Zabić czy pokochać?

[spider_facebook id=”2″]

 

To nie jest reportaż – w klasycznym rozumieniu tego gatunku. Anna Wojtacha napisała książkę, która jest raczej połączeniem pamiętnika i spowiedzi. Dziennikarka opisuje Rosjan i Rosję, ale także (a może przede wszystkim) obnaża siebie.

 

Zabijemy albo pokochamy

 

„Z nami to jest prosta sprawa: albo cię zabijemy, albo cię pokochamy” – mówi Wiktor, dopiero co przez autorkę poznany żołnierz Specnazu. Jadą koleją transsyberyjską, piją wódkę i dyskutują. Te trzy elementy: podróż, alkohol i rozmowa wracają w książce Wojtachy jak refren. Wydają się równocześnie najlepszym i najbardziej spłyconym podsumowaniem spisanych historii.

 

Dziennikarka i korespondentka wojenna związana z TVN24, Polsatem News i TVP Info przedstawia siedem opowieści o spotkanych w Rosji ludziach. Zaczyna najbardziej osobiście – od opisu swojego związku z Ogim – snajperem Specnazu, potem są Nadia i jej syn Aleksander, który nie potrafi wrócić do normalnego życia po trzech latach wojskowej służby w Czeczenii, Andriej i Olek, gdzieś w tajdze budujący gazociąg Gazpromu, mieszkająca w Niemczech i tęskniąca za ojczyzną Swietłana, bezdomny Igor z więzienną przeszłością, Zina, Isa, Elza i Sapik, czyli czeczeńska rodzina z dwojgiem dzieci, prostytutka Nina. Wszyscy oni znajdują się w sytuacji ekstremalnej: muszą odpowiedzieć sobie na pytanie „jak mamy żyć?”. Wojtacha im w tych zmaganiach towarzyszy, często zasiewa ziarno wątpliwości, prowokuje do podjęcia ostatecznej decyzji, namawia do zmiany. Z niektórymi bohaterami spędza tylko kilka dni, a stają się dla niej tak ważni, by wybrać ich spośród setek innych i unieśmiertelnić w książce.

 

„Zabijemy albo pokochamy” to jednak nie tylko kolejna próba reporterskiego opisania współczesnej Rosji i pokazania jej z perspektywy normalsów, a nie wielkiej polityki. Nie o stworzenie klasycznego reportażu autorce chyba zresztą chodziło. By bez wahania tak jej opowieść gatunkowo zaklasyfikować, potrzeba by więcej twardych danych (dat, miejsc) i pełniejszej prezentacji kontekstu. Wojtacha tworzy tymczasem miniatury, które wydają się bliższe powieści, często zawieszone poza czasem i przestrzenią. Dzięki temu można bardziej skupić się na opisywanych ludziach, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zarysowanie szerszego tła książkę mogłoby tylko wzbogacić.

 

Zamiast historii i faktografii autorka wybiera jednak dzielenie się bardzo osobistymi wspomnieniami i emocjami. Odziera się z wygodnego kostiumu dziennikarki i korespondentki wojennej i pisze (prosto, klarownie, dosadnie, bez patosu) o tym, czego doświadczyła, a czego nie mogła pokazać w telewizyjnej relacji. Dlatego dla mnie to w dużej (może nawet przeważającej) mierze książka o niej – kobiecie, która chce opisywać innym świat, ale musi też znaleźć ujście dla swoich przeżyć. Raz jest więc twardą babą, która sama podróżuje po dalekiej Rosji, goli głowę na łyso, „bo tak wygodniej”, pyskuje majorowi z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w piciu wódki dotrzymuje kroku mężczyznom, stawia spotkanych ludzi do pionu. Innym zaś razem przypomina nieporadną kobietkę, wciąż przedłużającą urlop, bo rozstanie z ukochanym Ogim to dla niej zbyt duże wyzwanie (sama nazywa to wówczas operą mydlaną), zdziwioną, że praca w sklepie może być tak ciężka, a złowienie szczupaka to nie lada wyczyn. Tę twardą Wojtachę, mimo że momentami irytuje arogancją, podziwiam. Miękką – trudno mi prawdziwie polubić – jestem zła, że umacnia tak głęboko w kulturze zakorzeniony stereotyp kobiety. Jestem zła tym bardziej, że to samo robi ze stereotypem Rosji i Rosjanina. Nie to, żeby gorszył mnie przelewający się alkohol. Jako czytelnik czuję po prostu niedosyt, że ktoś tak świetnie znający kraj, nie powiedział mi o nim więcej, nie sięgnął głębiej.

 

Świeżo po lekturze łapię się do tego na tym, że przynajmniej części z przedstawionych opowieści wolałabym nie znać. Zaczynam myśleć, że autorka przeszarżowała, bo intymność – zwłaszcza w tym zawodzie – trzyma się zamkniętą na klucz w szufladzie. Takie książki, jeśli się w ogóle pisze, to u schyłku kariery, a autorka pojedzie przecież pewnie jeszcze na niejedną wojną i nie raz będzie o Rosji w polskich mediach opowiadać. Nie wiem więc, czy ten wojeryzm bardziej mnie dziwi, czy wkurza. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że wywołuje… niepokój, bo łatwiej byłoby wypierać ze świadomości, że dziennikarz nie jest maszyną produkującą materiały, tylko człowiekiem, który po wyłączeniu kamery, dyktafonu i laptopa kocha, przyjaźni się, pije alkohol, przeklina, bywa nieodpowiedzialny i śmiertelnie przerażony.

 

Na okładce poprzedniej publikacji Wojtachy – „Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie” Paweł Reszka pisze: „Na początku nie lubiłem tej książki – sądziłem, że dziennikarze nie powinni pisać o sobie. Potem nie mogłem się od niej oderwać”. Pod taką opinią, tyle że dotyczącą najnowszej pozycji autorki, z chęcią bym się podpisała. Raz chcę tę książkę zabić, po chwili ją kocham.

 

Agnieszka Kapela

 

„Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji”
Autor: Anna Wojtacha
Wydawnictwo: Znak