Zabytki w budowie, czyli jak zmienia się Uzbekistan


Czarny rynek wymiany walut, trudności na granicy, wyłudzanie łapówek czy problemy z internetem – to wszystko, przed czym ostrzegali przyjaciele i autorzy przewodników, nie spotkało nas w Uzbekistanie. Zastaliśmy za to wielki plac budowy. Kraj, który przez lata uchodził za wyzwanie dla podróżników żądnych przygód, otwiera się i walczy o tzw. zwykłego turystę.

Infrastruktura turystyczna jest rozbudowywana w każdym ważniejszym mieście Uzbekistanu. Na zdjęciu plac budowy w Chiwie

„Było południe, wyszedłem z twierdzy na wielki, zakurzony plac, naprzeciwko znajdowała się czajchana. O tej porze czajchany są pełne Uzbeków. Siedzą w kucki, w kolorowych tiubietiejkach na głowie, piją zieloną herbatę. Piją tak godzinami, często cały dzień. Przyjemne to życie, spędzane w cieniu drzewa, na dywaniku, wśród bliskich kompanów. Usiadłem na trawie i zamówiłem czajnik. Po jednej stronie miałem widok twierdzy, tak dużej jak Wawel, tyle że zrobionej z gliny. Ale po drugiej stronie miałem widok jeszcze lepszy. Po drugiej stronie stał cudowny meczet. Ten meczet przyciągnął moją uwagę, ponieważ był zrobiony z drzewa, co jest niezwykle rzadkim przypadkiem w architekturze muzułmańskiej, której tworzywem jest kamień i glina. W dodatku wśród upalnej i zdrętwiałej ciszy pustynnego południa słychać było, że w meczecie coś stuka. Odstawiłem czajnik i poszedłem zbadać sprawę. Stukały kule bilardowe” – pisał Ryszard Kapuściński w jednym z reportaży wydanych w cyklu „Kirgiz schodzi z konia”. Dzisiaj wychodząc z twierdzy emira Buchary zauważyłby rusztowania i robotników, którzy robią lifting słynnego zabytku. A siedząc w czajchanie na placu przed drewnianym XVIII-wiecznym meczetem Bala Chauz usłyszałby wyłącznie odgłosy kucia w betonie. Tak w tumanach kurzu rodzi się nowy, turystyczny Uzbekistan.

Robotnicy w przerwie od pracy przed wejściem do twierdzy emira Buchary
Prace budowlane przed meczetem Bala Chauz, opisywanym przez Kapuścińskiego w książce „Kirgiz schodzi z konia”
Prace budowlane niedaleko meczetu Bala Chauz oraz twierdzy emira Buchary znanej także jako Arc of Buchara

Schodząc z konia

Cesarz reportażu odwiedził Azję Centralną w szczególnym dla tego regionu momencie. Niegdyś była to główna arteria świata, którą przepływały nie tylko towary, lecz także idee. Odbywała się tam wymiana kulturalna i naukowa, kwitło życie intelektualne i rodziły się fortuny. Aż na wielkie wody wypłynęli Krzysztof Kolumb, Vasco da Gama, Ferdynand Magellan i inni odkrywcy. „Pomyślne lata Azji Środkowej kończą się w XVI wieku. Losy tego obszaru zostały rozstrzygnięte daleko poza jego granicami – na oceanach. Następuje rozwój komunikacji morskiej, rozwój transportu kolejowego i w zetknięciu z tą nową, praktyczną i tanią techniką łączności międzynarodowej stary, ryzykowny i powolny sposób transportowania ludzi i towarów na grzbietach wielbłądów traci znaczenie i wyłączność. Jedwabny Szlak zasypują piaski, a Azja Środkowa zapada w stan izolacji i apatii, przesuwa się na daleki margines świata” – pisał w „Kirgizie…” Kapuściński.


