/

Wychowanie do czego?

Zajęcia WDŻ pojawiły się w niektórych polskich szkołach w 1993 r. jako zamiennik edukacji seksualnej. Mimo że pozornie zajęcia mają dostarczać wiedzę na tematy takie jak seksualność, choroby czy antykoncepcja, w program wplatane są elementy wykluczające, szkodliwe i raniące. Na lekcjach dochodzi do nadużyć, propagowania poglądów nauczycieli i wyrażania seksistowskich lub homofobicznych postaw. Przyjrzyjmy się bliżej edukacji seksualnej po polsku.

Sama nazwa przedmiotu – WDŻ, WDŻwR czy po prostu Wychowanie do życia w rodzinie, traktuje pojęcie relacji międzyludzkich i dorosłego życia w sposób bardzo ograniczony. Sugeruje przygotowanie do realizowania w przyszłości jedynego możliwego modelu życia, jakim jest stworzenie rodziny. Do tego, czym jest rodzina według programu WDŻ jeszcze dojdę, ale na razie chciałam zwrócić uwagę na fakt, że nie jesteśmy jednolici. Nie każdy chce w przyszłości zakładać rodzinę i nie oznacza to, że jego życie seksualne nie istnieje czy też nie ma znaczenia.

Przedmiot WDŻ nie podlega ocenie w polskich szkołach, najczęściej nie jest też obligatoryjny. Obejmuje kilkanaścioro zajęć (w programie nauczania dla klas IV-VI jest rozpiska 14 lekcji, natomiast zajęcia dla wyższych roczników przewidują różną liczbę godzin w zależności od szkoły). Zajęcia też często są przeprowadzane z podziałem na chłopców i dziewczynki. Mimo że istnieją programy i podręczniki do WDŻ-u, szkoły mają ogromną autonomię zarówno w sposobie przeprowadzania zajęć, doborze nauczycieli, jak i decyzji o realizacji lekcji.

 

 

 

fot. Patrycja Rembiszewska

Czego lobby WDŻ chce uczyć dzieci w szkołach?

Przede wszystkim tego, że istnieje tylko jeden prawdziwy i wartościowy model życia, jakim jest stworzenie heteronormatywnej rodziny i poczęcie dziecka. W programie WDŻ-u dla klas IV-VI jako pierwszy cel kształcenia widnieje: „Ukazywanie wartości rodziny w życiu osobistym człowieka. Wnoszenie pozytywnego wkładu w życie swojej rodziny”, a z kolei w programie dla klas ponadgimnazjalnych, dołączonym do podręcznika „Wędrując ku dorosłości” pod redakcją Teresy Król czytamy, że po udziale w jednych z planowanych zajęć osoba biorąca udział: „dostrzeże potrzebę przygotowania się do pełnienia w przyszłości ról małżeńskich i rodzinnych”, a po kilku kolejnych lekcjach też: „dowie się o potrzebie komplementarności płci, szczególnie w pełnieniu ról małżeńskich i rodzicielskich”.

Program wyklucza też pod względem innej niż heteroseksualna orientacji płciowej (chociaż udaje, że tego nie robi). Licealiści planowo mają mieć zajęcia wprowadzające definicję płci kulturowej (gender), orientacji seksualnych i tożsamości płciowej w drugiej klasie. Plan zajęć związanych z płcią kulturową i tożsamością traktuje te aspekty jako „nowe trendy w kulturze” i definiuje jako zaburzenia. Trochę wyjaśnia to fakt, że program pochodzi z roku 2012, kiedy to transseksualność rzeczywiście była klasyfikowana jako zaburzenie psychiczne w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD-10). W 2018 roku jednak, ukazało się jej kolejne wydanie (ICD-11), które już definiuje transseksualność jako „niezgodność płci”. Program zajęć w niezaktualizowanej postaci nadal jest realizowany w niektórych szkołach i widnieje na ich stronach internetowych.

