Zrobiłam to po Grzebałkowskiemu

[spider_facebook id=”2″]

 

Myślałam, że to będzie książka o szczęśliwości, przecież w 1945 roku skończyła się wojna – wyznała Magdalena Grzebałkowska na początku spotkania promującego jej najnowszą książkę „1945. Wojna i pokój”. 

 

Fragmenty książki Grzebałkowskiej czytała Ewa Błaszczyk
(fot. arch. Kino Atlantic / Patryk Sokołowski)

 

Środa, 22 kwietnia, 18:28. Ciepłe, późne popołudnie. Przed warszawskim kinem Atlantic Jacek Hugo-Bader wita się z Julianną Jonek. Razem czekają na Mariusza Szczygła. Oprócz nich na widowni w pierwszym rzędzie zasiada Małgorzata Szejnert.

 

Spotkanie prowadzi Michał Nogaś z radiowej Trójki, a fragmenty książki czyta Ewa Błaszczyk. Zaczyna od rozdziału „Barachło”, podrozdział „Buty”:

„Przyszedł zaraz sąsiad z żoną, usiedli za stołem w kuchni i spytali, czy organista chce jechać z nimi.
– A dokąd? – był ciekawy.
– Na barachło, na pruską stronę – odparł (słowo „szaber” Niusia pozna później).
Nie chciał. Ale jego córka tak. Zaczęła się szykować.
Zaraz, a rodzice, Niusiu, tak cię puścili? Samą, w dziesięć sań, dwudziestu ludzi, w tym tylko dwie kobiety? Niusia (lat 86) marszczy nos pod landszaftem w swoim pokoju, próbuje sobie przypomnieć: – Jak to było? Tata się chyba zgadzał… Ale ja i tak bym pojechała, gdyby się nie zgodził, mówiłam już, że kręcona byłam.
Zaprzęgli więc konia Niusi do sań i pod wieczór ruszyli.”

 

O bohaterach

 

Na panią Niusię trafiła przez przypadek. Pewnego dnia w kawiarni Agory reporterka załamywała ręce nad niedostatkiem bohaterów do swojej książki. Potrzebowała szabrownika. Gdy podeszła do baru odebrać kawę, zaczepiła ją koleżanka z redakcji, która siedziała przy sąsiednim stoliku i, chcąc nie chcąc, słyszała narzekania Grzebałkowskiej. Bo ja mam babcię szabrowniczkę – powiedziała kobieta. – Reporter to musi mieć szczęście – skwitowała Grzebałkowska.

 

Zdaniem reporterki, w tym fachu jest się też hieną. Ja swoim bohaterom chcę wyrwać serca – mówiła, opowiadając o trudnych pytaniach, które chciała zadać pani Niusi. – Bo jak zapytać 89-letnią kobietę, czy fajnie było szabrować? Na szczęście pani Niusia sama przyznała, że szabrowanie było cudowne – wspominała reporterka. Grzebałkowska mówiła też o powstrzymywaniu się od oceny bohaterów. – Nie mam prawa powiedzieć: „Ludzie, jak mogliście coś takiego robić?”. Kto wie, jak sama postąpiłabym, będąc na ich miejscu?

 

Zdaniem Grzebałkowskiej, reporter musi czasem być hieną. – Ja swoim bohaterom chcę wyrwać serca – mówiła na spotkaniu (fot. arch. Kino Atlantic / Patryk Sokołowski)

 

Relacje Andrzeja Pstrokońskiego, obecnego na sali w środowe popołudnie, pozbawiły autorkę eleganckiej wizji powojennej Warszawy. „– Smród rozkładających się trupów był zabijający” – mówi w książce przyszył koszykarz i olimpijczyk, który w 1945 roku miał 9 lat. Dla reportera żaden dokument nie jest tak cenny jak żywy człowiek – przyznała Grzebałkowska.

