Znikający Harlem

[spider_facebook id=”2″]

 

Mieszkańcy Nowojorskiego Harlemu otwarcie mówią o różnicach dzielących poszczególne grupy etniczne. Podkreślają, że żyją w nie do końca przenikających się wspólnotach. Pewnie dlatego nie widać wzajemnej wrogości czy niechęci. Ale różne style bycia i życia już tak.

 

nr 1 otwarcie tekstu

 

Wina Billa

 

Clarise nie wierzy w Boga, wierzy za to w czynienie dobra i Che Gevarę, którego podobiznę nosi w klapie swojej zielonkawej koszuli, do złudzenia przypominającej uniform kubańskiego rewolucjonisty. Clarise ma 75 lat, pogodną twarz i najbardziej spracowane, kościste dłonie, jakie kiedykolwiek widziałem. Jest emigrantem z Grenady, od 40 lat mieszka w Nowym Jorku. Zna każde miejsce w Harlemie, jest jego częścią. Reprezentuje niezbyt liczną, karaibską społeczność. Przysiadam się do niego w latynoskim kościele niedaleko 125 ulicy. Jak sam mówi, przychodzi tu pomedytować. Życie Clarise’a jest bardzo jednostajne. Codziennie o tej samej porze wychodzi na spacer, idzie tym samym szlakiem, odwiedza te same sklepiki, w których kupuje tytoń, zapałki i świeżą gazetę. I tak dociera do kościoła, w którym zwykle ucina sobie drzemkę lub rozmyśla wpatrzony w Jezusa Chrystusa. Potem idzie na kawę do zaprzyjaźnionej zakrystii. Tym razem idziemy tam obaj. Patrzę, jak rozmawia ze sprzątaczkami, siostrami zakonnymi i duchownym. Wszyscy są jego przyjaciółmi lub przynajmniej tak się wydaje.

 

Clarise mówi, że nie lubi narzekać, ale robi to cały czas. Za zło świata wini kapitalizm, zamożne białe społeczeństwo i Billa Clintona. – Rosnące czynsze mieszkań i domów to wszystko ich wina – powtarza. Clinton otworzył kilka lat temu w centrum Harlemu biuro swojej fundacji, czym ściągnął na siebie niechęć Clarise’a. – Przez niego wzrosły czynsze, bo w ślad za nim do Harlemu zaczęli sprowadzać się inni biali – wyjaśnia. Clarise, podobnie jak wielu innych tutejszych mieszkańców, martwi się, że w Harlemie już niedługo zabraknie miejsca dla rdzennej ludności lub zostanie ona zepchnięta do niewielkich skansenów.

 

nr 2 kościste dłonie

 

Genotyp Milesa

 

Na razie  Harlem to wciąż żywe miejsce: sporo w nim młodych wykształconych ludzi. Przy 7 alei spotykam młodą czarnoskórą dziewczynę. Mimo że spieszy się na uniwersytet, zaczepiona zatrzymuje się i chwilę rozmawiamy. Chcę jej zrobić zdjęcia. Od razu się zgadza. Nie zadaje podejrzliwych pytań, nie docieka po co i dla kogo je robię. Być może jest jedną z tych czarnoskórych dziewczyn, których podobizny widnieją wymalowane na wielkich ścianach sklepów przy 125 ulicy. Ma na sobie czarne obcisłe spodnie, błyszczące buty na wysokich obcasach i kolorową kurtkę. Jest piękna. Wszystko w niej gra. Patrzę na nią i mam w głowie twarze z okładki „Bitches Brew” Milesa Davisa. Widzę genotyp Harlemu.

 

nr 3 dziewczyna w okularach

 

Starania Lennoxa

 

Każdy poranek rozpoczynam od przejścia się po 125. Po kilku dniach znam już prawie wszystkie napotkane twarze, z ulicznymi sprzedawcami witam się jak ze starymi znajomymi. Między Lenox i St Nicolas mogę w ciemno wskazać, kto czym handluje. Są tam pirackie nagrania znanych raperów, lokalne produkcje R&B nagrane domowym sumptem na płyty CD, są też plastikowe pierścionki z wizerunkiem M.L.Kinga czy plakaty Michaela Jacksona. Wszystko poukładane na przenośnych stolikach, przykryte folią na wypadek deszczu oraz jako ochrona przed kurzem. Wszystko kolorowe i za kilka dolarów. Moim ulubieńcem jest Lennox, siwiejący raper, który niemal każdego dnia krąży po ulicy, zachęcając przechodniów do kupienia swojej najnowszej płyty. Obserwuję jego starania i podziwiam witalność. Z optymizmem godnym szacunku zatrzymuje kolejne osoby, wykrzykując fragmenty własnych piosenek. Nie widzę nikogo, kto wyciągnąłby rękę w stronę Lennoxa i w zamian za płytę wrzucił do jego czapki kilka dolarów.

