Żeby Cię lepiej zjeść


Karnawał to świetny moment, by spojrzeć prawdzie w oczy: żyjemy w epoce rozpasanej konsumpcji – i to rozumianej w sposób najbardziej dosłowny. Wystarczy włączyć telewizor, by usłyszeć, że „jestem tym, co mi dajesz [zjeść], mamo” albo że „jarmuż to nowy pyszny skarb Matki Natury” lub „od rana chodzi za tobą z masłem, jajkiem i serem” bądź „bo ja smakuję długo i szczęśliwie”.


A to dopiero preludium. Zaraz po liście sponsorów („przyprawy do smaku i uśmiech mamy”, „jest smak!”, „dziecku odmówisz?”) i diabolicznym jinglu ekran zostaje zdominowany przez faceta w białym kitlu i z ponurą miną, który pogania grupę przestraszonych kucharzy, wmawiając im – zapewne nie bez racji – że nie potrafią gotować. Albo – na innym kanale – ponure trio zadaje gronu amatorów wymyślne potrawy do przygotowania w godzinę (bez zaglądania do książek kucharskich) lub w nieco zmienionym składzie znęca się nad dziećmi. Nie każe im wprawdzie jeść szpinaku, ale oczekuje, że dzieciaki w krótkim czasie przygotują trzydaniowy obiad z przystawką i deserem, który nie tylko da się zjeść, ale i od biedy podać w pięciogwiazdkowej restauracji cuisine nouvelle.


Nie mogąc patrzeć na zmuszanie dzieci do [robienia] jedzenia, zmieniamy kanał, by wpaść w ręce czterdziestoletniego o wyglądzie zabiedzonego dwudziestolatka, który popisowo „łamie przepisy”. Oczywiście, robi to w plenerze i z dala od innych ludzi – trzeba się przecież czymś wyróżnić. Nieco starszy od niego polskojęzyczny Francuz nie wychodzi z kuchni, ale na koniec karmi znajomych, była miss Polonia i była rzeczniczka premiera biega między kuchnią i pokojem, namawiając nie tyle do jedzenia, ile do wysyłania sms-ów i ciekawych przepisów, z których miss ulepi następny program. Jest jeszcze globtroter, raczący swoich widzów smakowitymi kąskami i równie smakowitymi przypowieściami. Oj, lubimy na nich patrzeć i jeść oczami. Gorzej, po chwili soki żołądkowe buzują i sięgamy po chipsy, orzeszki lub ciasteczko. Albo ruszamy do lodówki po kanapkę, plasterek wędliny lub mięsko z wczorajszego obiadu. A na tym się nie kończy, każdy niemal kanał ma swój program kulinarny, ba – są nawet całe kanały, w których na okrągło gada się o jedzeniu.


W zasadzie nie ma się co dziwić, przecież telewizję wymyślono po to, by nie trzeba było chodzić do kina. A kino bez jedzenia nie istnieje. I nie mam tu na myśli ani sprzedawanych przed seansem pop-cornu i coli, ani licznych opowieści o fatalnych skutkach zadławienia się jabłkiem (choć akurat to potrafi wzbudzić emocje, pamiętam seans disneyowskiej „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków”, kiedy cała młodociana widownia wstała z krzeseł i trzymając kciuki za zwierzątka ścigające Złą Czarownicę wyła jednym głosem „Zabij ją!”).


Chodzi o filmy o jedzeniu. Takie jak „Zielone smażone pomidory”, gdzie ta dziwna w smaku potrawa zdaje się panaceum na całe zło świata, i takie jak „Vatel”, gdzie dobroduszny (trudno uwierzyć, prawda?) Gerard Depardieu przygotowuje ucztę dla króla Ludwika XIV. Niby chodzi o konfrontację królewskiego dworu z prostolinijnym człowiekiem z ludu, ale to, co buduje ten film, zawiera się w tym, co Vatel przygotowuje na królewski stół. 


Nie trzeba się zresztą cofać tak głęboko. Opowieści o tym, że przez żołądek można trafić do serca, jest mnóstwo. Na przykład, jakiś kucharz nie dostrzega, że kocha się w nim jakaś podkuchenna, albo – co gorzej – sama szefowa kuchni. Wariantów jest do wyboru, do koloru: historie powtarzają się w food-truckach, tanich jadłodajniach, modnych restauracjach. Filmowcy żonglują nie tylko daniami, ale i gatunkami, zdarza się też, że kucharze z miłością do jedzenia dzielą się nawet z myszami, by wspomnieć tylko „Ratatuja”.


Mamy też kilka kuchenno-telewizyjno-filmowych osiągnięć na polskim gruncie. Jest pani, która z temperamentem kuli armatniej wpada do podupadającej mordowni i w godzinę (programu) zamienia ją w kwitnący biznes kulinarny na co najmniej trzy gwiazdki Michelina. Albo, na przykład, serial „Przepis na życie”, który miał kilka sezonów, lub niespełnioną opowieść „Na noże” – o kucharzu, który znał zastosowanie każdego noża w swoim komplecie, ale – w przeciwieństwie do pani armatniej – nie znał życia. Albo komedię kucharską „Śniadanie do łóżka”, gdzie Tomasz Karolak zamiast referencji i CV sieka po prostu smakowitego kotleta. Samo życie.


A skoro już mówimy o życiu. Kilka kluczowych scen filmu „Znachor” Jerzego Hoffmana rozgrywa się w wiejskiej kuchni. Scenografowie przygotowali z rozmachem odpowiedni projekt, ale na szczęście nie trzeba było stawiać dekoracji, bowiem znaleziono odpowiedni obiekt w okolicach Bielska Podlaskiego. Przestronna izba, wielki piec kuchenny, nad którym suszą się zioła i kiełbasy. Niby nic szczególnego, ale zdjęcia kręcono w samym środku karnawału Solidarności, latem 1981 roku, kiedy o zaopatrzenie, zwłaszcza w wędliny, było koszmarnie trudno. Ale nie takie przeszkody pokonywali filmowcy. Na drążkach wokół pieca zawisły więc pęta swojskich kiełbas i połcie wędliny. Ale, zważywszy na szczególny czas, było jasne, że dostawa jest jednorazowa, lato gorące, a dni zdjęciowych parę, więc zawczasu pomalowano wyroby jakimś środkiem, by zahamować procesy gnilne i zachować świeży wygląd – efektów cyfrowych jeszcze nie było. Oczywiście, uprzedzono ekipę, ale nie wszyscy uwierzyli kierownikowi produkcji. W efekcie następnego dnia trzeba było wzywać pogotowie do rekwizytora, który nie potrafił się pohamować. Chłopak wylądował w szpitalu, ale się wylizał, choć chemii w wędlinach było więcej niż mięsa.


Dobrze więc czasem, kiedy zaczynamy być głodni na widok tego, co widzimy na ekranie, od razu przełknąć ślinkę. Albo profilaktycznie obejrzeć niby-poradnik „Jak zrobić pierwszy film”, gdzie fotograf reklamowy Pierre Richard ustawia sobie plan zdjęciowy ze smakowitym (pozornie) obiadem. Film jest komediową fantazją, ale ta akurat scena jest na wskroś realistyczna.