Żeby polskość nie zginęła…


Z Tadeuszem Tomaszewskim spotykamy się w Wilnie w miejscu nieprzypadkowym– w Domu Kultury Polskiej. Jest to jedna z największych polskich instytucji na Litwie, mająca na celu organizację życia kulturalnego Polaków. Gdzie więc, jak nie tu, porozmawiać o historii Wileńszczyzny, jej polskości i dzisiejszych problemach z tożsamością narodową?


Na oficjalnej stronie Domu Kultury Polskiej czytam:
„Do priorytetów należy edukacja kulturalna, polegająca na promowaniu polskiej literatury i sztuki wśród mieszkańców Wileńszczyzny oraz wspieraniu lokalnego ruchu artystycznego i innej działalności kulturalnej. Ważnym zadaniem tej instytucji jest również kultywowanie lokalnych tradycji, folkloru, ocalenie od zapomnienia wszystkich wartości, które od wielu pokoleń kształtowały tożsamość narodową Polaków na Wileńszczyźnie”.

O polskości tego miejsca przypomina już tablica z nazwą hotelu, z którym Dom Kultury Polskiej dzieli siedzibę: „Pan Tadeusz” – tytuł epopei Adama Mickiewicza, w Wilnie uznawanego za wieszcza polsko-litewsko-białorusko-ukraińskiego.

Pani w recepcji, zapytana o Dom Kultury Polskiej, z uśmiechem pokazuje jedne z drzwi i dodaje: – Jest pan szczęściarzem, że może porozmawiać z panem Tadeuszem Tomaszewskim. To jedna z ostatnich osób, którym zależy na podtrzymywaniu tutaj polskości.

Po wejściu do przestronnej sali uwagę przyciąga wiele elementów: zdjęcia Jana Pawła II, świeżo pomalowane biuro stacji telewizyjnej TVP Wilno, która dopiero rozpoczyna działalność, wreszcie stół z dziesiątkami polskich książek, po które mogą sięgnąć wszyscy. Kiedy jedną z nich biorę do ręki, ktoś do mnie podchodzi i zagaduje: – Znalazł pan coś ciekawego? Ja często tutaj zaglądam i staram się coś znaleźć. Sam także przyniosłem mnóstwo książek. – To właśnie Tadeusz Tomaszewski, autor książki „Wracając do Wilna” oraz pomysłodawca polskich audycji w litewskim Radiu Wileńskim, w którym pracuje od ponad dekady.

– Pochodzę z Wileńszczyzny, jestem wiejskim chłopakiem. Konkretnie z bagien na granicy rejonu wileńskiego, z miasteczka Podbrzezie, 30 kilometrów na północ od Wilna, i mieszkałem tam do 17. roku życia – zaczyna opowieść. Do szkoły uczęszczał w rodzinnej okolicy. Pierwsze cztery klasy z zajęciami prowadzonymi po polsku, późniejsze już w języku rosyjskim. Do Wilna przyjechał jako nastolatek i zaczął pracować w Rosyjskim Teatrze Dramatycznym, a także występować na deskach jednego z teatrów amatorskich, pod patronatem tego teatru, początkowo w rolach dziecięcych.

– Marzyłem, żeby zostać aktorem. Być w teatrze. Nie wiem, skąd to się wzięło, wtedy się nad tym nie zastanawiałem, nic więcej mnie nie interesowało. Po prostu musiałem zostać aktorem – wyznaje.

Pierwszą próbę zdawania na studia aktorskie, w Moskwie, podjął, mając 23 lata. Chętnych było jednak zbyt wielu, a o skromną liczbę miejsc walczyła młodzież z całego Związku Radzieckiego. Z Moskwy nie wrócił bezpośrednio do domu, spróbował dostać się do innych szkół aktorskich. W Kijowie do studiowania konieczna była znajomość języka ukraińskiego, dopiero w Mińsku udało mu się przejść egzaminy. Chociaż Tomaszewski spędził w szkole aktorskiej cztery lata, to nie były one tak różowe, jak mogłoby się wydawać.