Zajęcia związane z homoseksualnością mają być jednocześnie pretekstem do dyskusji o tolerancji (w ich ramach pojawia się też wzmianka o osobach niepełnosprawnych, różnych kolorach skóry, religiach i narodowości). O ile sam fakt tolerancji w kontekście tych lekcji, nie wzbudza we mnie większego niepokoju (chociaż nie wiem, jak poczułaby się osoba homoseksualna, słuchając na zajęciach, że powinno się ją „tolerować”), o tyle dołączenie do tego kwestii ideologicznej (jak religia) już budzi obawy. Zwłaszcza że jednym z celów lekcji, jest też kształtowanie tolerancji z poszanowaniem odmiennych poglądów drugiej osoby. Być może ten punkt nie odnosi się do samej orientacji seksualnej, ale na wszelki wypadek przypomnę, że homoseksualność nie jest na pewno poglądem, niezależnie od tego, jak wiele osób będzie próbowało ją tak definiować. Inna sprawa, że na lekcji poruszony zostanie temat „Przyczyn Homoseksualizmu (Uwarunkowań Biologicznych i Psychogennych)”.Uważam, że to ogromna dyskryminacja wobec osób heteroseksualnych, ponieważ przyczyna ich orientacji niestety nie zostanie wyjaśniona podczas tej lekcji. W programie nie ma wzmianki o aseksualności i biseksualności.

Program WDŻ-u przewiduje też osobną lekcję poświęconą aborcji, w ramach której proponowany jest film „Niemy krzyk” (według raportów grupy „Ponton” jest to jeden z najczęściej używanych materiałów dodatkowych) z drastycznymi scenami w tle. Zamiennikiem może być też drugi film, o bardzo sugestywnym tytule – „Cud życia”. Biorąc pod uwagę prawo do przerywania ciąży w naszym kraju, niestety nie dziwi mnie (chociaż denerwuje), że aborcja zostaje zaprezentowana w taki, a nie inny sposób. Nie podoba mi się jednak niekonsekwentność lekcji i odbieranie prawa do informacji. Gdy weźmiemy udział w zajęciach, nie uzyskamy informacji o tym, że do kilkunastu tygodni po zapłodnieniu (w zależności od kraju) ciążę przerywa się metodą farmakologiczną, czyli poprzez wzięcie tabletek, które na liście leków podstawowych WHO widnieją już od 2005 r. Ponadto, program zakłada wprowadzenie uczniów w poczucie winy, związane z przerywaniem ciąży – kładzie duży nacisk na powikłania psychiczne i fizyczne po zabiegu, zwłaszcza u kobiet. Ze smutkiem jednak przyznam, że wszystko układa mi się w pewną całość, gdy doczytuje ostatni punkt umiejętności, jakie uczniowie wyniosą z zajęć, który brzmi: „potrafią uzasadnić stanowisko pro-life”. Nie mam żadnych złudzeń – jesteśmy programowani.

Mimo to, program WDŻ-u na wszystkich etapach edukacji porusza też istotne tematy, sporadycznie w sposób zbieżny z programem edukacji seksualnej WHO i BZgA. Przewidziane zostały lekcje na temat chorób przenoszonych drogą płciową, przemocy seksualnej, pornografii itp., które, mimo że często w teorii mają zabarwienie ideologiczne, mogą zostać zrealizowane w korzystny sposób.

 

 

 

fot. Patrycja Rembiszewska

WDŻ w praktyce

Grupa „Ponton”, która od 2002 r. działa na rzecz rzetelnej edukacji seksualnej w Polsce, kilkukrotnie badała kompetencje oraz realizacje zajęć z WDŻ-u w rzeczywistości. W raporcie „Sprawdzian (z)WDŻ, czyli jak wygląda edukacja seksualna w polskich szkołach” z 2014 r. donoszą, że około 86% badanych miała zajęcia WDŻ, na co najmniej jednym etapie edukacji (w szkole podstawowej, gimnazjum lub szkole ponadgimnazjalnej). Ponieważ jak wspomniałam, szkoły mają ogromną autonomię w prowadzeniu zajęć, najczęściej dobierają niewłaściwych prowadzących. Wśród badanych jedynie 16% wskazało, że zajęcia prowadziła osoba wykształcona w tej dziedzinie. Najczęściej lekcje przeprowadzały biolożki, ekolożki, historyczki, ale także księża czy katecheci. Często też (zwłaszcza w starszych klasach) ginekolożki z zewnątrz. Rzadko pojawiały się osoby z wykształceniem psychologicznym. W 2016 roku grupa Ponton przeprowadziła kolejne badania „Kontrola realizacji prawa młodzieży do edukacji seksualnej”, w ramach których wypowiadali się zarówno uczniowie, nauczyciele, jak i dyrektorzy szkół. Wszystkie raporty z badań dostępne są na stronie internetowej grupy.

