Zjednoczona w różnorodności, czyli relacja z ostatniego spotkania projektu YOUROPE


Bruksela. Stosunkowo niewielkie, jak na standardy zachodniej Europy, miasto, będące stolicą Belgii. Oficjalnie mieszka tu niespełna 180 tys. ludzi, choć w praktyce pewnie trzeba by doliczyć przynajmniej drugie tyle imigrantów. Wciąż jednak niewiele. Powierzchnia Brukseli to zaledwie 32 kilometry kwadratowe. Jednak to niepozorne miasto, to jedno z kluczowych miejsc dla Unii Europejskiej. Jest sercem i domem dla wielu europejskich instytucji. Nic więc dziwnego, że to właśnie Brukselę wybrano na miejsce ostatniego spotkania dla uczestników europejskiego programu YOUROPE.


Na początek krótkie przypomnienie i zarys sytuacji: YOUROPE to realizowany od osiemnastu miesięcy projekt, w którym udział biorą przedstawiciele ośmiu europejskich państw: Włoch, Cypru, Bułgarii, Grecji, Hiszpanii, Belgii, Słowenii oraz Polski. Ma on na celu poprawić postrzeganie Unii Europejskiej, w oczach jej obywateli. Projekt ten ma za zadnie pokazać, jak przeciwdziałać populistycznym tendencjom i tłumaczyć młodym ludziom, którzy często nie pamiętają już czasów bez UE, jak wiele rzeczy wspólnota ta ułatwia nam na co dzień i ile dzięki niej zmieniło się na lepsze. W praktyce YOUROPE składa się z serii spotkań, po jednym w każdym z państw-uczestników i wspólnych debat nad powyższymi problemami. Bruksela była już ostatnim przystankiem w tym projekcie. Jego podsumowaniem, które zakończyło się podpisaniem wspólnej deklaracji. Miałem przyjemność wziąć udział w tym spotkaniu, jako jedna z trzech osób, reprezentujących Polskę oraz Fundację Autokreacja. Jak ono wyglądało i czego udało mi się dzięki niemu dowiedzieć? Zapraszam do lektury relacji z ostatniego spotkania w ramach programu YOUROPE.


Ciężkie losy nieprzygotowanego podróżnika


Początek mojej przygody z Brukselą należał do tych mocno spontanicznych. O możliwości wzięcia udziału w ostatnim spotkaniu projektu YOUROPE dowiedziałem się dosłownie dwa dni przed jego rozpoczęciem. Oczywiście nie wahałem się ani chwili, w końcu kto wie, kiedy znowu nadarzy się tego typu okazja, i dwie doby później stałem już przed warszawskim lotniskiem Chopina, z pośpiesznie spakowaną walizką w jednej ręce i torbą z laptopem w drugiej. Właściwie lepsze byłoby określenie próbowałem stać, gdyż nie jest to pozycja, do której moje ciało jest przyzwyczajone o 4 rano. Wspomagany zdecydowanie zbyt dużą ilością kofeiny trafiłem jednak do odpowiedniego samolotu i już niecałe dwie godziny później stewardessa powiadomiła nas, że szczęśliwie wylądowaliśmy w Brukseli. Fakt ten początkowo wcale nie był oczywisty, ponieważ pogoda wcale nie różniła się od tej, którą miałem nadzieję zostawić w Polsce. Kilka stopni Celsjusza, deszcz, kałuże i ciemne chmury. O ile jednak na to byłem w miarę przygotowany, tak druga niespodzianka była znacznie ciekawsza. Okazało się, że lotnisko, na którym się znalazłem, mimo posiadania w nazwie wyrazu Bruksela (Brussels-Charleroi) wcale nie znajduje się w stolicy Belgii, a ponad 60 kilometrów na południe od niej. Oczywiście jest to jedna z podstawowych informacji, jakie powinienem sprawdzić przed wyjazdem i pewnie zajęłoby mi to kilkanaście sekund. Po pierwsze jednak był to naprawdę spontaniczny wyjazd, a po drugie jestem raczej fanem jechania w nieznane, niż zgodnie z perfekcyjnie przygotowanym planem, mimo że wielokrotnie odczułem negatywne skutki takiego podejścia do podróżowania. Na szczęście lotnisko w Charleroi jest świetnie przygotowane na takie sierotki jak ja i co pół godziny spod jego wejścia odjeżdżają autokary, zmierzające prosto do centrum Brukseli. Dodatkowo ich trasa prowadzi przez Waterloo, które kojarzy chyba każdy, chociażby ze szkolnych lekcji historii (dla tych nieuważających na zajęciach – miejsce ostatecznej klęski armii Napoleona). Co prawda przez okno autokaru trudno coś zwiedzić, ale na pewno sam widok sławnego pola sprawił, że podróż minęła znacznie szybciej i ciekawiej.                                                                                                   