– Już po pierwszym roku wiedziałem, że aktorstwo to jednak zawód nie dla mnie. Krępowało mnie poczucie ubezwłasnowolnienia przez reżysera. Nie czułem się swobodnie. Nie dlatego, że narzucane są mi jakieś teksty, bo to jest oczywiste, że gra się w sztuce przez kogoś napisanej, ale nie podobał mi się sam dyktat reżysera. Źle się z tym czułem, lubiłem mieć wybór i samemu decydować, jak ma wyglądać dana postać i jak ją zagrać. Gdzieś wewnątrz siebie zrozumiałem, że aktorstwo to nie to. Ale jednocześnie postanowiłem skończyć te studia, bo, szczerze mówiąc, nie były zbyt trudne, a mogłem dzięki nim dostać dobrą pracę.


Polska buntownicza natura

Już na studiach Tomaszewski przekonał się, jak duże znaczenie ma miejsce urodzenia. W przeciwieństwie do wielu kolegów nie został wychowany w duchu sowieckim, co prowadziło do licznych konfliktów. Co prawda, Litwa także była przesiąknięta duchem komsomolskim, ale w rejonach wiejskich podchodzono do ideologii bardziej pragmatycznie. Na Białorusi było inaczej.

– W Wilnie nie spotykałem jakichś nadzwyczaj ideowych komsomolców czy ludzi partyjnych i nigdy nie mógłbym uwierzyć w ideologię sowiecką. Inaczej było w Mińsku. Z tego powodu doszło do kilku sprzeczek, raz nawet chciano mnie wyrzucić za strajk. Co roku we wrześniu wysyłano młodzież na wykopki ziemniaków, a raz w trakcie takiego wyjazdu zarządzono, że skoro jest ładna pogoda, mamy pracować także w sobotę i niedzielę. Namówiłem kolegów do buntu, a że byłem od nich starszy o kilka lat, to mnie posłuchali i pewnej niedzieli, zamiast wstawać do pracy, dalej spaliśmy, taki strajk leżący. Zostałem za to wyrzucony z tych wykopków, a na początku roku akademickiego zwołano zebranie partyjno-komsomolskie i rozważano, co ze mną robić. A że były to już czasy „Solidarności”, natychmiast im się z nią skojarzyłem. Dziekan wydziału aktorstwa, cały czerwony na twarzy, krzyczał, że nie pozwoli mi tutaj organizować „Solidarności”! Ale jakoś ostatecznie pozwolono mi dalej studiować.

Czara goryczy przelała się, kiedy na jednym ze szkolnych koncertów Tomaszewski miał recytować sowieckie wiersze patriotyczne. Zdecydował się wtedy wrócić do Wilna, choć nie była to łatwa decyzja. Pieniędzy brakowało, plan życiowy związany z aktorstwem się posypał, a uczelnia zaczęła domagać się odpracowania przerwanych studiów. Dodatkowo do książeczki pracy wpisano mu, że jest „człowiekiem złym oraz niesubordynowanym”, co zniechęcało ewentualnych pracodawców. Imał się więc bardzo różnych zajęć, od prostych prac pomocniczych po bycie ratownikiem na lokalnych plażach. Nie miał do tej pracy fizycznych predyspozycji, ale to właśnie dzięki niej, oraz studiom, dostał posadę animatora wydarzeń w jednym z wileńskich domów kultury.

Już w latach 80. został rosyjskim lektorem, bowiem tym językiem posługiwał się najlepiej, i zaczął występować w telewizji. Nie znaczy to, że porzucił polskość i jej tradycje.

– Nie zapominałem języka polskiego, sporo czytałem i korzystałem z księgarń oraz czasopism, które były bardzo popularne, także wśród
Litwinów i Rosjan. Czytałem zwłaszcza tych autorów, którzy nie byli dostępni po rosyjsku. Oczywiście, moja znajomość polskiego nie była doskonała i nawet miałem trudności ze zrozumieniem niektórych tekstów. Pamiętam, jak męczyłem się nad sławnymi krzyżówkami w „Przekroju”, ponieważ zwyczajnie brakowało mi polskich słów.