 

nr 4 bloki projects

 

 

nr 5 125th Street

 

Idylli nie ma

 

Harlem wciąż w większości zamieszkiwany jest przez Afroamerykanów. Ale to się powoli zmienia. Coraz więcej jest tu nowych emigrantów, głównie z Afryki i Ameryki Łacińskiej. Do Latynosów należy większość wschodniego Harlemu, zwanego El Bario. Jego atmosfera przypomina chwilami tę z ulic puertorykańskiego San Juan. Rzadko spotyka się tu białych, choć podobno jest ich w Harlemie coraz więcej. Głównie jednak w rejonie Washington Heights oraz Columbia University. Zaczęli się tu osiedlać krótko po ataku na WTC 11 września 2001 r. ze względu na geograficzny dystans od dolnego Manhattanu, ale przede wszystkim dlatego, że bezpieczniej jest mieszkać w wymieszanej etnicznie społeczności.

 

Mieszkańcy Harlemu otwarcie mówią o różnicach dzielących poszczególne grupy. Podkreślają, że żyją w nie do końca przenikających się wspólnotach. Pewnie dlatego nie widać wzajemnej wrogości czy niechęci. Ale różne style bycia i życia już tak. Najbliżej siebie wydają się Afroamerykanie i Afrykanie, ale idylli nie ma. Ci pierwsi narzekają, że emigranci z Czarnego Lądu przyjeżdżają i wykupują ich sklepy, restauracje, anektują przestrzeń publiczną. Rzeczywiście widać i słychać ich wszędzie. Przybywają tu z Liberii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Senegalu oraz Etiopii, ale mimo że ich rola rośnie, narzekają, że czują się odrzuceni.

 

nr 6 dym

 

Biblijny Łazarz

 

W Harlemie bieda bardzo kontrastuje z luksusem. Wydaje się, że żadnej innej grupy etnicznej kryzys gospodarczy w Stanach nie dotknął tak jak Afroamerykanów. Bezrobocie jeszcze kilka lat temu wynosiło kilkanaście procent, prawie o połowę więcej niż wśród białych. Dziś jest nieco lepiej, ale to populacja czarnoskórych Amerykanów wciąż najbardziej odczuwa skutki recesji. W Harlemie też to widać, szczególnie w okolicach dworca kolejowego. Zaraz pod traktem, tuż obok parkującego tu perłowego mercedesa, stoi nieruchomy człowiek. Przez moment zastanawiam się: to rzeczywiście człowiek? Ale tak: widzę zwieszoną w dół głowę, kawałek czarnej dłoni wyłania się spod zielonego płótna. Przede mną rysuje się obraz współczesnego Łazarza. Tuż obok, na ziemi, leżą bezdomni zawinięci w koce i śpiwory.

 

nr 7 łazarz

 

Szopka, bohema i cała reszta

 

Harlem to jednak przede wszystkim koloryt i różnorodność. Wszystko tu przybiera trochę inne kształty, inaczej smakuje, inaczej pachnie. Nie widać pośpiechu. Ludzie z rana nie biegną z kawą w ręku do pracy. W Harlemie sprawy zajmują czas i każdy to wie. Kobiety całe dnie spędzają w salonach fryzjerskich obwieszone dzieciakami. Mężczyźni grają w karty na ulicy albo w barach. Wzdłuż głównych arterii uliczni sprzedawcy wciskają przechodniom podrobione okulary Diora i Chanel oraz wszelkiej maści inne, nie zawsze potrzebne gadżety.