Nowe nadeszło dopiero w XX. wieku dzięki rewolucji październikowej i proklamowaniu ZSRR. W 1924 roku dotychczasowy Turkiestan został przez bolszewików sztucznie podzielony na pięć republik związkowych (kazaską, kirgiską, tadżycką, turkmeńską i uzbecką; ostatecznie zatwierdzono je w roku 1936). Każda miała posługiwać się własnym językiem i własną symboliką. Tyle że dla Azji Centralnej narzucony przez obcych podział na narody był nienaturalny. Przez całe stulecia była to jedna wielka kraina, w której „Główny podział przebiegał na linii koczownicy – ludność osiadła. Pierwsi dzielili się na tych, którzy przemieszczali się po stepie (Kazachowie), pustyni (Turkmeni) i górach (Kirgizi). Wśród drugich prym wiedli perskojęzyczni Tadżycy, ale znaczący był też udział Uzbeków. Na to nakładały się podziały na szczepy, plemiona, klany i mahalle – nieskończenie bogaty świat tożsamości lokalnych. Między rodem a całym Turkiestanem nie było prawie nic. Uzbekowi z Buchary bliższy był sąsiad Tadżyk niż przedstawiciel uzbeckiego plemienia z Fergany albo Chorezmu. Bardziej swojski był bucharski Arab” – pisał w książce „Buran. Kirgiz wraca na koń” Wojciech Górecki, znawca regionu.

Jedna z nowych, posowieckich atrakcji Uzbekistanu – taszkenckie Muzeum Pamięci Ofiar Represji. Podsumowuje wszelkie krzywdy wyrządzone Uzbekom przez Rosjan od XVIII wieku aż po upadek ZSRR

W latach 60., niespełna pół wieku po rewolucji październikowej, kiedy Kapuściński odwiedza związkowe republiki, jest to dla nich moment szczególny – w końcu dopiero niedawno się narodziły i ledwie zdążyły okrzepnąć. Wielu ich mieszkańców wciąż pamięta czasy Turkiestanu. Czasy sprzed socrealizmu z architekturze i sztuce. Czasy, gdy koczownicy swobodnie przemieszczali się po bezkresnych przestrzeniach i nie byli zmuszani do osiedlania się oraz uprawiania bawełny. Czasy, w których nikomu nie były potrzebne paszporty Uzbekistanu, Tadżykistanu czy Kirgistanu. Czasy, w których Kirgiz wcale nie zamierzał schodzić z konia.


My odwiedzamy niepodległe republiki pół wieku później. Dla obecnych Uzbeków ZSRR jest takim samym wspomnieniem, jakim dla tych, których spotykał Kapuściński, był Turkiestan. Dzisiejszy Uzbekistan – najpierw sztucznie ustanowiony, a od 1991 roku już niezależny od Moskwy – został zmuszony, by od nowa samodzielnie pisać swoją historię i tworzyć narodową tożsamość. Tylko jak to się robi?


Wymyślanie się na nowo

Jako pierwszy karty nowej historii Uzbekistanu miał okazję zapisać Islom Karimow. Do władzy doszedł jeszcze w latach 80. na fali niesławnej afery bawełnianej. Po rozpadzie ZSRR zmienił tylko stanowisko z pierwszego sekretarza na prezydenta. Ale w praktyce robił, co chciał, bo był dyktatorem. Za jego rządów Uzbekistan był w dużym stopniu zamknięty na świat i dla świata. Słyszało się o nim często w kontekście powszechnej korupcji, tortur stosowanych na więźniach oraz czarnego rynku walutowego i polityki pieniężnej, która sprawiała, że ludzie zamiast portfeli potrzebowali reklamówek. W polityce zagranicznej lawirował między Rosją a USA. Raz wstępował, a raz występował z kontrolowanej przez Kreml Organizacji o Bezpieczeństwie Zbiorowym. To pozwalał stacjonować u siebie amerykańskim żołnierzom, to ich wyrzucał, kiedy Zachód potępiał go za masakrę na ludności cywilnej w Andiżanie. Rządził do śmierci w 2016 roku.

Pomnik Isloma Karimowa przed byłym pałacem prezydenckim, na którego tyłach znajduje się obecnie propagandowe muzeum na cześć dyktatora
Wnętrze muzeum poświęconego byłemu prezydentowi Uzbekistanu, Islomowi Karimowowi

Po nim nastał Szawkat Mirzijojew, wcześniej przez 13 lat premier Uzbekistanu. W ciągu pierwszych dwóch lat rządów doprowadził do zrównania oficjalnego i czarnorynkowego kursu uzbeckiego soma, dzięki czemu w kraju otworzono pierwsze kantory wymiany walut. Zakazał stosowania tortur, zwolnił część więźniów politycznych i religijnych oraz zniósł wizy wyjazdowe dla obywateli Uzbekistanu. Jednocześnie nie odciął się od poprzednika, wręcz przeciwnie – postawił mu kilka pomników i nazwał jego imieniem lotnisko w Taszkencie. A do udziału w wyborach nie dopuszcza opozycji. Poluzowanie reżimu dało jednak ludziom nadzieję. A nowa polityka wewnętrzna to tylko część jego pomysłu na Uzbekistan.