Niezapomniana wizyta

Zdarzają się w życiu momenty przełomowe, które zapadają w pamięć na długie lata. Przychodzą niespodziewanie i uderzają z zaskakującą siłą. Dla Tadeusza Tomaszewskiego takim zdarzeniem była pierwsza wizyta w Polsce. W drugiej połowie lat 80. dostał zaproszenie do Warszawy. W Polsce panowała bieda, wyzwolenie spod komunizmu miało dopiero nadejść. Ale dla Tomaszewskiego, który zachłysnął się samą polskością, jej wszechobecnym duchem, z którym nie miał wcześniej do czynienia, było to bez znaczenia. – Będąc w Warszawie, czułem euforię, to było coś nie do opowiedzenia. Polska zawsze gdzieś tam była, ale zdawała się nierealna i niedostępna. Pozostawała w sferze marzeń i legend rodzinnych. Była bliską i jednocześnie daleką krainą. I raptem znalazłem się tam, gdzie wszyscy mówią po polsku, cały czas byłem w stanie podniecenia i euforii. Wieczorami nie mogłem zasnąć, więc po prostu szedłem nad Wisłę. Byłem tylko ja i Polska. Coś niesamowitego…

Dla Tomaszewskiego uderzająca była też liczba polskich książek, do których nie miał dostępu w Wilnie czy na Białorusi. Jak wspomina, z Polski wracał obładowany książkami, interesował go właściwie każdy tytuł, czuł, że nadrabia stracone lata polskiej edukacji. Zaczęły się wtedy ukazywać pierwsze pozycje na temat historii Wileńszczyzny, co interesowało go szczególnie, a wkrótce miało stać się główną osią jego audycji radiowych.


Zmiany, zmiany, zmiany…


Końcówka lat 80. to okres wielu zmian, szczególnie dla krajów dawnego bloku sowieckiego. Manifestacje i strajki w Polsce, ustalenia Okrągłego Stołu i wybory 4 czerwca 1989 roku, upadek muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec, aksamitna rewolucja w Czechosłowacji, przewroty na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii. Pierestrojka, czyli czas zmian systemowych w Związku Radzieckim, zakończona puczem moskiewskim i upadkiem ZSRR w 1990 roku. To był okres wielu zmian także dla Tadeusza Tomaszewskiego. Będąc już pracownikiem wileńskiego Radia Litewskiego, zaczął prowadzić własne audycje, często dosyć odważne, jak ta o blokowaniu litewskiej gospodarki przez Moskwę. Także w samym radiu doszło do wielu zmian i przetasowań, nie wszyscy byli gotowi na wyzbycie się ducha starego systemu. W tym samym czasie okazało się, że Tomaszewski oprócz talentu lektorskiego ma także reporterski. Zaczął pisać reportaże, swoje pierwsze materiały w języku polskim.

Zmiany dotknęły także Litwę. Zanim w marcu 1990 roku w dramatycznych okolicznościach Litwa oderwała się od Związku Radzieckiego, od kilkunastu miesięcy dostrzec można było falę narodowego odrodzenia. Na tej fali na Wileńszczyźnie zaczęły powstawać liczne organizacje i stowarzyszenia, zakładane przez Polaków, mające na celu dbałość o polską kulturę i wspieranie jej rozwoju. Jedną z form działalności było prowadzenie zajęć dla polskich grup w wileńskich szkołach. Ofertę poprowadzenia jednej z takich grup otrzymał Tomaszewski, który nauczał o teatrze i reżyserii. Po mniej więcej roku otworzyła się szansa zdawania na studia reżyserskie w Polsce, w filii warszawskiej PWST w Białymstoku. O egzaminach dowiedział się na dwa tygodnie przed terminem. Zdecydował się, bowiem najważniejszy dla niego był wyjazd do Polski i zanurzenie się w polskiej kulturze. Poznanie jej od wewnątrz i zasmakowanie polskiego żywiołu. Zgłębienie tego, czym zachłysnął się podczas pierwszej wizyty.

Mimo napiętych terminów Tomaszewskiemu udało się zdać egzaminy i znaleźć w świecie wielkich teatralnych autorytetów. – Zajęcia były niesamowite, mieliśmy znakomitych profesorów, siadaliśmy przy wielkim stole i rozmawialiśmy. Moimi mistrzami byli ludzie tej miary, co Gustaw Holoubek czy Andrzej Wajda. Na pierwszym roku nie szło mi najlepiej, bo musiałem wiele nadrobić, choćby zapoznać się z całym polskim romantyzmem. Na szczęście, czułem bardzo przyjazny stosunek wobec siebie, spotkałem wielu przyjaciół. Z różnych relacji słyszałem, że warszawiacy bywają negatywnie nastawieni do ludzi z Kresów. Być może odczułem to, ale już o tym nie pamiętam – wspomina studia w Polsce.

