Zofia Kowalewska: W poszukiwaniu skarbów rzeczywistości

 

Robienie filmów dokumentalnych jest dla niej jak odkrywanie skarbów – to poszukiwanie w rzeczywistości czegoś, co już jest, ale co można stworzyć na nowo, zderzając ze swoją wrażliwością. Z Zofią Kowalewską, reżyserką filmu „Więzi”, rozmawia Magdalena Gontarek.

 

Zofia Kowalewska w tym roku skończy 22 lata. Jest studentką Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (fot. archiwum Zofii Kowalewskiej)

 

Skąd się wziął u ciebie pomysł, żeby zająć się reżyserią?

Zawsze lubiłam obserwować i analizować siebie i otaczający mnie świat. Zapisywałam myśli i podsłuchane w autobusach dialogi, ale nie myślałam, że zwiążę swoją przyszłość z filmem. Zdawałam maturę międzynarodową, chciałam wyjechać do Anglii, studiować tam na jakiejś dobrej uczelni psychologię lub inny podobny kierunek. Taki miałam plan. Ale w pewnym momencie to się zmieniło. Poznałam Grzegorza Zaricznego, reżysera, z którym współpracowała moja mama. Ta znajomość i możliwość kontaktu z kimś związanym ze światem filmu – wtedy jeszcze studentem reżyserii – na pewno wpłynęły na moją decyzję. W dodatku w programie matury międzynarodowej można wybrać opcję „Literatura i film”, w ramach której nakręciłam dwie krótkie etiudy, inspirowane „Jądrem ciemności” Josepha Conrada. Bardzo mi się to spodobało. Zaczęłam trochę „wykorzystywać” Grześka, pokazywałam mu te moje wprawki i prosiłam, czy mógłby mi coś o nich powiedzieć. On był na tyle życzliwy i miły, że patrzył na to i dawał mi uwagi. I to chyba był pierwszy moment, kiedy pomyślałam, że chciałabym zdawać na reżyserię.

 

Kiedy pojawiła się w twojej głowie myśl, żeby stworzyć „Więzi”?

Żeby dostać się na reżyserię trzeba zrobić film do teczki, więc ja, zainspirowana Polską Szkołą Dokumentu i pracami Grześka, chciałam spróbować swoich sił w dokumencie. Szukałam czegoś, co jest mi na tyle bliskie, że mimo braku doświadczenia mogłabym spróbować o tym opowiedzieć. I wtedy pojechałam z kamerą do dziadków. Byłam u nich dwa tygodnie podczas wakacji, ale bardzo długo nic się nie działo. Już pod koniec wyjazdu zarejestrowałam scenę, kiedy mój dziadek kupił bez uzgodnienia z babcią deskę i suszarkę do ubrań. Doprowadziło to do kłótni, w której dziadkowie z tematów bardzo prozaicznych przeszli na dużo głębsze i poważniejsze. Babcia wypomniała dziadkowi jego romans. To wydało mi się interesujące filmowo. Zmontowałam tę scenę w bardzo krótki film, który nazwałam „Suszarka”. I właśnie tę krótką „Suszarkę” złożyłam do Studia Munka do programu „Pierwszy Dokument”. I tak to się zaczęło. Projekt został pozytywnie zaopiniowany na pierwszym etapie. Drugim etapem był pitching, na którym Paweł Łoziński, mój wielki mistrz i późniejszy opiekun artystyczny filmu, cały czas się do mnie uśmiechał. Żeby zwiększyć swoje szanse, musiałam nakręcić dodatkowy materiał, więc przyjechałam do dziadków powtórnie, już z ekipą filmową. Scena, którą zrobiliśmy, najwyraźniej przekonała radę programową na tyle, że zdecydowali się osiemnastolatce, która była wtedy jeszcze przed maturą, dać pieniądze na film.

 

Nie obawiałaś się, że zrobienie filmu o swojej rodzinie jest trochę… ryzykowne, bo ocenie może też podlegać relacja między twoimi dziadkami, a nie tylko materiał filmowy?