Pierwsze wrażenie z Brukseli? Raczej mocno przeciętne, choć nieprzespana noc też nie sprzyjała zachwytom. Trochę mieszkań, sklepów, niezbyt duży park i mój hotel, schowany w bardzo małej i niepozornej uliczce. W środku okazał się być jednak naprawdę ładny i przytulny, a pracująca tam recepcjonistka jest chyba najmilszą osobą, jaką było mi dane poznać podczas wyjazdu. Z powodu wczesnej godziny lotu byłem jedną z pierwszych osób, biorących udział w projekcie, która pojawiła się na miejscu i niestety nawet jej serdeczność niewiele mogła poradzić na nieprzygotowany do końca pokój, na który musiałem poczekać kolejne cztery godziny. Cóż więc innego mi pozostało, niż zostawienie bagaży i wyruszenie na zwiedzanie stolicy Belgii. Oczywiście na mój nieprzygotowany sposób, czyli idziemy przed siebie i czekamy, aż los sam zaprowadzi nas w ciekawe miejsce. Mam wrażenie, że w ciągu czterogodzinnego spaceru obejrzałem zdecydowanie ponadnormatywną liczbę kościołów i pomników, a sama Bruksela okazała się trochę odbiegać od moich oczekiwań. Ale jako że moje wrażenia co do samego miasta, zamierzam zawrzeć w drugim artykule, to tutaj ograniczę je do minimum i skupię się na samym projekcie YOUROPE, który zdecydowanie jest tego wart.             


Jeszcze tego samego dnia, kiedy wszyscy uczestnicy zdążyli już szczęśliwie przylecieć na miejsce, spotkaliśmy się na wspólną kolację w lokalnej restauracji. Jak to często bywa ze spotkaniami pod długiej rozłące – ważniejsze od jedzenia było wzajemne witanie się oraz niezliczone uściski, a każda osoba musiała przejść przez stałą serię pytań: „jak minął lot?”, „ile trwał?” i „co ciekawego wydarzyło się w jego życiu, od ostatniego spotkania”. Większość osób, które pojawiły się w Brukseli należało do „starej gwardii”, ale pojawiło się także kilka nowych twarzy, dla których przygotowywane były dodatkowe pytania: „Jak się nazywasz?” oraz „ skąd jesteś?”. Jako że nie byłem jedyną osobą, która miała za sobą nieprzespaną noc, po opadnięciu entuzjazmu, związanego z zobaczeniem starych znajomych, stosunkowo szybko dokończyliśmy kolację i każdy udał się do swojego hotelowego pokoju.                             