Z czasem jednak Tomaszewski uświadomił sobie, że nigdy nie będzie reżyserem wybitnym. Może być solidnym, nawet dobrym, ale nie wybitnym. Nie takim, który zostanie zapamiętany na lata i który realnie wpłynie na swoich widzów. A reżyserów przeciętnych jest aż nazbyt wielu, nie chciał stać się kolejnym. Postanowił więc, że zdobytą wiedzę wykorzysta w innych dziedzinach – tam, gdzie będzie bardziej pożyteczny, a i jego satysfakcja pełniejsza. Postanowił więc wrócić do Wilna i tam się realizować. Razem z grupą studentów po studiach w Polsce założył lokalną polską telewizję. Prowadził w niej audycje o Wilnie, jego historii i mieszkańcach, a także o wydarzeniach aktualnych. Pieniądze nie były duże, po roku odszedł.

Z czasem ta telewizja, już bez Tomaszewskiego, przerodziła się w internetowy portal Wilnoteka.lt – prezentujący polski punkt widzenia i dbający o interesy Polaków na Litwie. Na oficjalnej stronie można przeczytać: „Wirtualne miejsce spotkań nie tylko Polaków i nie tylko z Wileńszczyzny… Pierwszy na Litwie polski portal multimedialny WILNOTEKA.LT powstaje na podstawie doświadczeń i archiwów polskiego studia TV w Wilnie, które działa już od 13 lat. W ramach regularnej współpracy z Telewizją Litewską i z Telewizją Polską na bieżąco obserwujemy życie społeczne, kulturalne, polityczne oraz gospodarcze Polaków na Litwie, ich codzienne radości i troski, osiągnięcia i problemy”

Portal stał się internetową ostoją polskości i jednym z głównych źródeł informacji dla Polaków, największej mniejszości na Litwie.

Tomaszewski w tym czasie został pracownikiem Instytutu Polskiego w Wilnie. Pracował tam przez ponad 10 lat, organizując liczne wydarzenia teatralne i filmowe dla Polaków, w tym pierwszy Festiwal Filmu Polskiego. Impreza odbywa się corocznie, w 2019 roku po raz 19., przyciągając przed ekrany ponad 7 tysięcy widzów, co jest nowym rekordem festiwalu.

– Pokazywaliśmy filmy najnowsze, jak i te starsze. Był to bardzo ciekawy czas, ale po 10 latach zmienił się dyrektor. Przyszedł człowiek zupełnie niekompetentny, z klucza partyjnego, w moim odczuciu bez zielonego pojęcia o kulturze. Odszedłem więc i wróciłem do publicznego radia. Po 10 latach powstała ta książka, niejako zwieńczenie mojej pracy w radiu – podsumowuje swoją historię Tadeusz Tomaszewski.


Cud kultury poprzedników


Nie wszystkie rzeczy powstają z czystej idei czy przeznaczenia. Czasem wystarczy trochę pasji, wiedzy i znudzenia szarą codziennością. Tak właśnie było z książką „Wracając do Wilna”.

Tomaszewskiego nie interesowały spory i utarczki polityczne, uważa je za bezsensowne i wręcz szkodliwe dla Polaków na Wileńszczyźnie. Jako pracownik radia starał się więc obchodzić sprawy polityczne szerokim łukiem. Szukał czegoś innego, czegoś o większej wartości i mocniejszym przesłaniu, a jednocześnie czegoś, co będzie ciekawe dla niego samego. Czegoś, co nie będzie chwilową rozrywką, ale objawi swój uniwersalizm.

