Zabić dziennikarza


Praca dziennikarza bywa bardzo niebezpieczna. Poszukiwanie prawdy może wiązać się ze sporym ryzykiem. Czasem ci, którzy mają odwagę ją ujawnić, muszą zapłacić najwyższą cenę.

To, co wydarzyło się rok temu na Słowacji, stało się pretekstem do ważnej dyskusji o tym sytuacji dziennikarzy na świecie. Czy naprawdę mogą mówić wszystko? Czy są w pełni bezpieczni? I czy jest coś, czego powinni się bać?

Kalbryjska mafia i premier

– Spotkałem go cztery lata temu w Czechach na konkursie dla młodych reporterów. Zadanie było takie, żeby napisać o korupcji w służbie zdrowia. Na pierwsze spotkanie przyniósł dziesiątki plików o kontaktach między politykami a firmami farmaceutycznymi. Zatkało mnie – opowiadał o Janie Kuciaku szef dziennikarzy śledczych słowackiego portalu Aktuality.sk Marek Vagovič. Kuciak dał się poznać jako człowiek uczynny i skromny. A do tego bardzo skrupulatny: lubił przekopywać archiwa. – Był wybornym analitykiem. Umiał dotrzeć do każdej informacji we wszystkich językach świata i w ciągu kilku minut opisać ją w odpowiednim kontekście. To on nas tego uczył – dodaje Peter Bardy, redaktor naczelny portalu Aktuality.sk.

Kuciak w Aktuality.sk zajmował się m.in. tropieniem oszustów podatkowych wśród znanych ludzi biznesu. Dziennikarstwo śledcze interesowało go od kiedy poszedł na studia. W ostatniej serii artykułów opisywał powiązania premiera Słowacji Roberta Fico i jego najbliższych współpracowników z kalabryjską mafią. Jednym z tych współpracowników miał być potentat z branży budowlanej, Marian Kocner. Gdy Kocner postanowił zaangażować się w działalność polityczną, Kuciak na jego konferencji prasowej oskarżył go o nieuprawniony zwrot podatku VAT za sprzedaż hotelu. Wymiana zdań zakończyła się kłótnią. Dwa miesiące później dziennikarz odebrał telefon z pogróżkami od Kocnera, który groził, że jeśli nie przestanie o nim pisać, to on i jego rodzina „spotkają się z jego specjalnym zainteresowaniem”. Kuciak zgłosił zdarzenie na policję, ale funkcjonariusze je zlekceważyli. Przed publikacją ostatniego tekstu redakcja Aktuality.sk zaproponowała mu wynajem dla bezpieczeństwa pokoju w hotelu. Dziennikarz nie widział takiej potrzeby.

Niewyjaśniona śmierć

Pod koniec lutego stracono kontakt z Kuciakiem i jego partnerką, Martiną Kusznirovą. Rodzina powiadomiła policję. Po kilku dniach 27-letniego dziennikarza i jego partnerkę odnaleziono martwych w ich domu w Velkej Maczy w południowo-zachodniej Słowacji. Jak ustalono, para została zastrzelona 21 lutego. Najprawdopodobniej motywem zbrodni były prowadzone przez Kuciaka dziennikarskie śledztwa. O zabójstwo podejrzewani są skorumpowani urzędnicy wysokiego szczebla lub członkowie kalabryjskiej mafii, o której pisał dziennikarz.

Kontynuacji prowadzonego przez Kuciaka śledztwa w sprawie włoskich siatek przestępczych na terenie Słowacji podjęła się międzynarodowa grupa dziennikarzy. Wciąż jednak wiele w tej sprawie pozostaje niewyjaśnione. Komu zależało na śmierci dziennikarza? Kto je zlecił i wykonał? Czy i co z tym wspólnego ma słowacka władza? Te pytania pozostają niestety bez odpowiedzi.

fot. Flickr


Kto sięga po dziennikarzy, sięga po wolność

Na Słowacji w ostatnich latach stosunki pomiędzy władzą a dziennikarzami nie były, mówiąc delikatnie, dobre. W 2016 roku premier Fico, wytykających mu finansowe nieprawidłowości dziennikarzy wyzywał od „brudnych antysłowackich prostytutek”, „toaletowych pająków”, „głupich hien” i „obleśnych węży”. A przypadek Kuciaka dowodzi, że mimo konstytucyjnej gwarancji wolności słowa, niektórzy dziennikarze wciąż są obiektem nacisków, czasem agresji i pracują ryzykując życie. – To morderstwo to logiczna konsekwencja tego, jak nasz kraj był zarządzany przez ostatnie lata – napisał Štefan Hríb, redaktor naczelny tygodnika „.týždeň”po tragicznej śmierci Kuciaka. I stwierdził, że dziennikarze powinni rozpocząć własne śledztwo, gdyż nie można w tej sprawie ufać władzom: – To absurd wierzyć, że policja i sądy rozwiążą tę sprawę. Bo sami są jej częścią – skomentował. – Uważam ich za współwinnych śmierci mojego kolegi. Może uda im się złapać rękę, która pociągnęła za spust. Ale nie zleceniodawców, bo ci znajdują się wśród nich – dodał.

Pod koniec września trzy osoby usłyszały zarzuty udziału w zabójstwie Jana Kuciaka. Według mediów wśród nich jest bezpośredni sprawca. Najprawdopodobniej to były policjant Tomasz Sz. Jeden z prokuratorów zajmujących się sprawą zdradził dziennikarzom, że mordercy za dokonanie zbrodni mieli otrzymać 70 tysięcy euro. Jej zleceniodawczynią miała być bizneswoman Alena Zs., tłumaczka Mariana Kocnera. Tego samego, który groził Kuciakowi.