Dzień pierwszy: muzeum, prezenty oraz odrobina belgijskich frytek


Następnego dnia rano, już oficjalnie, rozpoczęliśmy ostatnie spotkanie projektu YOUROPE. Osoby z Brukseli przedstawiły nam dokładny plan na najbliższe dwa dni, a Paloma Verdú, czyli przewodnicząca projektu, przedstawiła nam nasze dotychczasowe osiągnięcia, liczbę zebranych podpisów pod manifestem i dalsze plany. Wyraźnie zaznaczono, że choć do wymaganych stu podpisów pod deklaracją brakuje nam już niewiele, to czeka nas jeszcze trochę pracy. Innymi słowy: krótkie podsumowanie 18-miesięcznej pracy, nie tylko podczas spotkań, ale także pomiędzy nimi. Następnie chętne osoby opowiadały przed kamerą, czego się nauczyły biorąc udział w projekcie i jak wpłynęło to na ich codzienne nastawienie do Unii Europejskiej i samej idei międzynarodowej integracji. Oczywiście przeważały opinie zdecydowanie pozytywne, ale jak najbardziej szczere. Był to także moment na odrobinę wspomnień i anegdot z poprzednich spotkań (do których skłoniły wyświetlane na rzutniku zdjęcia, zrobione w trakcie trwania projektu, stanowiące część jego podsumowania), a grupa z Włoch niespodziewanie wręczyła wszystkim drobne upominki (przyznam, że nie spodziewałem się, iż z Brukseli wyjadę z kamienną figurką z napisem „Sycylia”), powodując tym prostym pomysłem szeroki uśmiech, na przynajmniej kilku twarzach.                                                          


Następnie udaliśmy się na wspólny obiad, podczas którego mogłem skosztować słynnych belgijskich frytek, w towarzystwie soczystego steka (podobno ich sekret polega na tym, że smaży się je dwa razy, ale nie udało mi się potwierdzić tej plotki). Osobiście zachwycony nie byłem, ale narzekać też absolutnie nie mogłem. Ot, obowiązkowy punkt w planie każdego turysty w Belgii odhaczony.  


Prosto z restauracji udaliśmy się do Domu Historii Europejskiej, czyli całkiem nowoczesnego muzeum, przedstawiającego historię europejskiej integracji, od obu światowych wojen, po liczne protesty i rewolucje w całej Europie w latach 60., aż do czasów współczesnych. Na sześciu piętrach mogliśmy zobaczyć eksponaty i symbole z najnowszej historii każdego państwa członkowskiego (puszka, w której zbierano pieniądze na działalność Solidarności!), pokazujące, jaką drogę przeszedł dany kraj, zanim stał się częścią UE. Brzmi nudno? Też się tego spodziewałem słysząc samą nazwę muzeum, ale okazało się być wprost przeciwnie. Jest to instytucja w zdecydowanie nowoczesnym stylu, z wieloma interaktywnymi eksponatami i przedmiotami, zamiast ścian tekstu i zakurzonych gablot, z groźnie brzmiącym napisem „Nie dotykać!”. Jeśli miałbym porównać jakoś Dom Historii Europejskiej do naszych polskich muzeów, to umieściłbym go gdzieś pomiędzy Muzeum Powstania Warszawskiego, a Centrum Nauki Kopernik, oczywiście mając na myśli sposób konstrukcji i możliwości interakcji odwiedzającego, a nie klimat panujący we wszystkich tych miejscach. Niestety zabrakło nam czasu na zobaczenie ostatniego piętra, a obsługa była nieubłagana w kwestii punktualnego zamknięcia muzeum. Nie pozostało nam więc nic innego, jak powrót do hotelu, przebranie się i pojechanie (w Brukseli jeżdżą chyba najmilsi kierowcy Ubera, jakich miałem okazję spotkać) na kolację. Ta oczywiście minęła niezwykle szybko, pod tradycyjnym szyldem rozmawiania o zwyczajach, ludziach, czy klimacie w różnych krajach. A w przypadku osób z ośmiu różnych państw, te tematy, to właściwie studnia bez dna. Niestety kelnerzy to też ludzie i w pewnym momencie chcieliby skończyć pracę i pójść do swoich domów, wobec czego musieliśmy pozostawić nasze rozmowy niedokończonymi i wrócić do hotelu. Na szczęście mieliśmy przed sobą drugi dzień, jeszcze bardziej obfitujący w atrakcje.   


