłasza wynik dochodzenia o, dajmy na to, dyskryminacji Romów. Konferencja prasowa o 10.00. Raport ma 500 stron. Wszystkie media, bez wyjątku, chcą mieć ten news następnego dnia. I mają, czyli dają lekko rozbudowaną informację prasową, którą napisała sama komisja. Bo nikt nie przeczyta raportu w tym czasie. Po czym temat jest odfajkowany. „Woda po kisielu, już o tym raporcie pisaliśmy” – usłyszy od szefa dziennikarz, który trzy dni później doczyta się ciekawych treści. Ciekawy jest wynik przeprowadzonego w Szwecji badania, które wykazało, że mniej więcej 15 minut po przekazaniu skondensowanych informacji w dzienniku telewizyjnym, przeciętny odbiorca pamięta co trzecią z nich.

 

Jak ocenia pan poziom dziennikarstwa w Polsce i Szwecji?

 

Polska ma reportaż najwyższej klasy. Tylko pozazdrościć. W Szwecji niewielu dziennikarzy ma ambicję przedstawiać skomplikowane historie przy użyciu środków literackich. Szwecja miała tu kiedyś piękne tradycje, na przykład Stiga Dagermana, ktorego „Niemiecka jesień” jest światowym klasykiem, ale w latach 60. zapanował wojujący pozytywizm i redakcje nie przyjmowały takich tekstów, bo my jesteśmy od wiadomości, a tu jakaś literatura. Dlatego nie było popytu i w szkołach dziennikarskich nie uczono tego warsztatu. Teraz to się powoli zmienia. Wielu moich kolegów zaczytuje się w Ryszardzie Kapuścińskim, w Hannie Krall. Nie będzie to przesada, jeżeli powiem, że polska szkoła reportażu to produkt eksportowy.

 

Co jeszcze poleciłby pan wziąć pod uwagę początkującym reportażystom z Polski?

 

Wśród młodych reporterów widać pewną manierę. Charakterystyczne jest pisanie kolesiowskie, granie na swojskości, nadużywanie slangu i języka potocznego oraz eksponowanie własnej osoby. Taka proza fajnie brzmi, dobrze się czyta, ale nie budzi zaufania. I błyskawicznie się starzeje. Ciekawe, skąd się to wzięło.

 

kapuscinski_nagroda baner kadr_6288084