/

Z wirtualnej gliny…

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Doceniam dziennikarzy, którzy nie układają się z politykami i zmuszają ich do prezentowania PR-owych szkoleń w praktyce. Robertowi Mazurkowi udawało się to już nie raz. Sromotną ucieczkę wicepremiera Glińskiego z porannego studia RMF można by pewnie porównać do wcześniejszych fochów różnych polityków, tylko czy powinniśmy to robić?


W przekazach Panów i Superiorów jesteśmy krajem coraz bardziej innowacyjnym, nastawionym na rozwój podparty elektronicznymi nowinkami. Ale jak w tej retoryce ma się odnaleźć minister kultury – szef resortu kojarzonego głównie z muzeami i teatrami? Jedną z podstawowych różnic pomiędzy rozmową w cztery oczy w realu i na internetowym komunikatorze jest to, że w Internecie w każdej chwili można po prostu przestać odpowiadać: zamknąć okienko chatu kiedy uznamy, że rozmowa schodzi na niewygodne dla nas tory i już nigdy nie otwierać kłopotliwej konwersacji. I wicepremier Gliński postanowił wykorzystać ten chwyt w realu. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic dziwnego: kto jak kto, ale on, słynny, niezapomniany „premier z tabletu” doskonale wie jak łączyć te dwa światy: wirtualny i rzeczywisty. Przy okazji zręcznie pokazując dziennikarzom i słuchaczom gdzie ich miejsce. A mi podsunął pomysł na uatrakcyjnienie politycznych debat w TV.


Jakiś czas temu śnili mi się politycy prowadzący w studio TV „debatę” doskonale znanym stylu: pytania prowadzącego przemykają obok nich z prędkością kolumny Macierewicza, a oni obrzucają się mniej lub bardziej trafionymi oskarżeniami. Natomiast publiczność trzyma w rękach niewielkie piloty i kiedy jeden z rozmówców odjeżdża za daleko w przekazy dnia, reaguje szybkim ruchem palca na przycisku. Podłoga pod krzesłem polityka, zanurzonego we własnym wywodzie niczym dziadowski Konrad, zapada się i wojownik o partyjne ideały spada w przepaść wśród głośnych owacji. Pozostali dyskutanci przerażonym wzrokiem patrzą na prowadzącego, który z uśmiechem ponownie zadaje pytanie, na które w końcu uzyskuje rzetelne odpowiedzi. Efekt kapo działa. Piękne!


Obudziłem się wypoczęty i uśmiechnięty jak nigdy wcześniej. Już miałem dzwonić do największych stacji informacyjnych w Polsce, ale uznałem, że moja wizja może się nie przebić. Z pomocą przyszedł jednak premier Gliński, dzięki któremu dopracuję mój sen. A co, gdyby w programach publicystycznych politycy byli jedynie wyświetlani na tabletach? A widownia dzięki pilotom wyłączałaby plotących bzdury wiejskich i brukselskich wojowników. Trzy strike’i – out na rok. Co więcej, dla każdego coś dobrego. Politycy mieliby z głowy niewygodne pytania, a my moglibyśmy się na jakiś czas pożegnać z największymi złotoustymi. Panu Glińskiemu, jako twórcy tego pomysłu, proponuję zwolnienie z udziału. W końcu sam pokazał, że nie chce, żeby ktokolwiek musiał go słuchać.