Powrót na Jedwabny Szlak

To właśnie wspomniane przez Kapuścińskiego czasy transportu na grzbietach wielbłądów mają się stać nową wizytówką Uzbekistanu. Powolne karawany, bogactwo przypraw i tkanin, hałaśliwe targi i ustronne saraje mają skusić obcokrajowców, by wrócili na Jedwabny Szlak. Orient sam się orientalizuje dla zabawy Zachodu i w pogoni za nim. Na odwiedzających czekają więc mieszkańcy w lokalnych strojach, bajeczne suknie, pięknie wyszywane nakrycia głowy i kolorowe chusty pełne fantastycznych wzorów. Stare medresy i meczety są czyszczone na wysoki połysk. Miejscowi rzemieślnicy uczą przybyłych rzeźbienia w drewnie, tkactwa, lepienia z gliny i tradycyjnej metaloplastyki. Otwierają się kolejne restauracje, które nęcą szaszłykami i plowem. Dostępne jest wszystko, co będzie cieszyć oko i podniebienie spragnionego orientu oraz egzotyki turysty. Wszystko, co sprawi, że otworzy on swój portfel. Wszystko, dzięki czemu po powrocie do domu opowie, że było tak pięknie i tak magicznie, jak tego oczekiwał.


Na miarę zachodnich oczekiwań

Rozwój turystyki stał się jednym z priorytetów Uzbekistanu. Pracownicy Ministerstwa Finansów ujawnili, że w latach 2019-2025 rząd planuje zainwestować około trzy miliardy dolarów w infrastrukturę turystyczną oraz około 500 milionów dolarów w budowę 196 hoteli i ośrodków wypoczynkowych. Szawkat Mirzijojew zmienił także politykę wizową. Najpierw w 2018 roku wprowadził wizy elektroniczne, dzięki czemu liczba turystów, którzy w ciągu roku odwiedzili Uzbekistan, wzrosła z 2,6 do 5,3 miliona. Od lutego 2019 roku rozszerzono do 45 liczbę krajów, których obywatele mogą wjechać do Uzbekistanu na 30 dni bez wizy (dotyczy to także Polaków). A w 2020 roku ruch bezwizowy ma stać się tam dostępny dla obywateli kolejnych 40 państw.

Budowa reprezentacyjnej alei, którą turyści już wkrótce dotrą na stare miasto w Chiwie

Podczas wizyty w Uzbekistanie nie da się przegapić inwestycji w turystykę. W każdym mieście przy głównych alejach bez trudu można znaleźć nowe budynki z jeszcze zafoliowanymi oknami. Niektóre klasyczne, proste, ale większość w orientalnym stylu – podobne do zabytków. Udają, że stoją tu od wieków, choć wciąż pachną nowością i czekają na swoich pierwszych gospodarzy oraz pierwszych gości. Budują się ławki, drogi i chodniki. Powstają place, skwery i parki pełne młodych drzewek. Czasem można się przestraszyć, bo kiedy akurat nie ma robotników, wygląda to jak świat po katastrofie – tyle nowych, a wciąż pustych budynków i przestrzeni. Wszystko niby gotowe, tylko ludzi brak, jakby wymarli w nieznanych okolicznościach.

Minor Mosque – jeden z  nowych zabytków Uzbekistanu. Wybudowany w 2014 roku

Choćby Mujnak – jeszcze niedawno wioska pośrodku niczego, dziś jest nie do poznania. Wzdłuż nowej szerokiej ulicy stoją rzędy równie nowych i wciąż pustych budynków, na których widnieją szyldy: hotel, muzeum, basen, amfiteatr. Pod niektórymi z nich z przyzwyczajenia wciąż pasą się krowy. A od głównej (jedynej) ulicy odchodzą ubite gruntowe drogi, jak za (nie tak wcale) starych dobrych czasów. Mamy szczęście bywać pierwszymi gośćmi w nowo otwartych kawiarniach, które zostały już wyposażone w ekspresy do kawy, ale nie zatrudniły jeszcze nikogo, kto potrafi je obsługiwać. Dlatego serwują wyłącznie rozpuszczalną zalewaną wodą z elektrycznego czajnika.