W pogrzebie Jana Kuciak na początku marca 2018 wzięło udział kilkaset osób, w tym członkowie rodziny i przyjaciele. Politycy się nie pojawili. – Atak na dziennikarza uważam za atak na wolność. Poszukiwanie i pisanie prawdy to niewdzięczna służba. Kto sięga po życie dziennikarzy, sięga także po wolność Słowacji, a do tego nie możemy dopuścić – powiedział odprawiający mszę arcybiskup Bratysławy Stanislav Zvolensky.

Więzienie za wolność wypowiedzi

Po zamieszkach z lipca 2016 r. do więzień w Turcji trafiło ponad 150 tys. osób. Część z nich to dziennikarze, którzy mieli odwagę skrytykować władze kraju: początkowo było to 120 osób, teraz mówi się nawet o 160. Pod koniec kwietnia do więzienia trafiło 14 pracowników opozycyjnej gazety „Cumhuriyet” („Rzeczpospolita”). Zarzucono im wspieranie terroryzmu, a konkretnie Fethullaha Gülena, byłego sojusznika prezydenta Erdogana, który jest oskarżany o przeprowadzenie nieudanego puczu sprzed dwóch lat. Obciążającymi dowodami stały się wpisy redakcji w mediach społecznościowych, w których dziennikarze rzekomo „bronili” Gülena. Były redaktor naczelny pisma, Can Dündar, został aresztowany po opublikowaniu wspólnie z przyjaciółmi nagrania, na którym udowadnia, że Turcja transportuje broń do Syrii i tym samym wspiera Państwo Islamskie. Z kolei Ahmet Altan, redaktor naczelny dziennika „Taraf”, dostał dożywocie za „wspieranie nieudanego zamachu stanu”. Władze pozbawiły licencji 24 stacje telewizyjne i radiowe, które rzekomo miały działać na szkodę Erdogana, zablokowano dostęp do 20 lokalnych serwisów newsowych w sieci. Represje dotyczą także dziennikarzy zagranicznych, którym odbiera się akredytacje i wyrzuca z Turcji bez prawa ponownego wjazdu.

Choć perspektywy na szybkie zwolnienie z więzienia są niewielkie, zamknięci dziennikarze się nie poddają. – Jestem w więzieniu, ale nie jestem więźniem. Każdego dnia dowodzimy, że sztuki i dziennikarstwa nie da się uwięzić. Będziemy kontynuować walkę i przekonywać, że dziennikarstwo nie jest przestępstwem, aż wszyscy dziennikarze zostaną uwolnieni – powiedziała Zehra Doğan z kurdyjskiej agencji prasowej JINHA. Artystka odsiaduje prawie trzyletni wyrok za rysunki i artykuły prasowe.

Podrzucone dowody przestępstwa

W grudniu 2017 roku w Birmie zostali aresztowani dwaj dziennikarze agencji Reutera. Zajmowali się sprawą zbrodni popełnianych na muzułmańskiej mniejszości Rohindżów, dokonywanych przez birmańskie wojsko i ludność cywilną. Powodem zatrzymania później skazanych na siedem lat więzienia Kyaw Soe Oo i Wa Lone’a było „nielegalne wejście w posiadanie dokumentów państwowych”. Jednak dziennikarze twierdzą, że podczas zatrzymania policjanci podrzucili im te dokumenty, a na dodatek agencja Associated Press nie znalazła w nich poufnych danych. – To wielki krok do tyłu procesie demokratyzacji Birmy, który nie da się pogodzić z rządami prawa ani wolnością słowa – stwierdził Stephen Adler, szef agencji Reutera. – Nigdy nie powinni trafić do sądu, bo wykonywali swoją pracę – wtórował mu przedstawiciel Human Rights Watch na Azję Phil Robertson. – Najwyraźniej jednak rządowi zależy, by ten proces wykorzystać do zastraszenia birmańskich mediów – dodał. O wypuszczenie dziennikarzy z więzienia zwracały się do birmańskich władz USA, Unia Europejska i ONZ. Jak na rzazie bezskutecznie.

fot. Flickr


I Polska też…

Według organizacji Reporterzy bez Granic wolność mediów w Polsce również jest poważnie zagrożona. – Dziennikarze w Polsce są zastraszani, media niezależne tłamszone, a publiczne przeszły pod całkowitą kontrolę władz – mówiła pod koniec 2017 r. szefowa biura Reporterów bez Granic Julie Majerczak. – To absolutnie nie do przyjęcia, szczególnie biorąc pod uwagę wysokość kary i jej uzasadnienie – skomentowała nałożenie przez KRRiT kary na TVN24. – Nie można karać za pokazywanie demonstracji. Każde medium ma prawo informować i prowadzić relację z takich wydarzeń – dodała. Co prawda po silnych protestach, również międzynarodowych, kara została anulowana, jednak sygnał wysłany przez władze był bardzo wyraźny. – Jest jeszcze sprawa Tomasza Piątka, który jest ścigany przez prokuraturę wojskową za krytyczną książkę o ministrze obrony. To nie jest zwykły pozew o zniesławienie, ale coś zupełnie niespotykanego i groźnego: to zastraszanie dziennikarzy – opisała inny głośny przypadek.

Reporterzy bez Granic co roku przygotowują ranking wolności prasy. W 2016 r. Polska zajmowała w nim 18 miejsce. Rok później, po raz pierwszy od 1990 r. nasz kraj znalazł się w grupie państw, w których media nie są całkowicie wolne: w jednym rzędzie z Włochami, Ukrainą czy krajami Półwyspu Bałkańskiego. Z kolei w 2018 r. Polska zajęła już 58. miejsce, co oznacza, że spadła w rankingu trzeci rok z rzędu! Teraz jesteśmy w grupie m.in. z Botswaną, Haiti, Gruzją i Madagaskarem…