– Zawsze intrygowała mnie nasza niełatwa kwestia tożsamości, chciałem bliżej poznać okres 20-lecia międzywojennego, rolę inteligencji i ludzi kultury w Wilnie. Dorobek tamtego okresu można poznać poprzez książki, ale mnie jakoś ciągle było tego mało. Po exodusie polskiej inteligencji po wojnie, dopiero teraz odbudowuje się polską kulturę tutaj, ale nie wolno zapomnieć o tym, co było. Odnaleźć tamtą tożsamość, znaleźć pomost, połączyć jedno z drugim. Tak, aby dzisiejsza polska inteligencja na Litwie była świadoma tego dorobku i uznała za własny. Pomyślałem o rozmowach z tymi pochodzącymi z Wilna ludźmi kultury, którzy pamiętają przedwojnie – opowiada Tomaszewski o idei przyświecającej książce.

Pierwszą osobą, z którą udało się porozmawiać, była profesor Barbara Skarga, która w okresie międzywojennym studiowała w Wilnie. Jak przyznaje sam Tomaszewski, nie była to zbyt udana rozmowa, ale podczas tego samego pobytu w Warszawie udało mu się też spotkać z Danutą Szaflarską. – Po nagraniu tych dwóch rozmów zrozumiałem, że mam w rękach bardzo ważny materiał. Uznałem, że nadawanie tych rozmów w radiu to za mało, trzeba je w inny sposób przechować dla przyszłości. I tak się zaczęło. Zacząłem szukać innych ciekawych ludzi, pamiętających przedwojenne Wilno…

Ponieważ radio, w którym pracował Tomaszewski, nie mogło sobie pozwolić na sfinansowanie tak wielkiego projektu, to ze swoimi rozmówcami spotykał się jedynie podczas urlopów. Przez 10 lat! Mając już jasną wizję książki, zaczął szukać wydawcy, co wbrew obawom nie było takie trudne: pierwszy odpowiedział warszawski „Czytelnik”. Tomaszewski miał ponad 50 rozmów, ale w książce zmieściło się dwadzieścia parę.

– Selekcja była bardzo trudna. Czasem w słuchaniu rozmowa jest bardzo interesująca, ale kiedy się ją spisze i czyta zapis, to cały urok gdzieś ulatuje…

Wydaną książkę wielu recenzentów oceniło bardzo pozytywnie: „Autorowi udało się zbudować wciągającą i nieliniową narrację wyłącznie poprzez odpowiedni dobór pytań. «Wracając do Wilna» daje możliwość odbycia prawdziwej podróży w czasie. (…) Zapomniany już dziś świat wyszukanych manier i przedwojennej kindersztuby, a także naukowych i kulturalnych elit, skontrastowany z biedą i konfliktami tworzy interesującą mozaikę” – napisał Jakub Jagodziński.

Podobnie wypowiada się Aleksander Radczenko z wileńskiego Radia Znad Wilii: „Zbiór fachowo przeprowadzonych i literacko opracowanych wywiadów radiowych z byłymi wilniukami, który czyta się jednym tchem, jak książkę przygodową. Tadeusz Tomaszewski jawi się nam jako wrażliwy
i wnikliwy obserwator oraz mistrz literackiego słowa”. Wartość książki na swojej stronie docenia także ksiądz Isakowicz-Zaleski, historyk Kościoła, opozycjonista w epoce PRL-u i działacz społeczny: „To żywe opowieści, podszyte nutą nostalgii, ale i «dorosłym» realizmem spojrzenia, stanowiące cenny przyczynek do opisu dziejów miejsca, które było kolebką tak wielu ważnych dla Polski osobistości. Autor w ciągu ostatnich kilkunastu lat przeprowadził wiele rozmów składających się na ten wspomnieniowy tom. Jest to książka nie tyle napisana, co «nagadana»”. Wrażenia uzupełnia Marcin Kube z „Rzeczpospolitej”: „Z tych opowieści wyłania się pasjonujący, bogaty pod względem faktów i wiedzy historycznej, a przede wszystkim autentyczny, oparty na świadectwach portret miasta, do którego aż chce się jechać, choćby na jeden dzień”.


