Wyrwać człowieka z banału

[spider_facebook id=”2″]

 

Putin zaczął mówić językiem narodu i okazało się, że naród nie zaakceptował pierestrojki. Rosyjska telewizja szkaluje Zachód i Donbas, ale naród oczekuje tych słów. Dlatego każdy Rosjanin ma w sobie coś z Putina – tak o mentalności Rosjan mówiła na spotkaniu w Domu Spotkań z Historią Swietłana Aleksijewicz, autorka książki „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”.

 

– W książkach nie mogę sobie pozwolić na emocje, bo o historii trzeba pisać na chłodno – mówiła Swietłana Aleksijewicz (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Martin Pollack, który prowadził spotkanie, zaczął od przybliżenia postaci białoruskiej pisarki. Opowiadał o trudnych początkach w redakcjach gazet, długoletnim pobycie poza ojczystym krajem i o jej pierwszej książce „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Przypomniał także najważniejsze nagrody dziennikarki, zaznaczając, że brakuje mu tam literackiej nagrody Nobla, do której zresztą jest zgłoszona.

 

Austriacki pisarz gorąco zachęcił do zadawania pytań i wyrażania opinii oraz z góry przeprosił za swoje błędy językowe (było ich niewiele). Na to drugie sala zareagowała przyjaznym śmiechem, lecz niestety to pierwsze obróciło się później przeciwko porządkowi dyskusji.

 

Pewien słuchacz namiętnie podgrzewał atmosferę niewybrednymi komentarzami odnośnie do wojny rosyjsko-ukraińskiej. Po pytaniu Pollacka, skąd bierze się zło, ów natrętny mężczyzna dopytał: – No właśnie, skąd to się bierze na Ukrainie? To była kropla, która przepełniła czarę. Mężczyzna – w asyście Bożeny Dudko, sekretarza jury Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, oraz śmiechów i krzyków – opuścił salę. – Od takich rzeczy ludzie zaczynają strzelać do siebie – tak reakcję Aleksijewicz przełożył jej tłumacz Stanisław Filipczak. Za tę wypowiedź Białorusinka zgarnęła żywiołowe oklaski.

 

Niech pani da nam odrobinę nadziei. Przecież nie wszyscy są pokracznymi Putinami – zwróciła się do Swietłany Aleksijewicz jedna z uczestniczek spotkania (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Jedno z pytań skierowanych do autorki dotyczyło jej technik pracy, w tym sposobu zbierania materiału m.in. do najnowszej książki. – Od 35 lat towarzyszy mi dyktafon i tam, gdzie akurat jestem, czyli np. w pociągu, kawiarni, w kuchni, zbieram materiały. Zrozumiałam, że klasyczna powieść nie nadąża za naszym życiem, bo nie mamy czasu myśleć, tkwimy w banale. Pamiętam kobiety, które straciły mężów podczas II wojny światowej, przesiadujące i rozprawiające godzinami na ławeczkach. One wywołały we mnie największe wrażenie. Pomyślałam, że jak zbiorę 100 głosów, to książka będzie uczciwa i autentyczna – wyznała.

 

„Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka” uczciwa i autentyczna jest do bólu. Obecny na spotkaniu tłumacz Jerzy Czech, który przekładał również poprzednie książki białoruskiej pisarki, wspominał, że nie warstwa językowa stanowi problem, choć trudno przetłumaczyć „wielogłosowy chór unisono”. – Najbardziej wymagającą pracą była praca z materią, którą w swoich książkach zajmuje się Swietłana. – przyznał. – Niejeden czytelnik ma problemy, a co dopiero tłumacz, który to chłonie? Radiotelegrafistka topi płaczące niemowlę, aby Niemcy, którzy zbliżają się do obozu partyzantów, nie usłyszeli hałasu. Kat, który rozstrzelił tak wielu ludzi, że ręka bezwiednie zwisa mu w powietrzu. Straszliwość książki jest beznadziejna – mówił poruszony emocjami Czech.

 

Ta książka nie jest beznadziejna. Jest w niej siła i pytanie o to, dlaczego cierpienia naszych ojców nie dały nic – mówiła Swietłana Aleksijewicz (fot. Bartosz Wróblewski)

 

Swietłana Aleksijewicz na Białorusi jest uważana za pisarkę opozycyjną. Instytucja cenzury ma się tam dobrze, dlatego swoje książki wydaje m.in. w Rosji i na Litwie. Wyjechała na ponad 10 lat za granicę, ale wróciła i mieszka tam znów. Dlaczego? – Nie wyjechałam ze strachu, ale z artystycznego poczucia wypalenia. Kiedy tkwi się na jednej barykadzie cały czas, traci się zmysły, człowiek znika z oczu, widzi się tylko cel. W książkach nie mogę sobie pozwolić na emocje, bo o historii trzeba pisać na chłodno – wskazywała na jeden z fundamentów swojej pracy dziennikarskiej. – Wróciłam do domu, choć żyć jest ciężko, przestrzeń jest zamknięta. Pomogła mi jednak solidarność pisarzy na świecie i rodzina, za którą tęskniłam – wyjaśniała.

 

Książka Aleksijewicz nie napawa optymizmem. Autorka rysuje w niej obraz ludzi, którzy pierestrojką są zawiedzeni, kapitalizmem zachwyceni, a do wolności jeszcze nie dorośli. To był temat, do którego nawiązywało wiele osób podczas spotkania. Dlatego też najlepszą pointą są słowa skierowane do autorki przez jedną ze starszych uczestniczek: – Niech pani da nam odrobinę nadziei. Przecież nie wszyscy są pokracznymi Putinami. Czy ja w tym wieku powinnam czytać tę przerażającą opowieść? Pisarka opowiedziała historię miejsca, gdzie zastrzelono Borysa Niemcowa. Obecnie usłane jest kwiatami, które ludzie składają tam w dzień, mimo uporczywego usuwania ich w nocy przez rosyjskie służby. – Ta książka nie jest beznadziejna. Jest w niej siła i pytanie o to, dlaczego cierpienia naszych ojców nie dały nic. Jest też wołanie o to, aby iść do przodu i chronić w sobie człowieka – podsumowała Swietłana Aleksijewicz.

 

Mateusz Rutkowski

 

* Spotkanie ze Swietłaną Aleksijewicz odbyło się 13 maja. Dzień później, za książkę „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”, autorka otrzymała Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki.