Żegnaj, magiczna Afryko

 

Czarny Ląd – kontynent pełen kontrastów. To tam nowoczesność miesza się z tradycją, slumsy graniczą z ekskluzywnymi dzielnicami, a w kraju, gdzie nie ma gotówki, prawie wszyscy posiadają telefony komórkowe. Co wspólnego ma ekonomia z wiarą w czary? I czym różni się seks sponsorowany od prostytucji?

 

zbawcy

 

Adam Leszczyński do Afryki trafił przez przypadek. Miał dwadzieścia dwa lata i chciał pojechać w jakieś egzotyczne miejsce – wszystko jedno gdzie. Spędził trzy miesiące w Kenii, Ugandzie i Etiopii. Tak rozpoczęła się jego wieloletnia przygoda z Czarnym Lądem.

 

Dwanaście reportaży, wchodzących w skład „Zbawców mórz”, pisał na przestrzeni ostatniej dekady. Wszystkie łączy próba zdefiniowania przyczyn nieszczęść, z którymi boryka się ten kontynent. Pytanie podstawowe, na które autor stara się odpowiedzieć, brzmi: Dlaczego zewnętrzna pomoc nie przynosi tutaj oczekiwanych rezultatów? Jest szczery i bezceremonialny. Bywa cyniczny. Widzi Afrykę taką, jaka jest – i tak ją opisuje.

 

Podróż rozpoczynamy na giełdzie tytoniowej w Malawi, gdzie średni staż pracy wśród tragarzy wynosi zaledwie kilka lat (większość z nich umiera na pylicę lub raka płuc), a tytoń nazywany jest „zielonym złotem”. Później Leszczyński zabiera nas do Kenii, do Kibery, dzielnicy biedy w Nairobi, którą od luksusowego Hiltona dzieli zaledwie piętnaście minut drogi. W Kiberze Fernando Meirelles kręcił film „Wierny ogrodnik” i od tego momentu stała się turystyczną atrakcją stolicy. Na brudnych ulicach codziennie można spotkać grupki białych ludzi, ściskających w dłoniach aparaty fotograficzne. Slumsy równie chętnie odwiedzają gwiazdy, co politycy – od Angeliny Jolie i Bono po Baracka Obamę. Przyjeżdżają i odjeżdżają. Niektórzy, jak amerykański aktor Chris Rock, obiecują pomoc, a następnego dnia regenerują siły na afrykańskim safari.

 

Kenijskie Kisumu nad Jeziorem Wiktorii. Zdumionym przybyszom mieszkańcy miasta nieustannie tłumaczą: „jaboya” to nie jest prostytucja. Ten stary zwyczaj skomponowany ze skomplikowaną relacją ekonomiczną jest tu czymś całkowicie normalnym. Po prostu gdy mężczyźni przypływają z połowem, handlarki mogą kupić od nich ryby tylko pod warunkiem, że się z nimi prześpią. To jeden z wielu społecznych mechanizmów, które napędzają epidemię HIV w Afryce – stwierdza autor.

 

Reportaże Leszczyńskiego obnażają chciwość wielkich korporacji i ludzką hipokryzję. Co się dzieje z pieniędzmi z handlu fair trade, skoro nie trafiają do afrykańskich farmerów? Dlaczego ogromna liczba organizacji pozarządowych szkodzi zamiast pomagać? I czego tak naprawdę potrzebuje tamtejsza ludność?

 

Na zielonej okładce książki przytoczone są słowa Artura Domosławskiego: Adam Leszczyński rzucił się na wody, które niejeden przed nim przepłynął, ale wyniósł z tej podróży więcej niż inni. Ta książka jest pożegnaniem z magiczną Afryką, o której czytaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat. To prawda. Na niektóre afrykańskie obyczaje, konwenanse, na niezrozumiałą mentalność tubylców Europejczykom trudno jest spojrzeć bez uprzedzeń, bo wszystko podporządkowują zachodnim standardom. A przecież Afryka rządzi się swoimi prawami. Leszczyński stara się jasno wyłożyć nawet najbardziej skomplikowane mechanizmy, często odwołując się do historii zarówno Czarnego Lądu, jak i Europy. Nazywa rzeczy po imieniu. Pokazuje Afrykę prawdziwą: niekiedy brutalną i zacofaną, innym razem budzącą podziw i szacunek. I chociaż Kenijczycy zabijają słonie jak szkodniki, a w Somalii całkiem rozsądnie jest zostać piratem, ten odległy kontynent przyciąga. W „Zbawcach mórz” Afryka jest o wiele bardziej zróżnicowana, barwna i ciekawa niż ta, do której przywykliśmy w naszych wyobrażeniach. Po lekturze czytelnik, nawet jeśli nie potrafi czegoś zaakceptować, z pewnością jest w stanie to zrozumieć.

 

 

Katarzyna Bernat

 

 

„Zbawcy mórz”
Adam Leszczyński
Wydawnictwo Wielka Litera