/

Za petrodolary baluj

Nowy Folder - piłka ucl

 

Cristiano Ronaldo? 94 miliony euro. Gareth Bale? 101 milionów. Paul Pogba? 105. Od kilku lat ceny na piłkarskim rynku transferowym idą w górę w nieprawdopodobnym tempie. W kuluarach nie raz szeptano, że te kwoty są zdecydowanie zbyt wysokie, że futbol idzie w złym kierunku. I na szeptach się skończyło. Nic nie przeszkodziło Paris Saint-Germain podbić stawkę jeszcze wyżej i zapłacić za Neymara aż 222 miliony euro.

 

Zasadę Finansowego Fair Play UEFA w pełni wprowadziła w Europie w 2015 r.

 

Jeśli tworzymy nowe przepisy, to w założeniu po to, by coś zmienić. Nikt nie wymyśla regulacji, które nie będą służyły niczemu. Przynajmniej w teorii. A jednak w świecie piłkarskim jest taka organizacja, która zdaje się tylko stwarzać pozory, że egzekwuje wszystkie swoje przepisy – chodzi o UEFA. Osiem lat temu wpadła na pomysł, by nieco uzdrowić futbol i wyrównać szanse. By dać możliwość biedniejszym klubom zaistnienia na rynku transferowym, a te bogatsze zmusić do obracania tylko realnymi pieniędzmi. Nowe przepisy miały zapobiec rosnącym w nieskończoność kwotom transferów i sprawić, by piłkarski rynek był przyjazny wszystkim, bez względu na stan konta. Jednak życie zweryfikowało te idee i z optymistycznych założeń pozostało niewiele.

 

Nie zarabiasz – nie wydajesz

Zasadę Finansowego Fair Play UEFA w pełni wprowadziła w Europie w 2015 r. (przepisy częściowo obowiązywały już od sezonu 2011/2012). Zgodnie z nimi wydatki klubów muszą być uzależnione od przychodów. Do tych pierwszych zalicza się zakupy piłkarzy, tygodniówki wszystkich pracowników klubu i koszty operacyjne (z wyłączeniem kosztów ponoszonych na inwestowanie w infrastrukturę stadionową i obiekty treningowe oraz fundusze przeznaczone na rozwój młodzieży). Przychody to oczywiście wpływy ze sprzedaży graczy, biletów na mecze, i klubowych gadżetów, a także zyski z praw telewizyjnych lub nagrody wywalczone w turniejach. Słowem – nie można wydawać więcej, niż się zarabia. Brzmi rozsądnie, prawda?

 

UEFA zajmuje się kontrolą procederu. Zespoły mogą wydać maksymalnie o pięć milionów więcej, niż zarobią w danym okresie. Jego długość to trzy ostatnie lata. Kwotę owych pięciu milionów można jednak do pewnego stopnia przekroczyć, jeśli różnicę w całości pokryje właściciel klubu lub związany z nim podmiot. Dzięki temu kluby nie popadają w zbyt duże długi. Właśnie ochrona przed zaległościami była jednym z argumentów za wprowadzeniem finansowego fair play – przykłady ekip, które generują ogromne przychody, a mimo to toną w długach, można mnożyć (wspomnijmy chociażby o Manchesterze United, Benfice Lizbona czy Interze Mediolan). Tak wyglądają niektóre „wielkie” transfery, które znamy z pierwszych stron gazet. Klub zwykle płaci za piłkarza bajońską sumę, bo tego wymaga rynek transferowy. W rzeczywistości nie posiada tak dużej kwoty, więc tylko się zadłuża. UEFA po prostu nie chciała, żeby kluby obracały pieniędzmi, którymi de facto nie dysponują. Dodatkowo miało to chronić europejskie zespoły przez bankructwem – w sytuacji, gdy ich właściciele najpierw wydawaliby zbyt duże kwoty, a potem wycofywali się z finansowania klubu, co prowadziłoby do jego upadłości. Tyle teorii.

 

Teraz praktyka. Czy tak wspaniale wygląda to w rzeczywistości? Czy Finansowe Fair Play zmieniło zasady, które do tej pory rządziły piłkarskim rynkiem transferowy? Czy wszyscy mają na nim równe szanse? Obawiam się, że odpowiedź na każde z tych pytań brzmi: „nie”.

 

Nowy Folder - PSGDzięki wypożyczeniu PSG opóźniło transakcję Mbappé. Tym sposobem klub uniknął przekroczenia zasad FFP.

 

Kombinowanie się opłaca

Pierwszy problem z FFP jest taki, że zamiast niwelować różnice między bogatymi i biednymi klubami w rzeczywistości tylko je pogłębia. Skoro bogaty klub zarabia dużo pieniędzy, to i dużo pieniędzy może wydać. A ten, który jest biedny – wiadomo. Tym drugim nie pomoże nawet zamożny właściciel. Pieniądze, które taki klub otrzyma od sponsora nie będą przecież przychodem wygenerowanym przez drużynę. Zespół nadal nie będzie na siebie zarabiał, więc złamie zasady UEFA. Ale nic straconego – jeśli właściciel wykupi, np. prawa do nazwy stadionu za ogromną kwotę, w sztuczny sposób zawyży zyski klubu. W przepisach taka operacja zostanie zaksięgowana jako dochód. A skoro jest duży dochód, to klub ma prawo do dużego wydatku…

 

Wróćmy na chwilę do Neymara, który latem 2017 r. zamienił Barcelonę na Paris Saint-Germain. Piłkarz sam opłacił 222 miliony swojej klauzuli odstępnego (kwoty zapisanej w kontrakcie piłkarza, jaką trzeba „wyłożyć na stół”, aby kupić go przed wygaśnięciem umowy). Jeśli w kontrakcie występuje zapis o kwocie odstępnego, klub nie może odmówić rozmów z piłkarzem nikomu, kto ową kwotę zaproponuje. Neymar dzięki opłaceniu klauzuli z własnej kieszeni aktywował ją niejako automatycznie – mógł odejść z Barcelony, a kataloński klub nie miał prawa go zatrzymać. Skąd Neymar miał na to pieniądze? Otrzymał je prywatnie od arabskiego inwestora Paris Saint-Germain. Wniosek jest prosty – to piłkarz, a nie PSG wydało 222 miliony. Klubowi z Paryża po stronie wydatków dopisano… okrągłe zero. Ot, i problem z głowy. W tym samym oknie transferowym szeregi PSG zasilił Kylian Mbappé. Kwota? 180 milionów euro. Sęk w tym, że Francuz został wypożyczony na cały sezon. Gdy w grę wchodzi wypożyczenie, klub nie opłaca od razu kwoty transferu, bo ten nie jest jeszcze przesądzony. Dzięki wypożyczeniu PSG opóźniło transakcję i wykupiło Mbappé z AS Monaco rok później. Tym sposobem klub uniknął przekroczenia zasad FFP.

 

Dobrym sposobem na obejście tych przepisów jest również podpisywanie z drogimi piłkarzami długoletnich kontraktów. Im dłuższy kontrakt klub zaoferuje zawodnikowi, tym mniejsze koszty amortyzacji poniesie. Jeżeli wspomniany przeze mnie wcześniej Mbappé podpisał umowę trwającą cztery lata (a jej wartość to 180 mln euro), to co roku PSG „wyda” na niego 45 milionów. Gdyby kontrakt był, załóżmy dwuletni, koszty wynosiłyby aż 90 mln rocznie. Oczywiście do tego dochodzi jeszcze pensja i premie dla piłkarza, ale pierwszy rzut oka widać, który wariant jest bardziej korzystny w kontekście FFP.

 

Nowy Folder - Football - Created by poor Stolen by the richSzkoda, że bardziej musimy zwracać uwagę na sytuację finansową klubów, niż na to, co we wtorkowe i środowe wieczory dzieje się na europejskich boiskach.

 

Martwe przepisy?

Na kluby, które nie przestrzegają Finansowego Fair Play czekają kary. Najłagodniejsze z nich to ostrzeżenie czy grzywna. Są też poważniejsze – odjęcie punktów, wstrzymanie wypłacania nagród pieniężnych za udział w europejskich rozgrywkach, czy zakaz rejestrowania nowych piłkarzy w turniejach pod patronatem UEFA. Oczywiście najwyższy wymiar kary, czyli wyrzucenie z Ligi Mistrzów lub Ligi Europy to sytuacja niezwykle rzadka. W przeszłości PSG i Manchester City musiały płacić grzywny i ograniczano ich składy na rozgrywki europejskie (z 25 do 21 piłkarzy), ale trudno sądzić, by oba kluby boleśnie to odczuły. Kiedy City w 2017 r. wydało na transfery (Benjamina Mendy’ego, Bernando Silvy czy Kyle’a Walkera) około 250 mln euro, UEFA nie zareagowała. Federacja pozostała głucha na wezwania ze strony władz hiszpańskiej La Liga, której kluby – jak powszechnie wiadomo – są znacznie biedniejsze niż angielskie. Problemy z przestrzeganiem przepisów mają zespoły z całego kontynentu – pod koniec ubiegłego sezonu za takie wykroczenie UEFA „ścigała” AC Milan. I, co ciekawe, początkowo włoski klub wykluczono z udziału w europejskich pucharach w najbliższych dwóch sezonach. UEFA zgodziła się jednak zawrzeć z ekipą Rossonerich ugodę i pozwolić jej występować w tegorocznej edycji Ligi Europy. Klub dostał czas na zrównoważenie swojego budżetu, a w ramach kary nie otrzyma żadnych premii z tytułu udziału w europejskim turnieju. Zaskakujące, w jak wielu przypadkach przekroczenia zasad Finansowego Fair Play UEFA godzi się na porozumienie i ostatecznie rezygnuje z wymierzania surowych kar.