 

Reporterka o pracy nad książką opowiadała jak o przygodzie. Fascynującej podróży w czasie. Rok 1945 poznawała nie tylko dzięki archiwalnym dokumentom i prasowym relacjom sprzed siedemdziesięciu lat. Udało jej się dotrzeć do osób, które pamiętają czas tuż po wojnie.

 

Okazuje się, że największa frajda to rozmowa z człowiekiem. Ale im dłużej pracuję, tym bardziej muszę przełamywać się w kontaktach z ludźmi. Tyle razy już wyrzucano mnie z domów, odprawiano z kwitkiem… – opowiadała Grzebałkowska o przygotowaniach do wyprawy po ziemiach odzyskanych. – Chciałam jechać śladami Wandy Melcer [w 1945 roku ukazały się jej reportaże pt. „Wyprawa na Ziemie Odzyskane”, przyp. red.], ale ona była leniwą reporterką. Opisywała głównie swoje wrażenia. Powstał z tego zbiór impresji na temat powojennej wsi, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością. Chciałam przygody. Pomyślałam: to ja teraz pojadę tak jak Bader, tylko po wsiach. Koniec końców, zrobiłam to po Grzebałkowskiemu. Razem z mężem i córką Tosią objechaliśmy trzynaście miejscowości sfatygowanym peugeotem partnerem. Zatrzymywaliśmy się na środku wsi. Szłam do sołtysa, pytałam o mieszkańców pamiętających rok 1945. Za każdym razem znajdował się ktoś taki. – Na koniec dodała: – Reporterzy marzą o podróży wzdłuż Ameryki. A idź pan! Jedź pan sobie przez Ziemie Odzyskane!

 

O wojnie

 

Wszyscy jak jeden mąż jesteśmy ofiarami wojny. Ja cały czas się zastanawiam, co zabrać, kiedy przyjdą – opowiadała Magdalena Grzebałkowska, nawiązując do „Małej zagłady” Anny Janko i teorii o dziedziczeniu traumy wojennej.

 

W reportażu o Kresach starała się zastosować jak najbardziej czystą formę, dla zachowania uczciwości. – Boję się rozmawiać o UPA – mówiła reporterka. O wielkiej polityce 1945 roku pisała niewiele. Trudno, żebym pana Andrzeja [Pstrokońskiego, przyp. red.] pytała o politykę, przecież on miał wtedy dopiero 9 lat.

 

– Ale najbardziej rajcuje mnie historia o generale de Tassigny, który w kwaterze generała Żukowa groził, że się zabije, jeśli alianci nie pozwolą mu złożyć podpisu na akcie kapitulacji – opowiadała reporterka (fot. arch. Kino Atlantic / Patryk Sokołowski)

 

Magdalena Grzebałkowska o pracy nad książką mówiła przez blisko dwie godziny. Zmieniający się prowadzący (Michał Nogaś na wieść o tym, że jego żona zaczyna rodzić, wybiegł w połowie spotkania; zastąpił go Paweł Goźliński) rzadko jej przerywali, na pytania z sali zabrakło czasu. Autorka zdradziła, że wielu tematów nie udało jej się w książce poruszyć: historii „Kroniki Filmowej”, bo nikt z ekipy realizacyjnej już nie żyje; „Zakazanych piosenek”, bo Danuta Szaflarska nie znalazła czasu.

 

– Ale najbardziej rajcuje mnie historia o generale de Tassigny, który w kwaterze generała Żukowa groził, że się zabije, jeśli alianci nie pozwolą mu złożyć podpisu na akcie kapitulacji. W Niemczech dochodziła północ 8 maja. W Moskwie był już 9 maja 1945 roku. Negocjacje się przeciągnęły z powodu Francuza, który desperacko płakał – reporterka ze swadą przywoływała kolejną historyczną anegdotę. – Mnie ciekawi życie z perspektywy żabiej. Nie potrzebujemy kolejnej książki historycznej – podsumowała autorka.

 

Konrad Szczygieł