Każdy dokument jest ryzykowny, bo twój bohater to żywy człowiek, a ty w jakiś sposób pokazujesz jego historię światu. Ale na samym początku nie miałam takich obaw. Pewnie dlatego, że tak się cieszyłam, że w ogóle mogę zrobić film. Taki moment refleksji, kiedy najsilniej poczułam na sobie odpowiedzialność, to był etap montażu. Miałam poczucie, że mam już materiał i teraz muszę coś z nim zrobić. Zmontować go w taki sposób, żeby wyciągnąć to, co jest najbardziej wartościowe, żeby nie zatrzymać się na tym pierwszym poziomie – nie zrobić filmu o duszności w relacjach, złośliwości i konflikcie. Chciałam wejść głębiej, opowiedzieć o tym wszystkim nie z perspektywy osoby oceniającej, oskarżającej, tylko z punktu widzenia wnuczki, która dziadków kocha, kibicuje im i która chce wejść głębiej i pokazać emocjonalną złożoność tej sytuacji. Kamera daje dystans. Podczas kręcenia filmu spojrzałam na moich dziadków już nie z perspektywy dziecka, ale dorosłego człowieka. Przez rok montażu pracowałam nad tym, żeby widownia nie oceniała bohaterów, ale żeby się z nimi identyfikowała, próbowała ich zrozumieć. Natomiast wkurza mnie przekaz z trzeciej ręki w stylu „To film o tym dziadku, co zostawił swoją żonę”. Staram się chronić przed tym moich dziadków. Chociaż oni bardzo dobrze to wszystko przyjmują, radzą sobie z tą małą wielką sławą. Myślę, że to jest też dla nich przyjemne, że są niejako w centrum uwagi. Cieszą się z tego sukcesu, bo dla nich to jest mój sukces, a ja przecież wiem, że on jest nasz wspólny.

 

Czy twoi dziadkowie na początku mieli obawy, żeby przystąpić do tego projektu?

Jeśli mieli, to mi o tym nie powiedzieli. Myślę, że na początku chcieli mi pomóc zrealizować mój pierwszy film, potem coraz bardziej się w projekt angażowali. Poza tym jestem z artystycznej rodziny, więc dziadków niewiele dziwi. Marzeniem mojej babci było zostać aktorką, więc skierowana na nią kamera sprawiała jej przyjemność. Nie było nigdy wahań, pytań „A po co to?”, po prostu kręciliśmy film o życiu dziadków. Stresowałam się dopiero, jak już miałam im pokazać film. To była właściwie weryfikacja, czy żadne granice nie zostały przekroczone.

 

I jaka była reakcja dziadków, kiedy pierwszy raz zobaczyli film?

Dziadkowie po raz pierwszy zobaczyli „Więzi” w Kinie Kultura przy trzystu osobach na widowni. Mój dziadek słabo słyszy, więc nie chciał oglądać filmu wcześniej na komputerze czy telewizorze. Podczas projekcji trzymałam za jedną rękę babcię, za drugą dziadka i modliłam się, żeby mnie nie wydziedziczyli za ten film. Oczywiście żartuję. Oboje się popłakali. Mocno mnie przytulili. Myślę, że było to dla nich oczyszczające doświadczenie. Teraz są z filmu dumni, sami zapraszają rodzinę na kolejne pokazy. Wszyscy trwamy w takiej celebracji dziadków, którzy stali się teraz „gwiazdami filmowymi”. To świetne uczucie, że mogłam im dać takie szczęście i taką dumę.

 

„Więzi” to opowieść o małżeństwie z czterdziestopięcioletnim stażem. Film pokazuje, że w związku państwa Torhanów – dziadków reżyserki – były trudne momenty. Na zdjęciu Zofia Kowalewska razem z bohaterami swojego dokumentu (fot. archiwum Zofii Kowalewskiej)

 

Czy relacja twoja i dziadków jakoś się zmieniła przez czas pracy nad filmem lub pod jego wpływem?

Dziadkowie na pewno widzą, że dorosłam i jestem dla nich partnerem do rozmowy, ale myślę, że to by się zdarzyło tak czy inaczej. Film na pewno sprawił, że staliśmy się sobie bliżsi jako rodzina. Zaczęłam ich też bardzo doceniać i cieszyć się, że są, bo mam świadomość, że nie zawsze tak będzie.

 

Kluczowa w filmie scena jubileuszu została przez ciebie zainicjowana. Co chciałaś za jej pomocą osiągnąć?

Potrzebowaliśmy czegoś, do czego ta historia będzie dążyła, punktu kulminacyjnego. Miałam wiele potencjalnych scen tego typu, np. kiedy moja młodsza siostra przyjeżdża do dziadków jeszcze przed jubileuszem i im śpiewa, bo ma po babci głos. Dziadkowie płaczą, a dziadek podaje babci chusteczkę. Gdyby nie doszło do jubileuszu, byłby to pewnie film o czymś innym. Na szczęście mojemu dziadkowi spodobał się pomysł rodzinnej uroczystości i zaczął babcię do niej przekonywać. W ten sposób nakręciliśmy scenę podczas obiadu, kiedy dziadek mówi „Wypadałoby zrobić jubileusz”. To chyba ulubiona scena publiczności, bo tam się najbardziej wszyscy śmieją. Myślę, że gdyby nie film, do jubileuszu by nie doszło i nie padłyby na nim te ważne słowa.