Przyznam szczerze, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że lekcje WDŻ-u odbywają się w rzeczywistości na tak dużą skalę – głównie z powodu braku takich zajęć w moich szkołach. Dlatego inspirując się raportami Pontonu, postanowiłam zapytać moje znajome, o ich doświadczenia. Zaznaczam, że nie są to badania statystyczne, ani żadne inne, tylko prywatne, ciekawe, a niekiedy i wstrząsające retrospekcje z zajęć kilkorga dziewczyn, równie świadomych potrzeby edukacji seksualnej w szkołach. Pojawiały się wspomnienia zarówno pozytywne, jak i negatywne – w zależności od szkół i prowadzących.

Miałam zajęcia z WDŻ-u w gimnazjum. Było fajnie, przychodziła do nas kobieta, która na przykład dokładnie opowiedziała nam o przebiegu wizyty u ginekologa. Podzieliła się z nami nawet swoją historią z gabinetu, kiedy została potraktowana przez lekarza w obrzydliwy sposób. Zachęciła nas tym samym do tego, żeby reagować na takie komentarze i zachowania – opowiada moja pierwsza rozmówczyni. Zajęcia z WDŻ-u realizowano w jej szkole regularnie, w ciągu pierwszych dwóch lat.

Lekcje WDŻ-u miałam w liceum, ale nie były obowiązkowe – mówi tegoroczna absolwentka społecznej szkoły – Przychodziła do nas pani z zewnątrz, przysłana z jakiegoś programu rządowego, jeśli dobrze pamiętam finansowanego przez MEN. Mówiła nam różne głupoty, na przykład, że prezerwatywa nie chroni przed HIV-em albo że ważniejsze od edukacji i kariery jest macierzyństwo. Sugerowała, że nie powinnyśmy iść na studia, bo przepadną nam „najlepsze lata płodności”. Wyszłam z tej lekcji, trzaskając drzwiami. Często powtarzała nam też, że seks bez zobowiązań niszczy kobiecie psychikę i życie, porównywała go do kradzieży i gwałtu, a nawet sugerowała, że kobiety, które uprawiają taki seks to „kurwy”. Może nie tak obcesowo, ale taka była jej mentalność i wydźwięk tych tekstów.

Po zgłoszonych przez uczniów i uczennice uwagach, dyrektor niepaństwowego liceum przeprowadził ewaluacje, w efekcie której natychmiast zrezygnował ze współpracy z nauczycielką.

Kolejna osoba, z którą rozmawiałam, miała WDŻ w pierwszej klasie liceum, prowadzony przez wuefistkę. Zajęcia wspomina jako bardzo prorodzinne – podczas jednej z lekcji oglądali dokładne nagranie porodu. Wspomina to jako wstrząsające doświadczenie.

U mnie też było prorodzinnie, oglądaliśmy filmy ukazujące aborcje jako coś złego – mówi kolejna rozmówczyni – Były bardzo koloryzowane i ukazywały cierpiące dziecko. Potem były fragmenty wywiadów z młodymi ludźmi, którzy mówili, że nigdy by nie zrobili aborcji i teraz z powodu ciąży zakładają rodzinę. Mieli może z 16 lat.

Istotnym elementem były też rozmowy o menstruacji. W programie WDŻ-u dla klas IV-VI przewidzianych jest pięcioro spotkań z podziałem na chłopców i dziewczynki, podczas których między innymi ma zostać przeprowadzona dyskusja o miesiączkowaniu, tylko w grupie dziewcząt. To, co zwraca moją szczególną uwagę, to tabuizacja okresu przed osobami, które nie menstruują oraz przeprowadzenie zajęć na dosyć późnym etapie edukacji.

W ramach WDŻ przyjechała do nas jakaś kobieta z zewnątrz, chyba była seksuolożką. Odbyło się wielkie spotkanie dla dziewcząt o okresie, który to kobieta określała „ciotką” – mówi dziewczyna uczęszczająca na zajęcia w gimnazjum. W jej szkole dziewczynkom dostarczono też bardzo konkretną i merytoryczną wiedzę. Mogły zobaczyć, jak prawidłowo zbadać piersi, dzięki prezentacji na manekinie.

Nigdy nie zapomnę, jak pani próbowała za wszelką cenę nie wypowiedzieć słów tabu: miesiączka, pochwa, krew menstruacyjna itp. Mówiła do nas cały czas różnymi metaforami i bajkami. Nie został poruszony w ogóle temat seksu i antykoncepcji – opowiada kolejna rozmówczyni, która na zajęcia WDŻ chodziła w gimnazjum. Wspomina, że teoretycznie zajęcia miały się też odbywać w liceum, jednak panowało pewne niewypowiedziane porozumienie – każdy wiedział, że nawet jeśli ktokolwiek zapisze się na zajęcia, to te i tak się nie odbędą.