Czy warto być Polakiem


– Jako że pochodzę ze wsi, nie miałem wyniesionego z domu obrazu Wilna, moja wiedza ograniczała się do książek. Ale to wszystko było takie nienamacalne i rozmyte. A tutaj każda z tych rozmów dodawała szczegółów i uzupełniała ten obraz. Dla mnie zanurzanie się w tym wizerunku Wilna, który tworzyli moi rozmówcy, było bardzo ciekawe. Oczywiście, było to zupełnie inne Wilno, inna sytuacja historyczna, inni Polacy… może się łudzę, ale chciałbym, żeby było więcej osób zainteresowanych dawnym Wilnem tak jak ja. Jednak czy większość tego potrzebuje? Tymczasem człowiek musi być świadomy swojej polskości. To podobnie jak z katolicyzmem, większość ludzi traktuje go obrzędowo i im to wystarczy. Nie zadają sobie dodatkowych pytań o sens wiary i bycie katolikiem. Wystarczają im dogmaty wbite do głowy w dzieciństwie. Tak samo jest z polskością w Wilnie. Można być jej świadomym i starać się ją określić choćby poprzez stosunek do niepolskich elementów naszej tożsamości. Bo my tutaj jesteśmy trochę rozdarci, ciągle poddani elementom innych kultur, mamy w sobie też element litewski. Ja go widzę w sobie bardzo wyraźnie. Ale rozumiem, że cześć rodaków nie czuje potrzeby zadawania sobie pytań na temat przeszłości naszych ziem i ludzi, którzy tworzyli kulturę polską w Wilnie, a po wojnie wyjechali. To jest chyba normalne i, niestety, trzeba się z tym pogodzić – Tadeusz Tomaszewski mówi to powoli, łamiącym się głosem.

Problem dbania o polskość na Wileńszczyźnie cały czas powraca, ale przekonujących rozwiązań i porywających pomysłów nie widać. Co więcej,
polskość stała się przedmiotem kłótni pomiędzy Polakami i kolejną niespełnioną obietnicą z niemal wszystkich programów wyborczych. Dbanie o „rozwój polskości” stało się też pretekstem do wyłudzania dotacji od polskiego rządu.

– Nie ma jednego sposobu i recepty na dbanie o polskość w Wilnie. Oczywiście, wszystkie centra kultury, sportu, miejsca spotkań Polaków pomagają. Tworzenie zespołów czy szkół także jest istotne. Inna sprawa, jak tym zarządzać i mądrze dotować? Bo jednak zdarza się, że Warszawa, wspierając jedno czy drugie środowisko wileńskie, wbrew swoim intencjom dzieli Polaków – słyszę w trakcie rozmowy.

– Nie ma idei współpracy Polaków i Litwinów na przyszłość, a wydaje się, że polscy przywódcy nawet o tym nie myślą. Oni najchętniej by zachowali polski skansen na Wileńszczyźnie, żeby nic się nie zmieniało. Dlatego tak ważne są takie inicjatywy, jak książka „Wracając do Wilna” Tomaszewskiego. Jest to pewna nadzieja i ważna pamiątka. Potrzeba jednak dobrych chęci całej społeczności – słyszę od gości Domu Kultury Polskiej. – Czy faktycznie jest tak źle? – pytam Tadeusza Tomaszewskiego na koniec naszej rozmowy.

– Myślę, że młodzież na prowincji potrafi jednak krytycznie spojrzeć na swoją sytuację i ją ocenić. Ale oni są wplątani w system prowincjonalnych zależności i nie potrafią nic zrobić. Chciałoby się być dobrej myśli, by ten dialog polsko-litewski odbywał się w Wilnie bardziej intensywnie. Dostrzegam często chęć dialogu i dobrą wolę ze strony litewskiej, problem polega na tym, że nie ma ludzi do prowadzenia tego dialogu ze strony polskiej. Niestety, nie wykształciła się jeszcze warstwa inteligencka, przynajmniej w polityce. Jest jej coraz więcej, ale to ciągle jeszcze zdecydowanie za mało…

„Wracając do Wilna” Tadeusza Tomaszewskiego przywołuje przeszłość – wielki dorobek i tradycję polskości na Litwie przed 1939 rokiem. A jaka przyszłość czeka dzisiejszych wileńskich Polaków? Jak pielęgnować dawne tradycje i co robić, aby młode pokolenie zechciało uznać je za atrakcyjne? Te coraz bardziej palące pytania pozostają otwarte.
(2020)


Powyższy wywiad pochodzi z książki „U nas, na Litwie”, wydanej przez Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW; Fundację „Centrum Badań i Edukacji” im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Grupę Cogito.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.