 

Czyli nie spodziewałaś się, że padnie wtedy to najważniejsze słowo „przepraszam”?

Wiedziałam, że dziadek napisał przemówienie, ale nie wiedziałam dokładnie, jakie ono będzie. To, jak się wszystko potoczyło, bardzo wszystkich nas wzruszyło.

 

Czego nauczył cię ten film?

Wszystkie problemy, które miałam podczas realizacji, nieporozumienia, spięcia, z którymi trzeba było sobie poradzić – to była dla mnie wielka nauka robienia filmów. Niesamowicie dużo nauczyłam się od Weroniki Bilskiej, operatorki, od Krzysztofa Ridana, dźwiękowca. Sposób, w jaki pracowali, wyznaczył mi standard, który staram się teraz zachować. Na płaszczyźnie osobistej zrozumiałam relację moich dziadków. To piękne, że w czasach, w których więcej jest rozpadów związków niż powrotów, moi dziadkowie zdecydowali się spróbować odbudować swoje małżeństwo. Zobaczyłam też, jak ważne jest, aby umieć ze sobą rozmawiać.

 

Rozmawiałyśmy o jednej z ważniejszych scen w „Więziach”, która, jak mówisz, jest chyba ulubioną sceną publiczności. A czy ty masz swoją ulubioną scenę?

Lubię sceny, które mnie bawią i te, które mnie wzruszają. Bardzo lubię obiadową scenę, w której mój dziadek proponuje zorganizowanie jubileuszu. Na planie śmiałyśmy się za kamerą, kiedy Weronika kręciła scenę w lustrzanym odbiciu. Moja babcia leżała wtedy na łóżku, ćwiczyła i dyktowała dziadkowi listę zakupów, a on zupełnie jej nie słyszał. Natomiast najbardziej zaskakująca emocjonalnie dla mnie scena to moment, kiedy babcia popłakała się przy stole przed jubileuszem. Zawsze, gdy film jest już skończony, analizuję go. Pytam siebie samej, co byłoby w każdej scenie dobrego, gdyby to był film fabularny. Kiedy analizuję tę scenę pomiędzy dziadkami, jestem zaskoczona: dwie osoby siedzą przy stole i jedzą obiad; niby nic, a tyle się pomiędzy nimi dzieje. Ale żeby robić takie rzeczy w fabule… tego się trzeba jeszcze nauczyć.

 

Film ma w sobie ogromną moc. Widzowie śmieją się niemalże nieprzerwanie do momentu aż nadchodzi jubileusz i padają te najważniejsze słowa…

Podczas pierwszego pokazu „Więzi” w Kinie Kultura publiczność reagowała bardzo żywiołowo, śmiejąc się właściwie bez przerwy. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Byłam tym zaskoczona i obawiałam się, czy przypadkiem nie wyśmiałam bohaterów. Okazało się jednak, że widzowie pokochali moich dziadków, a dziadków na szczęście w ogóle to nie peszyło. Bardzo się cieszę, ponieważ właściwie na każdym pokazie publiczność tak żywo reaguje.

 

 

Twój drugi ważny film to „Kochanie”.

Byłam w trakcie montażu „Więzi”, kiedy rozpoczęłam zdjęcia do szkolnej etiudy „Kochanie”. W tym przypadku nie znałam wcześniej swoich bohaterów. Przeprowadziłam się z Warszawy do Łodzi, w której nigdy wcześniej nie byłam. Chciałam zrobić film o swoich rówieśnikach, o kimś, kogo zupełnie nie znam. Początkowo to miał być film o nastolatkach, którzy w łódzkiej Manufakturze spędzają cały swój wolny czas, a dokładniej o jednej, konkretnej grupie. W trakcie pracy to ewoluowało. Zainteresowałam się jednym chłopakiem z tej grupy, Adamem, który wydawał mi się najbardziej dojrzały. Pozwolił mi pochodzić za sobą z kamerą, wprowadził mnie w swój świat, nawet się trochę zaprzyjaźniliśmy. Niezwykłe było dla mnie eksplorowanie świata, którego ja, dziewczyna wychowana w Warszawie, chodząca do Batorego, tak naprawdę nie znałam. Świata łódzkich blokowisk, innego rodzaju problemów. Innych, a jednocześnie podobnych, bo ja się bardzo identyfikowałam z problemami Adama, choćby dlatego, że byłam od niego starsza tylko o kilka lat.