Pełen nowych budynków Mujnak już się szykuje do przyjęcia turystów
Pod niektórymi z nowych gmachów wciąż pasą się krowy
Do niektórych nowych budynków trzeba jeszcze doprowadzić chodniki
Przy głównej drodze od podstaw budowany jest gmach w stylu orientalnym, który zapewne stanie się jedną z turystycznych atrakcji Mujnak
Od nowej, asfaltowej drogi, która przecina Mujnak, wciąż odchodzą drogi gruntowe, jak za (nie tak wcale) starych dobrych czasów
Główna atrakcja Mujnak – cmentarzysko statków na dnie sięgającego tu kiedyś Morza Aralskiego

Na imponująco dużych i odnowionych dworcach kolejowych za każdym razem przechodzimy szczegółowe kontrole, prawie jak na lotniskach, z obowiązkowym prześwietlaniem każdego bagażu. W środku czasem wita nas stewardesa, która po angielsku proponuje poczekalnię o podwyższonym standardzie (z wi-fi), w której można, a właściwie trzeba napić się kawy (jej zakup to bilet wstępu do dworcowego VIP roomu). W każdym z głównych miast tzw. jedwabnego szlaku znajdują się też budki oraz komisariaty nowo założonej policji turystycznej. Głównym zadaniem mundurowych jest pomoc obcokrajowcom, którzy od teraz mają się czuć w Uzbekistanie bezpiecznie.

Policja turystyczna jest wszechobecna w okolicach największych atrakcji Uzbekistanu

I chociaż wiele obiektów wciąż nie zostało ukończonych, a kraj momentami przypomina – zwłaszcza zimą, poza sezonem – wielki plac budowy, to widać, że wysiłki Uzbeków przynoszą zamierzone skutki. Mimo że głównym narzędziem komunikacji z zachodnimi turystami wciąż jest tu „Google translator”, bo mało kto rozmawia po angielsku, a mało który z turystów po rosyjsku, to w ciągu pierwszych 11 miesięcy 2019 roku Uzbekistan odwiedziło 6,2 miliona obcokrajowców – prawie o milion więcej niż w całym 2018 roku, który był przecież rekordowy. A inwestycje w turystykę dopiero się w tym kraju zaczęły.


W domu najlepiej

Na szczęście nie wszystkie uzbeckie gościennice (z rosyjskiego – hotele, hostele, miejsca, gdzie można przenocować) pachną świeżym tynkiem i są skrojone pod gusta turystów, którzy oczekują „prawdziwego orientu”. Podróżując jak najtaniej, nocujemy zazwyczaj u gospodarzy, którzy przyjmują gości we własnym domu. Budynki są starsze i udekorowane zgodnie z gustem mieszkańców, bo sypiają w nich nie tylko turyści, lecz także całe uzbeckie rodziny.

Nasi gospodarze z Samarakandy. Przyjmują gości we własnym domu

Te często zaskakujące zarówno wystrojem, jak i lokalizacją tzw. guesthousy to także nowość. Gwałtowny wzrost liczby turystów w Uzbekistanie sprawił, że zaczęło brakować miejsc noclegowych dla przybyszów. W szczycie sezonu turyści szukali więc dachu nad głową w prywatnych domach, ryzykując brak obowiązkowej w tym kraju rejestracji z miejsca noclegu, którą gwarantowały wyłącznie hotele. Przedsiębiorczy Uzbecy chcieli zarabiać na gościach, ale biurokracja i wysokie koszty prowadzenia biznesu skutecznie ich zniechęcały. Aż do sierpnia 2018 roku, kiedy nastąpiła zmiana przepisów. Od tej chwili wystarczą trzy dni, by zostać w Uzbekistanie hotelarzem na niewielką skalę. Wprowadzono także korzystne pożyczki na remonty, wyposażenie, itp. dla tego typu przedsiębiorców. Według cytowanego przez eurasianet.org eksperta turystycznego Akbara Ikramova, dzięki względnej łatwości procesu aplikacji w Uzbekistanie otwarto od tamtej pory co najmniej 869 nowych (często domowych) pensjonatów.