 

Temat wrócił jak bumerang w listopadzie tego roku. Z zarzutami o nielegalne obejście przepisów zmierzyły się Paris Saint-Germain, Manchester City i AS Monaco. Śledztwo przeciwko klubowi z Paryża rozpoczęło się… we wrześniu ubiegłego roku i dotyczyło opisanych przez mnie wcześniej transferów Neymara i Mbappé. Z kolei Man City oskarżono o zawyżanie wpływów z umów sponsorskich, a właściciel Monaco miał samodzielnie powiększać budżet klubu za pomocą fałszywego kontraktu. Zobaczymy, jak zakończą się te historie, ale śmiem twierdzić, że UEFA nawet nie kiwnie palcem, aby cokolwiek komukolwiek udowodnić. – Nie chcę komentować sytuacji konkretnych klubów, ale dla każdego zasady muszą być klarowne. Wygląda jednak na to, że trzeba je zmodyfikować. Rynek piłkarski cały czas się zmienia i musimy do niego dostosowywać regulacje. Musimy wyeliminować słabe aspekty aktualnego systemu i stworzyć taki, który będzie niezawodny. – mówił w rozmowie dla BBC prezydent UEFA, Aleksander Ceferin. Trudno nie odnieść wrażenia, że Słoweniec unika odważnej deklaracji w sprawie przekraczania przepisów federacji. Pomysł uzdrowienia FFP pojawił się na początku roku – UEFA przygotowywała projekt 2.0., w ramach którego można byłoby wydać maksymalnie o 100 milionów więcej niż się zarobiło. Dodatkowo we władzach federacji mówi się o wprowadzeniu „podatku od luksusu”.  – Nie możemy ograniczać wydatków klubów, wprowadzając np. „salary cap” znane z amerykańskich rozgrywek. Ale wyobrażamy sobie podatek od luksusu. Jego zasady byłyby proste. Jeśli klub wydaje więcej niż musi, płaciłby podatek. Pieniądze trafiałyby na konto UEFA, ale wciąż nie zadecydowaliśmy, jak byśmy je rozdzielali – tłumaczył Ceferin w rozmowie z „La tribune de Geneve”. To również nie jest rozwiązanie, które mnie satysfakcjonuje. Co działoby się z tymi pieniędzmi? Dlaczego owa nadwyżka miałaby trafiać na konto UEFA? To brzmi jeszcze gorzej niż dotychczasowe przepisy, które prowadzą świat piłkarski w ślepą uliczkę.

 

Najsmutniejsze w sprawie FFP jest to, że jego założenie jest szlachetne, ale utopijne. Nie są to może przepisy całkowicie martwe, ale nie ulega wątpliwości, że nie funkcjonują w sposób właściwy. Nie chcę snuć teorii spiskowych, ale jedno nie mieści mi się w głowie. Nie wierzę, że ktoś, kto proponował zasady Finansowego Fair Play nie przewidział wszystkich możliwości obejścia przepisów. A ich jest zdecydowanie zbyt wiele, co prowadzi do nadużyć. Za każdym razem, gdy w mediach przewija się temat kolejnych klubów oskarżanych o łamanie Finansowego Fair Play, mam przed oczami pewien obrazek. To kibicowska flaga, którą od czasu do czasu można zobaczyć na europejskich stadionach: „Football – created by the poor, stolen by the rich” – piłka to gra wymyślona przez ludzi biednych, którą skradli im bogaci. Szkoda, że bardziej musimy zwracać uwagę na sytuację finansową klubów, niż na to, co we wtorkowe i środowe wieczory dzieje się na europejskich boiskach.