 

Jak zdobyć zaufanie człowieka na tyle, żeby pozwolił tak naprawdę zupełnie obcej osobie wejść do swojego świata i być w nim niemalże cały czas?

Myślę, że jest to kwestia nawiązania relacji z drugim człowiekiem, bycia szczerym i nabrania do siebie nawzajem zaufania. Dla mnie film dokumentalny powinien być przedłużeniem twojej relacji z bohaterem. Najpierw powinno się bohatera bardzo dobrze poznać i dopiero potem wyjmować kamerę. W warunkach szkolnych niestety nie zawsze jest taka możliwość. Ja potrzebuję czasu, żeby historia, o której chcę opowiedzieć, we mnie samej się „przegryzła”. Podstawą budowania zaufania z bohaterem jest dla mnie czas i to, że wzajemnie sobie coś dajemy. Ludzie często mają potrzebę podzielenia się swoimi historiami.

 

Widzisz w pracy reżysera taki dylemat moralny, że wchodzisz w czyjeś życie, ktoś ci ufa, ale kiedy praca nad filmem się kończy, musisz zostawić tego bohatera, iść dalej?

Tak, jest tak zadecydowanie. Nie wiem do końca, jak sobie z tym radzić. Z Karoliną i Adamem jestem w kontakcie, ale nie spotykam się z nimi tak często, jakbym chciała. Jak zajmowałam się „Kochaniem”, to było dużo okazji do spotkań, spędzaliśmy razem dużo czasu. Teraz zajmuje się „Więziami”, co chwilę jest jakiś festiwal, cały czas coś się dzieje, więc nie ma szans na jakiekolwiek spotkania, zwłaszcza towarzyskie. Przejmuję się, że tego nie robię, mam w sobie poczucie, że powinnam.

 

W naszej rozmowie kilkakrotnie padło hasło „fabuła”. Które kino bardziej cię pociąga: fabularne czy dokumentalne?

To są dla mnie dwa różne sposoby pracy. Dokument przypomina trochę odkrywanie skarbów – to poszukiwanie w rzeczywistości czegoś, co już jest, ale co można stworzyć na nowo, zderzając ze swoją wrażliwością. Wchodzisz w już istniejący, żywy świat i, często kierując się tylko intuicją, szukasz w nim tematu, który może stać się historią filmową. W fabule sam stwarzasz swój świat, powołujesz do życia nową rzeczywistość, a więc masz nad nią kontrolę. Szukam sposobu, żeby ten rodzaj dokumentalnego autentyzmu spróbować odkryć w fabule.

 

„Więzi” zdobyły nagrody i wyróżnienia m.in. na festiwalach w Krakowie, Amsterdamie i Lipsu. Znalazły się też na shortliście oscarowej, czyli w gronie 10 dokumentów, spośród których wybrano potem nominacje do Oscarów 2017 (fot. archiwum Zofii Kowalewskiej)

 

Wróćmy na koniec raz jeszcze do „Więzi”. Jak reagujesz na ich ogromny sukces? Spodziewałaś się, że to może się tak potoczyć?

Mój tata, kiedy obejrzał ten film, powiedział: „Oj, Zosia, Zosia… Ty dostaniesz za to tyle nagród”. Oglądając film, wzruszył się i powiedział, że w ogóle nie patrzył na dziadków jak na swoich teściów, ale jak na ludzi. Jeśli mój tata się popłakał, to znaczy, że praca nad filmem jest skończona. Tak że on chyba się spodziewał (uśmiech). Ja miałam tylko marzenie, żeby film dostał się na jakiś festiwal. Bardzo chciałam „Więzi” pokazać na Sundance, bo uważałam, że to jest największy sukces dla filmu dokumentalnego. Moje marzenie się spełniło… Natomiast Oscary były jakimś zupełnym… odjazdem, bo kto się tego spodziewa? To jest coś, co wydaje się niezwykle dalekie, nieosiągalne, poza granicami myślenia. Sama obecność na shortliście to wielki, ogromny prezent. I to nie tylko dla mnie, ale dla całej mojej rodziny. Wspaniale, że film jest tak doceniany i odbierany. To otwiera bardzo wiele drzwi, które inaczej, dla studentki, byłyby zamknięte. Ale oczywiście ma to też swoje cienie. Z dużym sukcesem przychodzi duża odpowiedzialność i trzeba tym sukcesem mądrze gospodarować.

 

 

Czytaj recenzję filmu „Więzi”