U ostatniej rozmówczyni przeprowadzono zajęcia związane z menstruacją dla całej klasy, w liceum. Wspomina, że w jej klasie nie stanowiło to żadnego problemu, poza jednym chłopakiem każdy przyznał, że to normalna sprawa i nic obrzydliwego.

 

 

 

fot. Patrycja Rembiszewska

W przyszłość

Podczas robienia researchu do tego tekstu, zdałam sobie sprawę, na jak wiele aspektów życia uwrażliwia nas edukacja seksualna. Potrzebujemy jej w Polsce bardziej niż kiedykolwiek. Według badań Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Prozdrowotnej, co drugi Polak zarażony wirusem HIV nie zdaje sobie z tego sprawy, a liczba zakażonych cały czas rośnie. Szacuje się, że co szósta dziewczynka w Polsce przynajmniej raz opuściła zajęcia w szkole z powodu miesiączki (i wstydu), co może negatywnie przełożyć się na wyniki edukacyjne w szkole i przyszłe osiągnięcia naukowe. Wzrosła ilość gwałtów, przemocy na tle seksualnym i nadużyć. Istnieje też cały czas gigantyczny problem z dyskryminacją i zawstydzaniem osób, które „nie pasują” do wyimaginowanego kanonu, czy narzuconego modelu życia, między innymi osób LGBTQ+, grubych, niepełnosprawnych, czy o innym kolorze skóry niż biały.

Mimo ogromnej potrzeby wprowadzenia systemowej edukacji seksualnej staram się patrzeć pozytywnie w przyszłość. Pociesza mnie fakt, że edukacja seksualna staje się coraz bardziej cool i zaczyna mieć skromną reprezentację w mainstreamie przez promocje celebrytów, celebrytek i media (np. serial „Sex education” na Netflixie), co zwraca uwagę większej ilości odbiorców i odbiorczyń. Istnieją grupy i fundacje takie jak „Ponton” czy #SEXEDpl, które w miarę możliwości organizują w szkołach spotkania, udzielają porad mailowych lub telefonicznych i stwarzają platformy edukacyjne. Są też stowarzyszenia walczące z wykluczeniem i dyskryminacją osób nieheteronormatywnych (np. Miłość nie wyklucza), organizowane są kampanie uwrażliwiające na temat chorób przenoszonych drogą płciową. Mamy fundacje, grupy i stowarzyszenia, zarówno polskie, jak i zagraniczne, organizujące i wspierające przeprowadzanie bezpiecznej aborcji. Dzięki zmianom w świadomości społeczeństwa, marketing, programy telewizyjne czy duże sklepy odzieżowe muszą być bardziej inkluzywne – w reklamach coraz częściej widzimy na przykład osoby grube. Oprócz tego, z dnia na dzień pojawia się coraz więcej aktywistów i aktywistek, którzy uwrażliwiają swoje grono odbiorców na temat zmian, o jakie musimy walczyć. Organizowane są protesty, strajki i inne wydarzenia, zwracające uwagę na szeroko pojętą edukację seksualną, z którą władza (mam tu na myśli zarówno rządzących, media, jak i korporacje) musi się liczyć.

Nie będę oceniać, czy to lepiej, czy gorzej, że mamy zamiennik edukacji seksualnej w Polsce w postaci lekcji WDŻ-u. Czytając raporty i rozmawiając z ludźmi, zdaję sobie sprawę z tego, że zajęcia niejednokrotnie dawały ludziom mnóstwo potrzebnych informacji i wsparcia, których możliwe, że nie uzyskają nigdzie indziej. Chciałabym jednak żyć w kraju, w którym możliwość dostępu do takiej wiedzy i pomocy nie jest loterią, i w którym każdy ma równe prawo do edukacji seksualnej. Poza tym, zajęcia powinny być systemowe, zdecydowanie lepiej kontrolowane i przede wszystkim – prowadzone przez osoby z odpowiednim wykształceniem.


Zdjęcie wyróżniające: Patrycja Rembiszewska

Wpisy

Studentka polonistyki na UW, miłośniczka literatury pięknej i ogromna entuzjastka kultury. Jej feministycznym marzeniem jest wychowywanie młodych dziewczyn na pewne siebie kobiety poprzez pisanie.
Sekretarz magazynu „Nowy Folder”. Zajmuje się nowym działem „Newsletter kulturalny”.