/

Zwalczać zło szczerbatym mieczem

Czy nowa produkcja Netflixa „List do króla” przywołuje czar rycerskich powieści?

Pierwsze kadry rozpalają nasze oczekiwania, zapowiadając epicką walkę dobra ze złem. Przed nami rozciąga się średniowieczna kraina trzech królestw – leżących na północy Unauwen i Dagonaut oraz wrogiego im Eviellan na południu. Jak się dowiadujemy, krainy są w stanie wojny i choć Eviellan walczyło dzielnie, to szanse na wygraną są znikome. Wszystko przez pojawienie się bezwzględnego władcy – księcia Virdiana (Gijs Blom). Młody wojownik nie jest w swoich podbojach specjalnie wysublimowany i najchętniej zgładziłby wszystkich. Czy siły ciemności pochłoną świat? Czy też ujawni się bohater mogący je powstrzymać?

Jeśli jest nim nastoletni giermek Tiuri (Amir Wilson) to Eviellańczycy prawdopodobnie już mogą kopać sobie grób. Chłopiec, w przeciwieństwie do swoich kolegów (i koleżanek!) nie przejawia talentów wojskowych – kiepsko posługuje się mieczem, z jazdy konnej również nie dostałby piątki. Jest to o tyle niefortunne, że wspomniane umiejętności są kluczowe w czekających go próbach rycerskich. Wszystko zmienia się jednak, gdy Tiuri otrzymuje zadanie – dostarczenie listu, którego treść ma decydujący wpływ na losy trzech królestw. Przesyłka może trafić jedynie do rąk króla, który znajduje się w stolicy, oddalonej o setki mil. Dodatkowo nie brakuje osób, które chciałyby zapoznać się z treścią listu wcześniej… Tak rozpoczyna się serial, zrealizowany na podstawie holenderskiej powieści Tonke Dragt z 1962 roku (o tym samym tytule), która w Holandii zapewniła sobie status kultowej książki dla nastolatków. Historia stała się również światowym bestsellerem – sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy. Zapewne w ten sposób trafiła do Netflixa.

Serial, choć zdawałoby się – ma prostą linearną fabułę, nie jest jednoznaczny. Przede wszystkim jest opowieścią drogi i historią o dorastaniu, o poszukiwaniu wartości, którymi należy się kierować w życiu. Ducha przygody dodaje mu oszałamiająca sceneria – w szczególności świetnie grają tu nowozelandzkie plenery. Opowieści zdarza się jednak czasem tracić spójność. I tak miejscami przypomina np. groteskowy horror – jak w scenie, kiedy bohaterowie w trakcie śnieżycy odnajdują opactwo „na krańcu świata”. Kiedy pomyślimy, że brakuje jedynie upiornych błysków piorunów, właśnie w tej chwili się pojawiają… Z jednej strony historia potrafi trzymać w napięciu, z drugiej ma momenty, kiedy dramaturgia gwałtownie wyhamowuje. Szczególnie bolesnym przykładem jest kulminacyjna scena, która przyprawić może jedynie o ból głowy od nadmiaru światła. Często można też odczuć, że serial skierowany jest do młodszej widowni. Złoczyńcy mają tendencję do pojawiania się znikąd, a poziom skomplikowania intryg nie skłania do rozpisywania diagramów. Choć zareklamowano nam epicką walkę dobra ze złem, jako produkt finalny dostajemy do ręki szczerbaty mieczyk. Nie tylko nie boimy się filmowej ciemności, ale nie czujemy też większych emocji w trakcie pojedynków – nawet jak na serial młodzieżowy, sceny te są mocno polukrowane. Czy w takiej formie batalia dobra i zła może komukolwiek smakować?

Pytanie, które można sobie w tym momencie zadać, brzmi czy w takim razie warto w ogóle obejrzeć ,,List do króla”? Jest kilka plusów. Przede wszystkim serial ma mądre przesłanie, które wybrzmiewa w kilku scenach, m.in. w trakcie rozmowy bohatera z mnichem. Słyszymy, że ignorowanie bólu „to jak wybieranie lżejszego miecza”. Człowiek nie może w pełni znać siebie, jeśli nie chce przyznać co przed sobą ukrywa. To trafne przesłanie – też dla dorosłych widzów. Dodatkowo magia, choć pojawia się na ekranie, nie jest odpowiedzią i nie rozwiązuje problemów. Bohaterowie muszą radzić sobie sami. „Przestańcie gadać o magii. Mamy przeszkolenie, rycerskość i honor” – oznajmia jeden z młodych rycerzy. Kwestia honoru jest również ważnym motywem w historii. Pojawia się on jednak nie jako morał, lecz głęboka wiara, że świat ma sens jedynie wtedy, gdy postępuje się właściwie. 

W przeciwieństwie do wcześniejszych filmowych adaptacji, wersja Netflixa wprowadza do średniowiecznego świata nutę nowoczesności. Można powiedzieć wręcz, że całkiem go przemeblowano. Od razu rzuca się w oczy różnorodność bohaterów. I choć początkowo kobiece postacie aspirujące do rycerskiego statusu mogą wprawiać w zakłopotanie, szybko przyzwyczajamy się do nowej estetyki i zaczynamy ją doceniać. Męski świat tarczy i miecza zdecydowanie na tym zyskuje, nabiera wręcz nieco oddechu. Nie mówiąc już, że w sytuacjach, gdy główny bohater nie grzeszy instynktem przetrwania, pragmatyczna postać Laviny (Ruby Ashbourne Serkis) nieufnie patrzy na altruistów i potrafi zapytać – ,,co z tego masz?”. Dodatkowo czasy średniowieczne są potraktowane żartobliwie i nakreślone bardzo swobodnie. „Nie utoniesz, za bardzo się nadymałeś” – droczy się królowa Alianor (Emilie Cocquerel), gdy jej partner ze względu na etykietę nie chce wskoczyć do wody. Innym razem, gdy bohaterowie stoją przed konnymi z perspektywą nieprzyjemnych wydarzeń… zaczynają obrzucać się śnieżkami. Absurdalne, ale w prosty i lekki sposób przypomina nam, że bohaterowie, choć uzbrojeni po zęby, wciąż są dziećmi. Serial nie próbuje udawać, że dokładnie oddaje dawne zwyczaje, czy panującą na dworze etykietę. I tą naturalnością zdecydowanie wygrywa.  

„List do króla” nie jest adaptacją zupełnie nieudaną, serial nie wykorzystał jednak wszystkich szans. W jednej ze scen, bohater snuje opowieść –„Następnym razem gdy będziecie szli przez las i nagle poczujecie, że ktoś na was patrzy bądźcie bardzo ostrożni. To może być magia, która czeka, by was porwać.” I chyba troszeczkę tej magii zabrakło.

„List do króla”, sezon 1, Netflix, 2020

Wpisy

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię dobrze opowiedziane historie. W kinie czasem się to udaje, a wtedy warto o tym napisać. Jeśli nie, tym bardziej?
(https://www.filmweb.pl/user/Agata_Ikanowicz)