 

Miasto ożywia się dopiero pod wieczór, szczególnie w weekendy. Zewsząd czuć marihuanę, zmieszaną z zapachami palonych kadzideł i perfum. To dobry moment, żeby poczuć dawną atmosferę Harlemu i usłyszeć dobrą, czarną muzykę. Ale nie wszyscy rdzenni mieszkańcy lubią, gdy się ich podgląda. Od Arethy, nauczycielki angielskiego w jednej z lokalnych szkół słyszę, że irytuje ją nadmiar turystów, którzy traktują Harlem tak, jakby był jakimś cyrkiem. – Przyjeżdżają tu autobusami, głównie w niedzielę, wylewają się na ulicę, a potem wchodzą do kościołów po to, żeby posłuchać gospel. My się tam modlimy, spotykamy Boga, ale dla nich to niewiele znaczy. Przyjeżdżają tu na chwilę, aby zaraz potem napić się i najeść w pobliskich restauracjach dla turystów. Zamiast zgadzać się na takie szopki lepiej postawmy na infrastrukturę, kulturę i rozwój szkolnictwa – mówi rozdrażniona.

 

nr 8 american football

 

Deweloperzy w natarciu

 

Mówi się, że to od bogatego Manhattanu „naciera” agresywny rynek nieruchomości podbijający ceny mieszkań i domów w Harlemie. Wszędzie powstają nowe inwestycje budowlane z luksusowymi apartamentami i biurami. Wyburzane są przede wszystkim większe, kilkupiętrowe kamienice czynszowe. Mniej dotyczy to historycznych, charakterystycznych dla Harlemu kilkupiętrowych domów z czerwono-brązowego piaskowca tzw. brownstones.

 

Kiedyś zagrożeniem dla spójności Harlemu były tzw. projects, czyli komunalne, wielkie kilkunastopiętrowe, przytłaczające blokowiska, dzisiaj problemem są ambicje firm deweloperskich. W efekcie działań tych ostatnich, drastycznie wzrosły czynsze. Cierpią na tym głównie mieszkańcy żyjący tu od pokoleń, których nie stać na coraz wyższe koszty życia. Dla czarnoskórych mieszkańców Harlemu może to oznaczać, że niedługo będą musieli opuścić tereny, które zajmują od blisko stu lat. Ale prawdą jest też, że wielu z nich opuściło je już dawniej, w poszukiwaniu lepszego i bardziej komfortowego życia. Z wyboru, nie z przymusu.

 

nr 9 construction site

 

Nie ma się czym martwić

 

Harlem, który w XVII stuleciu założyli Holendrzy, od blisko 100 lat jest prężnym ośrodkiem kultury afroamerykańskiej, mekką dla artystów, pisarzy i myślicieli. Nadal istnieje tu najbardziej znany i zasłużony teatr Apollo – miejsce kultowe dla amerykańskiego przemysłu rozrywkowego, w szczególności muzycznego. Występowali tu m.in. Ella Fitzgerald, Stevie Wonder czy Michael Jackson, wszyscy w momentach swojej największej sławy. Wciąż działają znane kluby jazzowe. Jednym z takich miejsc jest niewielki zadymiony Paris Blues Club przy rogu Adam Clayton Blvr i 122 ulicy, w którym rozbrzmiewa amerykański swing i jazz. Ale to już nie to samo, co pod koniec ubiegłego stulecia, gdy w Harlemie grali i tworzyli najsłynniejsi jazzmani świata. Współcześni młodzi Afroamerykanie nie interesują się jazzem. W jego miejsce wybierają rap i R&B. Dla Michała Urbaniaka, którego spotykam przed wyjazdem do Stanów, to nie problem. – Sam pamiętam i znam Harlem z jego świetności. Lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte to okres gdy Harlem wciąż był kolebką jazzu. Grałem tam wtedy z Marcusem Millerem, Georgem Bensonem, Ericiem Wyatem. Harlem był wtedy niebezpieczny i nieprzewidywalny, ale przede wszystkim był piękny. Dzisiaj nadal czuje się tego ducha, choć bardziej za sprawą czarnych brzmień R&B i rapu. I nie ma się czym martwić. Harlem taki jest, że się zmienia. Sęk w tym, żeby się zmieniał, a nie znikał.

 

nr 10 jazzmann

 

Tekst i zdjęcia
Bartosz Maciejewski

(Fotograf, podróżnik, reportażysta. Najważniejszym tematem jego zdjęć jest człowiek – od portretu, przez reportaż aż po artystyczną impresję. Autor kilku wystaw fotograficznych w tym: SAMI 2013, Znikający Harlem 2014, Urban Jungle 2015).

 

Bartosz Maciejewski wernisaż