Jedna z dzielnic mieszkaniowych Samarakandy, w której można wynająć pokój w prywatnym domu

– W weekend lecę do Taszkentu na konferencję dotyczącą turystyki i hotelarstwa na prowincji – opowiada nasza gospodyni z Nukus. – Organizuje ją Unia Europejska. Przyjadą specjaliści z różnych krajów, głównie z Europy. Będziemy rozmawiać o rozwoju naszych usług, modelach biznesowych i nowych trendach w turystyce. Zapewniają mi zakwaterowanie i wyżywienie. Jestem bardzo ciekawa, czego nowego się dowiem i jak będę mogła dzięki temu ulepszyć naszą ofertę. Cieszę się, że takie wydarzenia zaczynają być organizowane w Uzbekistanie – dodaje.


Martwy sezon

Spacerując po przyprószonej śniegiem, pustej Samarkandzie, błądzimy między stosikami z koszulkami, czapkami, chustami i rzeźbionymi ręcznie szachami. Znudzeni sprzedawcy chętnie nas zagadują – pytają skąd jesteśmy, polecają miejsca, które koniecznie powinniśmy jeszcze odwiedzić i próbują wcisnąć nam jedną ze swoich pamiątek. Wchodzimy do restauracji, gdzie kelner specjalnie dla nas włącza światło. Najwidoczniej jesteśmy pierwszymi, a może nawet jedynymi klientami tego dnia. Zachodzimy do niegdyś medresy, a teraz po prostu jednego z setek zabytków dawnego jedwabnego szlaku. W jednej z sal, w której kiedyś odbywały się lekcje, znajduje się sklepik. Sprzedawca zaczyna od oprowadzania i wykładu na temat historii tego pomieszczenia, jego roli, a także pochodzenia poszczególnych tkanin oraz wzorów, które są na nich wyszywane.

Przyprószony śniegiem Registan – główny plac Samarakandy

– Zachęcam do kupna, specjalna zniżka. Z piętnastu dolarów, na pięć. Teraz właściwie nie ma turystów, więc wszystko jest na przecenie – zapewnia sprzedawca, który prowadzi ten sklep od lat. Pytamy, czy gwałtowny rozwój turystyki w Uzbekistanie wpłynął na jego biznes.

Dziedziniec jednej z medres w Samarakandzie

– Nie odczułem dużej różnicy. Zarabiam mniej więcej tyle samo. Być może jest więcej turystów niż kiedyś, ale jest też pięć razy więcej sklepów. To oczywiście dobrze, ludzie mają pracę – twierdzi. – Dla mnie prawdziwa zmiana nastąpiłaby wtedy, gdy znaleźlibyśmy sposób, aby turyści przyjeżdżali też zimą. Teraz jest martwy sezon – dodaje.

Sklepik z pamiątkami w jednej z medres

Chociaż nie było nam dane spróbować podobno przepysznych melonów i arbuzów ani poczuć letniej atmosfery najpiękniejszych medres i meczetów, które są wtedy pełne wielojęzycznego gwaru i zapewniają wytchnienie od południowego upału, to cieszymy się, że trafiliśmy właśnie na ten martwy sezon. Ulice oraz świątynie są ciche i spokojne. Gwarny jest tylko bazar, na którym mieszkańcy kupują wszystko, co niezbędne do życia. W każdej czajchanie bez trudu znajdujemy miejsce. Aż trudno sobie wyobrazić, że już za kilka miesięcy, znów będzie tu „sezon”. Możliwe, że kolejny rekordowy.

Bazar w Samarakandzie

Tekst:

Weronika Rzeżutka

Bartosz Wróblewski

Zdjęcia:

Bartosz Wróblewski

Podczas pracy nad tekstem korzystaliśmy z następujących publikacji:

„Buran. Kirgiz wraca na koń” Wojciecha Góreckiego

„Kirgiz schodzi z konia” Ryszarda Kapuścińskiego

„Sowiestany” Eriki Fatland

Artykułów zamieszczonych w serwisie: eurasianet.org