Dzień drugi: Parlament, debata oraz pulpety z IKEI                                                                                     


Zaraz po śniadaniu wspólnie udaliśmy się do Parlamentu Europejskiego, czyli właściwie do jednej z najważniejszych instytucji na naszym kontynencie. Po kontroli dokumentów i przejściu przez wykrywacze metalu (przyszły wynalazca paska do spodni, którego nie trzeba zdejmować przy tego typu kontrolach, zdecydowanie powinien otrzymać jakąś nagrodę. Albo najlepiej kilka.) udaliśmy się do małej salki konferencyjnej. Tam nasz przewodnik po tej instytucji opowiedział nam trochę o samej Unii Europejskiej, o tym jak działa na co dzień Parlament UE, czy jakie partie obecnie są jego częścią. Następnie udaliśmy się do sławnej półokrągłej sali, gdzie obradują europosłowie i posłuchaliśmy kolejnej garści ciekawostek (proces tłumaczenia na żywo każdego przemówienia na 24 obowiązujące w UE języki, aby każdy obywatel mógł je zrozumieć, to zdecydowanie jeden z cudów nowoczesnej technologii). Oczywiście nie obyło się bez dziesiątek wspólnych zdjęć, do czego zresztą byliśmy wręcz zachęcani, także na tle narodowych flag. Symboliczne było to, że jeden ze stojaków pozostawał pusty, chociaż jeszcze nie zdążył nawet na nim osiąść kurz… Niestety nie tak łatwo jest wymienić wszelkie tablice informacyjne, jak wyjąć flagę, wobec czego te pierwsze wciąż błędnie informowały nas o 28 państwach członkowskich, co przestało być prawdą dosłownie trzy dni przed naszą wizytą.                  


Następnie udaliśmy się na obiad w samym Parlamencie EU, co chyba jednak lepiej brzmi niż, wyglądało w rzeczywistości. Zwykła, niemalże szkolna stołówka, z pulpetami silnie przypominającymi te z IKEI. Dlatego pozostańmy przy dumnie brzmiącym zdaniu: jedliśmy obiad w Parlamencie Unii Europejskiej.                                                                                                                                                                                


Po krótkim spacerze i zatrzymaniu się na popołudniową kawę udaliśmy się do Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, znajdującego się dosłownie kilka ulic od Parlamentu EU, jak zresztą znaczna większość umiejscowionych w Brukseli europejskich instytucji. Po ponownej kontroli znaleźliśmy się w całkiem sporej sali konferencyjnej, gdzie zebrało się także kilkanaście osób z innych projektów, zajmujących się, podobnie do nas, propagowaniem integracji i wspólnych wartości, w ramach Unii Europejskiej. Oczywiście spotkanie to nie było przypadkowe, a wszyscy byliśmy zaproszeni na debatę pod hasłem: „Młodzież: lokalna sprawa, o europejskim wymiarze”. Przez kilka godzin rozmawialiśmy m.in. jak zapobiegać rozprzestrzenianiu się fake newsów, jaka jest obecnie rola dziennikarzy, czy w jaki sposób nauczać młodzież szukania źródła każdej przeczytanej informacji. Jako że uczestnicy debaty pochodzą z różnych państw, to ciekawe było zderzenie różnych perspektyw oraz doświadczeń, usłyszenie jak media działają np. w Grecji, a jak w Bułgarii i skonfrontowanie tego z własnymi odczuciami. Odbyło się także kilka indywidualnych przemówień oraz rozdanie nagród, a na koniec naszą grupą, czyli uczestnicy programu YOUROPE wygłosiliśmy swój manifest, będący podsumowaniem 18-miesięcznej pracy i wszystkich wspólnych spotkań, zebranym w kilku konkretnych postulatach. Przedstawiciel każdego kraju czytał jeden lub dwa punkty, jako gest solidarności i wspólnego zaangażowania.                                                                                                                            


Po zakończeniu rozmów nie pozostało nam już nic innego, jak udać się na ostatnią (chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość, różne propozycje przyszłego wspólnego spotkania jak najbardziej wywoływały entuzjazm) w tym gronie wspólną kolację. Ta jednak do zwykłych nie należała. Zostaliśmy zaprowadzani, do czegoś w rodzaju magazyno-piwnicy, schowanej na zapleczu jednego z pozornie niewyróżniających się niczym budynków. Choć przedzieranie się przez palety i folie nie zwiastowało niczego dobrego, to, jak zwykle, pozory okazały się być mylące. Zostaliśmy bardzo miło ugoszczeni w niewielkim ceglanym pomieszczeniu i poczęstowani przygotowywanymi na naszych oczach kolejnymi przekąskami. Jednak to nie jedzenie było skrzętnie skrywaną tajemnicą tego miejsca, a kolekcja alkoholi. Na pułkach stały dosłownie setki butelek z niemalże całego świata, do swobodnej dyspozycji każdego z uczestników. Przez wina, czy likiery, po whiskey i absynt, o naprawdę niepowtarzalnych smakach. I to nie byle jakich, bowiem większość znajdujących się tam alkoholi zdobyła nagrody w przeróżnych konkursach i bardzo trudno je znaleźć w tradycyjnych sklepach. Nie muszę chyba dodawać, że degustowanie trochę się przedłużyło, nawet pomimo wczesnych godzin powrotnych lotów niektórych osób. W końcu było to ostatnie oficjalne wspólne spotkanie, a takiego nie można już powtórzyć.                                                                                                                      


Niestety wszystko ma kiedyś swój koniec i tak samo jest z projektem YOUROPE. Kolejnego dnia rano trzeba się niestety pożegnać i każdy po kolei odjeżdżał na lotnisko, aby zdążyć na lot do swojej ojczyzny. Mój był dopiero pod wieczór, także zdążyłem się jeszcze raz przejść pod Brukseli, przyjrzeć się miastu oraz żyjącym w nim ludziom, a także zakupić kilka pamiątek. Wreszcie jednak i ja musiałem spakować swoje rzeczy i udać się lotnisko. Tym razem bez żadnych przygód udało mi się trafić na właściwie miejsce i późnym wieczorem mogłem już ponownie zobaczyć przez okno samolotu znajome zarysy warszawskich budynków. Ostatnie spotkanie programu YOUROPE oficjalnie się zakończyło.                                                                                                                                                               


Szczypta refleksji i naiwnych nadziei


Muszę coś szczerze przyznać. Udział w tym projekcie, chociaż osobiście miałem przyjemność być na zaledwie dwóch ostatnich spotkaniach, wpłynął na moje podejście do pomysłu szerszej europejskiej integracji bardziej, niż bym się tego spodziewał. Nie chodzi mi o skonstruowany tutaj manifest, czy wnioski z różnych debat. Mam na myśli ludzi, jakich miałem okazję poznać, dzięki YOUROPE. Przekonać się, jak właściwie niewiele różni nas od osób, z najdalszych zakątków Europy.  Jak duże drzemią w nich pokłady energii, chęci do działania i pozytywnego ciepła. Jak niewiele potrzeba, aby zawrzeć świetną znajomość, z kimś urodzonym, pozornie, w zupełnie innym miejscu oraz w innej kulturze, a jednak mającym wiele podobnych doświadczeń, czy przemyśleń. Jak łatwe i bezproblemowe jest dzisiaj zobaczenie wielu państw i miast. Jak niewiele wysiłku trzeba, aby podróżować do miejsc, o których kiedyś można było jedynie marzyć.  Owszem, Unia Europejska ma wiele wad. Przesadna biurokracja, wiele bzdurnych ustaw, brak pomysłu na rozwiązanie gnębiących ją problemów i pewnie wiele więcej. Ale wiecie co? Jeśli w zamian za te wszystkie mankamenty otrzymuję możliwość poznania TAKICH osób i zobaczenia TAKICH miejsc, to jestem jak najbardziej na tak. Zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć nieco sztucznie i pompatycznie, ale trudno, takie są moje wrażenia i po udziale w projekcie mam takie, a nie inne odczucia. Jeśli tak ma wyglądać europejska integracja, to mogę jedynie przyklasnąć i docenić, w jakich czasach przyszło mi żyć. Mamy przed sobą wręcz niesamowite perspektywy i możliwości, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy. Nie zmarnujmy ich.